Człowiek z Laboratorium

wspomnienie o Zygmuncie Moliku

Zaczynał pod okiem Jerzego Kreczmara i Ireny Kwiatkowskiej. U Kazimierza Kutza zagrał w filmie "Krzyż walecznych". A potem porzucił tradycyjne aktorstwo dla tego, które proponował Jerzy Grotowski. ZYGMUNT MOLIK był jedną z tych postaci, które stworzyły Teatr Laboratorium - Krzysztof Kucharski wspomina artystę.

Właściwie niemal cały Teatr Laboratorium znałem jakoś prywatnie. Spotykaliśmy się w różnych artystycznych zdarzeniach nie tylko teatralnych, ale też w ówczesnych klubach, także przy barze, ale jeden jedyny aktor tego wyjątkowego zespołu nazywanego zakonem - Zygmunt Molik był dla mnie jak spiralna mgławica Andromedy. Aktor, który fascynował teatromanów na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku, stanowił dziwną i największą tajemnicę. Zmarł w minioną niedzielę. Miał 80 lat iod dłuższego czasu przykuty był do łóżka. Dla człowieka o takiej energii jak jego to była tragedia. 

Harfiarz z "Akropolis" na gruzach cywilizacji

Pierwszy raz i na zawsze zapamiętałem jego postać z "Akropolis". To również pierwszy ze spektakli Jerzego Grotowskie-go, którymi zachwycił się cały świat.

Zygmunt Molik grał w nim rolę Jakuba-Harfiarza, ale też przewodnika, koryfeusza, który w jakimś głębokim ludzkim zapamiętaniu grał na skrzypcach. To on nadawał rytm całemu przedstawieniu, dyktował tempo.

Napisałem "grał na skrzypcach" - to było jakieś przerażające rzępolenie na granicy wytrzymałości strun, porażający sygnał jak więzienna syrena, po której pojawiali się przed naszymi oczami pozostali więźniowie. On ich wzywał, przywoływał na owo akropolis wszechświata.

Mogliśmy sobie od razu dopowiedzieć, że nie byli to zwykli więźniowie, ale ofiary obozu koncentracyjnego. Molik-skrzypek właściwie wprawiał ich swoimi dźwiękami w ruch, porządkował stukot drewniaków, które mieli na nogach. W niektórych momentach ci więźniowie kojarzyli nam się z chórem antycznego teatru, którego Molik był koryfeuszem. Mówił słowami Jakuba z "Akropolis" Stanisława Wyspiańskiego, które było literacką podstawą całego przedsięwzięcia.

To "Akropolis" na gruzach cywilizacji oprawiał plastycznie w niezwykły sposób inny, wówczas obrazoburczy, wybitny artysta polskiego teatru awangardowego - Józef Szajna, nadając temu przedsięwzięciu przez ucieczkę od dosłowności wymiar uniwersalny. Szajna sam był więźniem hitlerowskich obozów koncentracyjnych w Auschwitz i Buchenwaldzie.

Rola w "Akropolis" była bez wątpienia najpełniejszą, najgęstszą rolą Zygmunta Molika w teatrze Grotowskiego. Na pewno większą niż Tarudant w "Księciu niezłomnym", którą to rolę grał na zmianę z Mają Komorowską. Aktorskim wyrazem była ta rola większa też od Judasza w "Apocalypsis cum figuris".

To trudno dziś ważyć i po tylu latach wydobywać z pamięci, porównywać, korzystając ze strzępów wrażeń.

W ostatnim przywołanym spektaklu wyskakuje mi właśnie natarczywie obraz, a właściwie porażające spojrzenie spode łba, którym "częstuje" Molik-Judasz swoich kompanów z Ciemnym (Ryszard Cieślak) na czele. To było spojrzenie zabójcy i ofiary, groźne i domagające się współczucia. Oślizgłe, jak ów symboliczny pocałunek zdrajcy.

Skupiony mistrz chcący pomóc każdemu

Osobiście poznałem pana Zygmunta dużo później na warsztatach z impostacji głosu. Pamiętam, jak dotykał mojego brzucha i mówił do mnie: - Pomrucz sobie, pomrucz, ale tak, żebym to mruczenie usłyszał w piekle.

To bardzo praktyczna umiejętność swobodnie operować swoim głosem. Do dziś potrafię wrzasnąć, nie zdzierając, jak większość młodych aktorów, strun głosowych. Wtedy na tych warsztatach wydawał mi się osobą bardzo skupioną, chcącą pomóc każdemu.

Po rozwiązaniu Teatru Laboratorium Jerzego Grotowskiego swoje warsztaty Zygmunt Molik prowadził dosłownie na całym świecie. Przez dwa lata pracował w szkole teatralnej iszkoda, że tak krótko, ale był osobą rozrywaną. Dzięki niemu można było osobiście dotknąć technik aktorskich, którymi pracował legendarny zespół z Wrocławia, w tym wypadku związanych z emisją głosu. Pewnie do dziś by tak było, gdyby nie choróbsko, które uwięziło go w szpitalnym łóżku.

O tych warsztatach chciałem porozmawiać ze Stefą Gardecką, związaną z Jerzym Grotowskim i Teatrem Laboratorium od roku 1966, która w latach późniejszych zajmowała się między innymi organizacją warsztatów Zygmunta Molika "Ciało i głos" w Polsce i za granicą. Stefa nie była w stanie wydobyć z siebie słowa, powiedziała tylko: - Zadzwoń później. Znała go bardzo blisko.

Jego artystyczna kariera z całą pewnością zaczyna się najbardziej oryginalnie. Na scenie debiutował pod okiem Jerzego Antczaka (tego od filmowych i serialowych "Nocy i dni") w mrocznym kryminale "Liliom" Molnara. A profesorski palec do jego edukacji przykładali tacy mistrzowie, jak IrenaKwiatkowska, Jerzy Kreczmar, Kazimierz Rudzki czy Ludwik Sempoliński.

Ciekawe, czy Kazimierz Kutz pamięta, że na kinowym ekranie Zygmunt Molik debiutował u niego w "Krzyżu walecznych" rolą narzeczonego Petrakowej, którą grała Bohdana Majda w noweli "Wdowa".

I skok w Laboratorium

Do zespołu Grotowskiego, wówczas opolskiego Teatru XIII Rzędów, trafił na samym początku, we wrześniu 1959 roku.

Nie tylko grał w pierwszych spektaklach, ale też pisał scenariusze i reżyserował niektóre przedsięwzięcia. W ostro pracującej nad. warsztatem grupie był odpowiedzialny za emisję głosu. Po latach swoje doświadczenia zawarł w książce "Praca głosu i ciała według Zygmunta Molika" . Jaki to ma wpływ na uwalnianie twórczej energii, wiedzą najlepiej wszyscy jego uczniowie. Był jedną z osób mających największy wpływ na artystyczny kształt i formułę teatru ubogiego, która przyniosła tej eksperymentalnej grupie największe międzynarodowe sukcesy.

Kiedy zespół przeniósł się do Wrocławia (1965), ze względów rodzinnych wrócił do Krakowa i zaciągnął się do Teatru Rozmaitości Haliny Gryglaszewskiej. Do zespołu Grotowskiego dołączył w roku 1967 i był z nim do jego rozwiązania. Potem przez wiele lat brał czynny udział w pracach Instytutu Grotowskiego.

Krzysztof Kucharski
POLSKA Gazeta Wrocławska
11 czerwca 2010
Portrety
Jacek Grudzień

Książka tygodnia

Tajemnicze dziecko
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann (Ernst Theodor Amadeus Hoffmann)

Trailer tygodnia

Miłość do trzech pomar...
Zbigniew Głowacki