Czy monotonność może zabić?

"Rodzeństwo" - reż. Krystian Lupa - Narodowy Teatr Stary im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

Dosłownie chyba tak, a metaforycznie na pewno. Symbolicznego procesu uśmiercania możemy doświadczyć w Teatrze Starym w Krakowie, oglądając spektakl „Rodzeństwo”. Wraz z postaciami powoli stajemy się zgorzkniali, niecierpliwi i jednocześnie coraz mocniej zagłębiamy się w ich prozaiczne czynności – wykonywane bez refleksji, choć momentami z silnymi namiętnościami.

Jadąc do Teatru Starego, zastanawiałam się jak dzień mija aktorom; czy są w dobrej formie, czy czekają na wieczór, czy może sprawdzając rano „grafik", wylali kawę z przerażenia. 11 maja 2013 znowu „Rodzeństwo"! Ale dla wyjaśnienia – szybkie kartki z kalendarza. Premiera odbyła się w 1996 roku, kiedy dyrektorem był Tadeusz Bradecki. Po siedmioletniej przerwie spektakl wraca na Kameralną. I teraz, kiedy dyrektorem jest Mikołaj Grabowski sztuka, będzie obchodzić swoje (ciągłe) dziesięć lat! Sądzę, że Teatr, mijające sezony i premiery są najlepszym przykładem tego jak szybko ucieka czas.

Na szczęście tego wieczoru w żaden sposób nie dało się odczuć, żeby czas miał jakikolwiek negatywny wpływ na aktorów czy na scenografię, od której należy zacząć. W momencie rozpoczęcia spektaklu po odsłonięciu kurtyny, ukazuje się czerwona rama. Wąskie „świecące" listwy otaczają scenę, tworząc z niej fotografię z jakiegoś starego albumu. Zamyka i oddziela się ona; daje odczuć dystans między widzem siedzącym nawet w pierwszym rzędzie a aktorami, którzy są momentami na wyciągnięcie ręki. Dodatkowo tną przestrzeń (w tej samej płaszczyźnie): czerwona nitka na wysokości jednego metra nad sceną oraz dwie metalowe listwy. Dzielą więc naszą „fotografię" na trzy części. I to byłaby jedyna ekstrawagancja scenograficzna. Bo dalej mamy pokój, w którym zatrzymał się czas – czy może inaczej – pokój, w którym na siłę siostry go więżą.

Udając się do pierwszej-lepszej kamienicy, w końcu spotka się taki pokój stołowy. Stary kredens z zastawą prapradziadków, kryształowe kieliszki, karafkę, małe sofy na stylowych nóżkach z jeszcze bardziej stylowym obiciem. Obowiązkowo na środku duży, masywny stół z kilkoma krzesłami. Jednak nic lepiej nie oddaje charakteru tego prosektorium niż wiszące obrazy przodków. Po kilka na każdej ścianie. Jeżeli, oczywiście, można mieć sentyment do takich miejsc (ja sama go mam – darzę zamiłowaniem stare rzeczy), to na scenie ta przestrzeń z każdym aktem staje się nie do zniesienia. Przeważająca zieleń łącząca się z białymi, obdartymi drzwiami i okiennicami staje się elementem odrzucającym z każdą minutą spektaklu. Jednak Lupa przychodzi na ratunek, wysyłając w drugim i trzecim akcie Ludwika między te „bohomazy". Ale to za chwilę...

Jak można pisać o wielkim filozofie, nie tłumacząc wcześniej skąd taki myśliciel się wziął? Jego postać jest budowana z wielkim pietyzmem podczas pierwszego aktu. Dokonują tego dwie siostry Ludwika. Należy zaznaczyć, że podobnie jak różni je strój, zachowanie i postawy, tak samo różni je zdanie na temat brata. Obydwie są niepierwszej młodości – co jest bardziej podkreślone u Dene, starszej siostry (babcine ubrania, idealnie spięte włosy w kok, uporządkowanie, ciągłe krzątanie się po scenie, przygotowywanie perfekcyjne stołu, potraw...), a mniej u Ritter (mocny makijaż, w ręce wiecznie zapalony i niedokończony papieros, kryształowy kieliszek i gazeta jako atrybut, lekceważące leżenie na kanapach, ścięte, jakby nigdy nie uczesane włosy). Dene w każdym słowie, ruchu idealizuje brata. Przybiera względem niego postać matki-opiekunki; postać osoby, która zrobi wszystko, aby małe, chore, trochę zabłąkane dziecko czuło się dobrze. Tym samym wyraża swoją nadopiekuńczość. Drażni odbiorcę jej racjonalizm. Bo ważny jest stół, obiad, kolacja, wyprasowane ubrania, ciepłe kalesony i koszule z najlepszego materiału oraz zastawa. Ritter w pewnym sensie również przybiera pozę filozofa, ale strasznie narzekającego. Bo nic nie ma sensu. A w szczególności jej brat, który nie wiadomo po co jest sprowadzany do domu, skoro w szpitalu jest mu tak dobrze. Ritter śmieje się ze starszej siostry, która codziennie jeździła do Ludwika – ona sama odwiedzała go tylko raz w tygodniu. Śmieje się, że Dene kupiła mu pięć najdroższych koszul, które on zaraz rozdał. Obie aktorki (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik i Agnieszka Mandat) wspaniale wchodzą w role aktorek-sióstr. Aktorek – może w ich przypadku (postaci) – to zbyt wiele powiedziane. A wszystko przez przezorność ojca wykupującego w Teatrze/sztuce 51% „akcji"...

Drugi akt przynosi rozstrzygnięcie w kwestii brata. Nie można nie opowiedzieć się za jedną ze stron. Mocno trzymałam stronę Ritter. Jej opis był głęboki i przekonujący. Przedstawiała mężczyznę, któremu przyśniło się bycie wielkim i filozofem; który miał wiedzieć wszystko, a jednocześnie wykazywać się prostym sposobem myślenia, bez żadnych odkryć. I ja uważam podobnie, choć może jednocześnie bardzo spłycam rolę Ludwika. Jak można być zachwyconym facecikiem bez skarpetek, wpadającym w furię i nieznoszącym sprzeciwu? Dziwi taki obraz Ludwika – mizerota pod każdym względem. Jednak bardziej zaskakująca jest Ritter, która tym samym łamie mi serce. Przechodzi ona wielką metamorfozę i przez to kończy się moja z nią przyjaźń, zrozumienie, nić sympatii. Koniec. Ritter w drugim akcie prezentuje się jako „odstrzelona laska". W końcu jest ubrana, ale także mocno wymalowana i wyfryzowana (ciemna peruka mocno kontrastuje z zapamiętanymi blond włosami, latającymi każdy w swoją stronę, wyrażającymi pełną naturalność). Piękna lalka. I wszystko to dla Ludwika, którego, jak się okazuje, bardzo kocha, lubi, szanuje, trochę go kokietując przy okazji.

Przychodząc na spektakl, oczekuje się, że na scenie rozpozna się trochę historii ze swojego czy innych życia, jeżeli nie miało się rodzeństwa. W sumie po części tak jest. Druga część prawdy nosi nazwiska Bernhard i Lupa – musi być coś mrocznego, trzymającego w napięciu, przerażającego, mocno erotycznego. Z aktu na akt, przechodząc z jednej sceny w kolejną, chce się krzyknąć: no zróbcie coś, do cholery! Z mieszkania, z jednego pokoju wieje ogromną nudą, obrzydliwą w każdym calu stałością. Obrazy pełne majestatu i szlachetnych „rysów twarzowych" dopełniają pokój stołowy zdrętwiałym schematem posiłków, rozmów czy rozgrywek, które zawsze miały tu miejsce. Absolutnie nie chce się na to patrzeć i czeka się, aż w końcu Ritter i Ludwik przełamią ramy, poczucie poniżenia i zechcą zaryzykować. Nie ma chwili, żeby Ritter nie dotykała swojego brata, żeby wyzywająco na niego nie patrzyła. Nie boi się Ludwika, ale czuje lęk przed ewentualnymi konsekwencjami, rozczarowaniem i potępiającym wzrokiem – może nie tyle Dene, co portretowych rodziców. Ludwik także ma ich dosyć. W końcu w akrobatycznym, momentami kaskaderskim tańcu na stołku odwraca wszystkie dzieła sztuki „twarzami do ściany". „Dać siebie sportretować" jest dla wielkiego filozofa irytującym tematem.

Scena z kalesonami. Wydaje się, że może w końcu coś wyjaśnić i przebić ten balon konwenansów czy unikania tego, czego każdy pragnie. Ludwik rozbiera się. Ritter wtóruje. Dene stoi przerażona. W końcu nie wytrzymuje. Krzyczy swoim matczynym głosem: „Nie wolno!"... A balon wciąż rośnie i rośnie. Nic tego nie zmieni.

Wiele mieszkań, wiele istnień przejdzie przez życie jasnymi ścieżkami. Człowiek nie będzie robił głupot, które miałyby na pozór wzbogacić kolejne godziny. I Ritter i Dene wytrwałe w swoich postawach maja rację. Schemat jest znany, sprawdza się. Czy jest sens ryzykować stan – mimo wszystko – świętego spokoju?

Chyba nie.

Agnieszka Niewdana
Dziennik Teatralny Katowice
6 czerwca 2013

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia