Czy sens życia może być kobietą?

"Inne Rozkosze" - reż. Artur "Baron" Więcek - Krakowski Teatr Scena STU

Sceniczna adaptacja „Innych rozkoszy" Jerzego Pilcha, w reżyserii Artura „Barona" Więcka, to doskonałe przeniesienie pełnego humoru tekstu literackiego na deski teatralnej sceny. Zaprezentowany spektakl nic nie stracił ze swego pierwowzoru, zachowując charakterystyczne rysy postaci, a także pełnię sytuacyjnego i językowego humoru.

Akcja widowiska dzieje się w ograniczonej przestrzeni 'małej ojczyzny' głównego bohatera Pawła Kohoutka (Tomasz Schimscheiner) – zdolnego weterynarza w wieku średnim, męża i ojca, a przy tym, jak się szybko okazuje, niepoprawnego erotomana, który żyje spokojnie na głębokiej prowincji, w domu rodzinnym zamieszkiwanym przez kilka pokoleń Kohoutków i wynajmującego pokój pastora (Andrzej Róg), a każda z tych postaci, to niepowtarzalne indywiduum.

Życie Pawła Kohoutka biegnie niespiesznie w starym domu należącym od pokoleń do rodziny, pośród ludzi i wartości towarzyszących bohaterowi od urodzenia. Mityczna kraina pełna błogiego spokoju, ludzkich dziwactw postrzeganych ciepło i z pełnym rozumieniem przez otoczenie świadome własnych wad. Wydawać by się mogło, że dla Kohoutka to idealna kraina szczęścia. Złudzenie to jednak pryska jak mydlana bańka, gdy sielankę zaburza niezapowiedziany przyjazd Aktualnej Kobiety Kohoutka (w tej roli miałam okazję zobaczyć Marię Pawłowską). Świeżo upieczona absolwentka polonistyki postanawia zamieszkać na prowincji i umilić swoim towarzystwem egzystencję Kohoutka. Okazuje się jednak, że sam zainteresowany tak zarysowaną perspektywą jest mocno przerażony. Nie chcąc, by reszta mieszkańców domu powzięła podejrzenia i nie daj Bóg poczyniła jakieś odkrycia, lokuje ją na strychu starej, nieużywanej już rzeźni znajdującej się w ogrodzie. Co ciekawe, scena STU obie te przestrzenie na swej niewielkiej powierzchni pomieściła. Wydarzenia domowe dzieją się na parterze, gdzie głównym atrybutem jest ogromny stół, wokół którego gromadzą się mieszkańcy, rozgrywają dialogi i dokonują rodzinne spotkania. Góra, to strych rzeźni, a zarazem freudowskie lokum dla najskrytszych lęków, potrzeb i poszukiwań weterynarza. Z perspektywy widza jednoczesna obserwacja obu tych przestrzeni pozwala dostrzec jak łączą się, przenikają, krzyżują i są z sobą sprzeczne wynikające z nich konteksty, a co za tym idzie, jak wzajemnie się dookreślają.

Wśród ludzi otaczających Kohoutka dominują kobiety. Babka jest wprawdzie tylko głosem, ale głos ten wyznacza rytm życia wszystkich mieszkańców domu. Praktyczną, stroną codziennej egzystencji zarządza Matka (Anna Tomaszewska). Okazuje się też, że bohater wprawdzie mocno niezdarny, przeciętny i na tle pozostałych mężczyzn raczej nijaki (ojciec – Marek Litewka i Oyermah – w tej roli fenomenalny Edward Linde-Lubaszenko) jest jednak żonaty i posiada dziecko jeszcze wprawdzie niedorosłe, ale za to rokujące, że też stanie się kiedyś kobietą. Ten zestaw uzupełnia wspomniana już Aktualna Kobieta i żeńskie alter-ego samego Kohoutka (w tej roli miałam okazję widzieć Joannę Pocicę). Warto przy tym zauważyć, że poza Matką i Babką postacie kobiet są raczej blade, zwłaszcza na tle pozostałych aktorów, a że stanowią ważny element sztuki znacznie obniża to jej jakość. Aktorki nie potrafią swoją grą uzasadnić przerażenia jakie ogarnia bohatera, ani jego miotania się między nimi. Ta przezroczystość postaci dałaby się ostatecznie uzasadnić jedynie przy postaci alter-ego Kohoutka. Jest to wszak tylko mentalna projekcja umysłu bohatera wizualizująca jego potrzeby i poszukiwania. Informuje widza o sposobie, w jaki postrzega on kobiety oraz czego w nich samych i w ich towarzystwie poszukuje. Uzmysławia też, w połączeniu z innymi elementami sztuki sugerującymi takie odczytanie, że Kohoutek zmienia kobiety jak rękawiczki, ale każda kolejna jest dla niego równie fascynująca jak poprzednia i niekoniecznie chodzi tu o erotykę. Kohoutek z jednej strony przytłoczony świecką tradycją domu rodzinnego, określonymi uzusem społecznym rolami, które poszczególni członkowie tego mikrokosmosu pełnią, nie chce lub nie umie się w nim odnaleźć, określić własnego miejsca i przypisać roli, którą mógłby realizować. Nie pomaga mu też uwikłanie w ewangelicką religijność, którą traktuje z szacunkiem jako wartość zastaną, ale z którą się nie utożsamia.

Uniwersum tradycji rządzi się określonym porządkiem i regułami zachowań. Dzieli też wyraźnie świat na męski i kobiecy. W pierwszym dla Pawła nie ma miejsca, bo tradycyjne role są już rozdane i z powodzeniem wypełniane przez innych. Głową rodziny być nie może, bo wprawdzie ojcem został, ale żyje przecież jego ojciec i on tę funkcję godnie i z pełnym zaangażowaniem, aczkolwiek bez przesady sprawuje. Mimo wykształcenia nie może też być lokalnym mędrcem, bo tę pozycję zajmuje mistrz Oyermah, starzec posiadający mądrość życiową, którą chętnie dzieli się z innymi. Zawieszony pomiędzy nimi Kohoutek nie może więc dorosnąć, a że naturalną przeciwwagą dla świata mężczyzn są kobiety z pełną fascynacją zwraca się ku nim. Szuka w nich sensu istnienia dla siebie, źródła wiedzy, które pozwoli mu określić swoje miejsce i rolę w uniwersum, w którym przyszło mu żyć. Tę dramatyczną sytuację dookreśla jedna z końcowych scen, gdy bohater ucieka z domu. Zabiera z sobą dziecko. Nie obecną żonę, nie Aktualną Kobietę, która w rzeczywistym świecie pełniłaby rolę kochanki, a więc także wikłałaby bohatera w sieci społecznych uzależnień, ale dziecko, docelowo, o ironio, kobietę, ale póki co, byt jeszcze niedookreślony, a więc dający pole wyobraźni i rozległe możliwości egzystencjalnych poszukiwań.

Świat „Innych rozkoszy" Pilcha/Więcka to świat apolityczny, przepełniony siecią społecznych uzusów sankcjonowanych świecką tradycją Śląska Cieszyńskiego z jednej strony, a głęboką, choć po przyjacielsku traktowaną religijnością luterańską z drugiej. Mikrokosmos, który doskonale ukazuje uwikłanie jednostki w najbliższy kontekst kulturowy, wartości stanowiące o jakości jej życia, ale też będące niewidzialnymi i często niemożliwymi do przekroczenia ograniczeniami w poszukiwaniu własnej indywidualnej tożsamości.

Zatrzymajmy się jeszcze na moment przy kreacjach aktorskich. Słowa uznania dla Anny Tomaszewskiej i Marka Litewki (Matka, Ojciec). Aktorzy zagrali role domowników pięknie, pozostając jednak tylko wyrazistym tłem dla egzystencjalnych rozterek syna. Ich funkcję świetnie podkreślają stroje (Jolanta Łagowska), tradycyjne, stonowane, nie rzucające się w oczy. Ta wydobywająca rys postaci funkcja stroju ujawnia się też w przypadku Pawła oraz pastora. Sami aktorzy zaś, odtwarzający obie te role, znaleźli sposób, by stały się one pełne wyrazu i niepowtarzalne. Szczególne słowa uznania dla Tomasza Schimscheinera. Jego Kohoutek pełen jest niejednoznaczności, co doskonale koresponduje ze stanem zawieszenia wpisanym w tę rolę przez reżysera. Szacunek budzi pełna profesjonalizmu powaga nawet w najbardziej humorystycznych sytuacjach i wypowiedziach, a także umiejętne oddanie emocji nie tylko tonem wypowiedzi, ale też wyrazistą mimiką twarzy, gestem.

Na zakończenie jeszcze słowa szczerego uznania dla autorów scenografii (Marek Braun) i ruchu scenicznego (Janusz Skubaczkowski). Realizacje Teatru STU rzadko gromadzą na scenie w jednym momencie więcej niż dwóch, trzech aktorów, co w warunkowane jest zapewne jej niewielkimi rozmiarami. Tu było ich znacznie więcej, a mimo to, w żadnym momencie widz nie miał wrażenia nadmiernego tłoku czy niejasności w rozumieniu tego, co się przed nim działo. W sumie spektakl godny polecenia. Nie tylko ze względu na ciekawą treść i jej świetne dostosowanie do teatralnego medium, ale też ze względu na jakość jego podania w tej nowej oprawie.

Iwona Pięta
Dziennik Teatralny Kraków
3 marca 2017

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia