Czternasta minuta

"Obcy" - reż: Anna Smolar - Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

W dniu, w którym zostanie zabity, Meursault je czerwone jabłko. Ściślej mówiąc - w czternastej minucie przed sekundą, w której ku chwale Francji zetną mu głowę. Dorodne, ociężałe - wyjmuje z kieszeni, chustką dodaje blasku, czuje smak na dziąsłach. Nie spieszy się. Gryzie tak, jakby nic istotnego nigdy się nie stało i nic nie miało się stać za czternaście minut.

Całkiem jak wtedy, gdy na morskiej plaży pięcioma strzałami z rewolweru zamordował Araba. I jak później, na procesie, gdy sylaba po sylabie udzielał niepojętej dla racjonalnego świata odpowiedzi: "To wszystko z powodu słońca". W wyreżyserowanym przez Annę Smolar "Obcym" Alberta Camusa Meursaulta gra Grzegorz Mielczarek. Gra potworny spokój garści słów, które mu zostały do wypowiedzenia. Gra bezlitosną suchość serca w brązowym, urzędniczym garniturze i okularach księgowego.

Suchość Meursaulta i suchość całej reszty. Oprócz wody mineralnej - miąższ jabłka to jedyna wilgoć seansu Smolar. I dobrze. Gdy opowieść Camusa, ten konfesyjny monolog Meursaulta, czyta się na głos - w uchu zostaje suchy, katatoniczny stukot kołatki. Jest śmierć matki Meursaulta, jest zabójstwo na plaży, proces, szafot wreszcie, są więc najczarniejsze ciemności życia - lecz w intonacji Camusa nie ma ni źdźbła ciepła, pocieszenia, rozgrzeszenia. Nic. I nawet w najpiękniejszych napisanych obrazach - w istocie słychać tylko klekot kołatki.

Tak, dobrze, że w swym seansie, co jest procesem Meursaulta, Smolar dba o stukot, o to, by nawet oratorskie wybuchy Adwokata (Agnieszka Judycka) i Prokuratora (Radosław Krzyżowski) były tylko operetkową tandetą, namiętnościami z papier mache, czymś na podobieństwo tingel-tangla, gdzie główne role grają uspokajające Idee: a to Dusza, a to Bóg, a to Prawo, a to Sprawiedliwość, czyli słuszna Kara za udowodnioną Winę. I tańczą Idee wokół Meursaulta, tańczą, bo przecież trzeba jakoś wyjaśnić ciemność pięciu strzałów. Ludzie, jak to ludzie, chcą sobie wytańczyć uspokojenie.

Ludzie, szlachetnym człowieczeństwem potworność na atomy rozbijając, pragną się wobec potworności zacnie poczuć. Trud ten nawet miły jest, pocieszny, tyle tylko, że tym razem -jałowy. Pląs szlachetności nie pomaga. Tym razem ciemności nie da się wyjaśnić łatwo, czyli po ludzku. Ani ciemności pięciu strzałów, ani ciemności życia całego. Nie będzie pewności, nie będzie uspokojenia. Za sprawą sądowych Performerów (Dominika Bednarczyk, Rafał Sadowski) życie Meursaulta, które miało pomóc dojść do jądra ciemności jego czynu - w nic nie znaczące jarmarczne obrazki się zmienia. Bóg jest bezsilny i Mózg jest bezsilny. Meursault, czyli Każdy - strzelał nie dla pieniędzy, nie z nienawiści, ani z żadnej innej, ziemskiej przyczyny. Strzelał, bo słońce było zbyt ogromne jak na człowieka.

Meursault mówi o tym bezlitośnie sucho. W "Jądrze ciemności" Conrada Kurtz podobnie szepcze o czerni, co tkwi w Każdym: "Zgroza, zgroza, zgroza". To z powodu słońca... Zgroza... Nic więcej nie da się o nas powiedzieć, ani inaczej. Dobrze, że o rytm kołatki Smolar dbała. Lecz szkoda, że nie ufała mu w pełni. Po co te gimnastyczne ćwiczonka Performerów i ich kombinezony pracowników lotniska? Po co ktoś nagle śpiewa francuską pieśń? Po co Mielczarek kozły fika, pod podest się wczołguje lub udaje piejącego muezzina? Przecież wystarczają liczby elektrycznego zegara z tyłu sceny i trzask jabłka w zębach człowieka, któremu za czternaście minut głowę utną z powodu słońca. Tyle zobaczyć, usłyszeć wystarczy, by poczuć własną obcość.

Paweł Głowacki
Dziennik Polski
17 maja 2012

Książka tygodnia

Mewa. Egzemplarz reżyserski Krystiana Lupy
Akademia Sztuk Teatralnych
Krystian Lupa

Trailer tygodnia