Czterdziestolatek z placu Teatralnego

Teatr im. Kochanowskiego w Opolu świętuje 40-lecie istnienia

23 stycznia 1975 roku z wielką pompą otwarto Teatr Kochanowskiego, jeden z największych i najlepiej wyposażonych teatrów w Polsce, oczko w głowie ówczesnych władz, z największym w kraju budżetem - pisze Iwona Kłopocka-Marcjasz w Nowej Trybunie Opolskiej.

Spieprzyliście wszystko, co można było spieprzyć - huknął swym tubalnym głosem Mariusz Dmochowski na poprzedzającym fetę spotkaniu opolskich władz PZPR z budowniczymi Teatru Kochanowskiego. - Dyrektor Dmochowski nigdy nie owijał w bawełnę. A tu wyrąbał prawdę w oczy oczekującym triumfu i oklasków budowlańcom. Zapanowała konsternacja, bo wszyscy już żyli atmosferą wielkiego święta - opowiada nestor opolskich aktorów Zdzisław Łęcki. To miało być nie tylko święto teatru, ale też - takie były czasy - socjalistycznej ojczyzny.

"23 stycznia 1975 roku złotymi zgłoskami zapisze się w historii kultury Opolszczyzny, w historii naszego teatru. W tym dniu, poprzedzającym 30. rocznicę wyzwolenia Opola z wielowiekowej niewoli Niemiec i faszystowskiego mroku okupacji - oddany został do użytku nowy, piękny, wielki gmach teatru. Otrzymaliśmy na nasze trzydziestolecie w Polsce Ludowej wspaniały prezent spełniający wieloletnie marzenia mieszkańców Opola i całej ziemi opolskiej" - pisała z patosem "Trybuna Odrzańska".

Patos w dużym stopniu był uzasadniony. Zaledwie 100-tysięczne Opole dostało najnowocześniejszy i trzeci pod względem wielkości teatr w Polsce (po Teatrach Wielkich w Warszawie i Łodzi). Na dwóch widowniach mogło zasiąść blisko 900 widzów. Najbardziej imponująca była Duża Scena o powierzchni blisko 300 m kw., 17-metrowej głębi, z dużym kanałem orkiestrowym, zapadniami i 98-tonową obrotówką. Do tego automatyczne sterowanie świateł, pierwsza w kraju całkowicie zautomatyzowana nastawnia i aparatura do projekcji filmowych. Prasa zachłystywała się, wymieniając te szczegóły techniczne. "Superteatr" - pisał Andrzej Hausbrandt, który wcześniej naraził się budowlańcom, gdy jako wysłannik "Życia Literackiego" przyjechał zbadać, dlaczego budowa wlecze się tak niemiłosiernie. Odebrał potem parę anonimowych telefonów z ostrzeżeniem, by już więcej na opolskim bruku nie stawiał nogi.

Za Hitlera też miał tu być teatr

W ostatnich miesiącach przed inauguracją, na budowie pracowało codziennie 300 osób. Teraz już spieszono się, by zdążyć na rocznicę wyzwolenia miasta.

Od grudnia 1974 plac budowy stał się miejscem regularnych niedzielnych wycieczek opolan. Od wbicia łopaty pod gigantyczną budowlę minęło jednak prawie 10 lat. Jeszcze cztery lata wcześniej aktorzy musieli opuścić dotychczasową siedzibę Państwowego Teatru Ziemi Opolskiej (teraz jest tu Filharmonia Opolska) - bo budynek się sypał i groził pożarem - i gnieździli się na małej scenie (270 miejsc) teatru lalkowego.

Kamień węgielny pod nowy gmach wmurowano w listopadzie 1965 roku na ówczesnym placu Lenina (dziś Teatralny). Podczas kopania fundamentów natrafiono na akt erekcyjny z 20 kwietnia 1938 roku. Dla uczczenia 50. urodzin Adolfa Hitlera miał w tym miejscu stanąć teatr, którego zadania określono następująco: "Nowy teatr winien być strażnikiem i krzewicielem niemieckiej kultury i sztuki na wschodnich rubieżach Rzeszy oraz źródłem siły w walce przeciwko wszystkiemu, co nie jest niemieckie".

Trudno było o lepsze miejsce dla siedziby Melpomeny, która miała stać się symbolem polskości tych ziem. Akt erekcyjny z 27 listopada 1965 roku głosił: "Scena ta służyć będzie mieszkańcom Opolszczyzny, którzy pomni jej przeszłości - czasów słowiańskiego Ostrówka, piastowskiego grodu książąt opolskich, humanistycznych prądów polskiego Odrodzenia, trwałości polskiej mowy, walk polskich patriotów w powstaniach śląskich oraz śmierci i męki milionów Polaków w hitlerowskich więzieniach i obozach koncentracyjnych - dzisiaj codzienną swą pracą walczą przeciwko wszystkiemu, co wrogie pokojowi ogólnoludzkiemu, postępowi i naszej Ludowej Ojczyźnie".

Okazały gmach był dziełem wybitnych architektów Juliana Duchowicza i Zygmunta Majerskiego - twórczego tandemu związanego najpierw ze Lwowem, gdzie studiowali, a po II wojnie światowej z Gliwicami i Wrocławiem. Wspólną działalność projektową podjęli jeszcze przed ukończeniem studiów w 1934 roku. Uczestniczyli w wielu konkursach SARP, w których zawsze byli doceniani. Otrzymali m.in. nagrody w konkursach na projekty: Domu Zdrojowego w Morszynie (1934) i w Juracie (1935), kompleksu gmachów Wydziału Mechanicznego Politechniki Lwowskiej (1939), za regulację mola południowego w Gdyni wraz z Domem Żeglarza (1936) oraz otoczenia Wawelu (1939). Po wojnie zdobyli nagrody za Teatr Opery i Baletu w Katowicach i gmach Teatru Narodowego w Łodzi oraz Pałac Młodzieży w Katowicach. Wspólnie realizowali wiele prestiżowych budynków jak np. Pałac Młodzieży w Katowicach czy Dom Muzyki i Tańca w Zabrzu oraz Wydział Technologii i Inżynierii Chemicznej Politechniki Śląskiej w Gliwicach.

Opolan teatr ogromny

Gmach robił wrażenie. W 1975 nie było w mieście bardziej imponującej i nowoczesnej budowli. Do teatru chodziło się zobaczyć przedstawienia i samo wnętrze. I nie dla wszystkich priorytetem były przedstawienia. O żółtomiodowych (zamiast tradycyjnie purpurowych) obiciach foteli na Dużej Scenie oraz szokującej kwiecistej niebiesko-fioletowej wykładzinie w foyer rozmawiano w biurach, na ulicy i w autobusach.

Mania wielkości była jedną z wielu przypadłości socjalizmu. W siedzibie "Kochanowskiego" znalazła wyraz m.in. w gigantycznej widowni obu scen, nie do skonsumowania w niedużym mieście. Zbawieniem stała się jednak budowlana fuszerka. - Szybko wyszło na jaw, że nie da się grać jednocześnie na obu scenach - mówi Waldemar Kotas (w ekipie "Kochanowskiego" od marca 1975). Tylna ściana Małej Sceny łączy się z orkiestronem Dużej. Słychać nawet kroki, a co dopiero głosy aktorów.

Szykowane na otwarcie premiery -"Przedwiośnie" na Dużej Scenie (23 stycznia) i "Protesilas i Laodamia" na Małej (24 stycznia) - do ostatniej chwili próbowano przy stuku młotków i jazgocie piły mechanicznej. Obrotówka nie od razu ruszyła, za to kurtyna po premierze "Przedwiośnia" zjechała metr niżej, niż należało, odsłaniając zachwyconej publiczności sznurownię i nie chcąc się wznieść ponownie. Budowlany bałagan na zapleczu teatru prasa wytykała jeszcze trzy lata po otwarciu. Od frontu też nie wszystko było super. Jasna boazeria na widowni Dużej Sceny od początku była zmorą oświetleniowców, bo światło się w niej odbijało. Przeszklona elewacja (stosunkowo niedawno szyby przyciemniono) sprawiała, że w foyer w ciepłe i słoneczne dni nie dało się wytrzymać z nadmiaru światła i wysokiej temperatury. Klimatyzacji do tej pory nie ma, bo najpierw przeszkodą była wadliwa instalacja, a potem zawsze brak pieniędzy.

Pierwszym dyrektorem Teatru Kochanowskiego został krakowski artysta, 33-letni Bogdan Hussakowski, wychowanek Zygmunta Huebnera. Do nowego wielkiego gmachu musiał niejako dorobić nowy teatr, skompletować nowy zespół (dwa razy większy niż obecnie) i dać mu nowe zadania - "pogodzenie tego, co popularne, z tym, co ambitne". Hussakowski postawił na widowiskowość i szeroki odbiór. Dlatego choć repertuar był wyśmienity, w recenzjach nieraz pojawiało się słowo "kicz". Jeszcze długo po jego odejściu z Opola wspominano przepych, jakim olśniewał widzów. Do "Snów Sindbada Żeglarza" Leśmiana odrębne dekoracje przygotowało sześciu scenografów. Dziś zrujnowałoby to każdy teatr, ale "Kochanowski" w 1977 roku był najbogatszą sceną w Polsce - miał dwa razy większy budżet niż Stary Teatr w Krakowie i o 30 proc. większy niż Teatr Narodowy. - Teatr był oczkiem w głowie ówczesnych władz, zwłaszcza I sekretarza KW PZPR Andrzeja Żabińskiego - mówi Waldemar Kotas.

40 lat temu w pierwszym sezonie zagrano 462 spektakle, a na widowni zasiadło prawie 150 tys. osób. Wynik niemożliwy do osiągnięcia bez ich dowożenia. Teatr miał 11 własnych autobusów, Hussakowski wolał widza przywieźć, niż pokazywać mu wyjazdowy ersatz. Tylko na "Doktora Faustusa" zwieziono 5 tys. osób. Dziś teatr odwiedza ok. 53 tys. widzów na 200 spektaklach w sezonie. Przychodzą, bo chcą, bo lubią, bo to jest ich teatr.

Iwona Kłopocka - Marcjasz
Nowa Trybuna Opolska
24 stycznia 2015

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia