Czy trafił w serce?

"Toporem w serce" Teatr im. Jaracza w Łodzi

Neurotyczny buntownik, ironiczny do granic możliwości, raz szokuje i przeraża, to znowu bawi i wywołuje śmiech - takiego bohatera stworzył dla siebie Mariusz Ostrowski. Zainspirowany twórczością Rolanda Topora ubiera rzeźnicki fartuch i wyśpiewuje rozprawę z życiem.

Już podczas wchodzenia na widownię stajemy się uczestnikami tego „reality music show”. Z głośników słychać powtarzające się w nieskończoność pytanie „kim ty jesteś?”, zza ściany wykonanej z foli widać siedzącego mężczyznę, który wyciera dłonie w zakrwawioną ścierkę, a w głębi sceny - również za foliowymi parawanami - zarysowują się mgliste postaci muzyków, grających na żywo podczas spektaklu. Przyćmione światła wywołują dodatkowy niepokój.

Spektakl zaskakuje. „Toporem w serce”, to sztuka napisana na jeden głos - ale jaki! Ostrowski zdecydowanie śpiewać potrafi. Jednocześnie nie zapomina o tym, co najważniejsze, czyli grze aktorskiej. Na jego twarzy malują się wszystkie emocje. Raz widzimy wściekłość i przerażenie, jak podczas pryskania krwią ze strzykawki, to znowu opanowanie i spokój, kiedy rozcina skalpelem rzeczoną folię oddzielającą go od widzów. 

Kilkanaście piosenek wykonanych podczas spektaklu oraz głoszone między nimi dialogi z tajemniczą kobietą, to punkt wyjścia do wnikliwej analizy rzeczywistości, jakiej dokonuje bohater, oraz do „prześwietlenia” samego siebie. Wydawać by się mogło, że każda kolejna minuta spektaklu i każda kolejna piosenka zbliża bohatera do zdobycia obiektu swojego pożądania, a jednak finalnie nasz buntownik sam zakłada pończochy oraz szpilki i napotyka na pierwiastki kobiece, jakie w nim drzemią. Wyrzucając z siebie żale zmusza widza do zastanowienia się nad własnym bytem, zadaje pytania dotyczące egzystencji oraz relacji z otaczającą rzeczywistością, a przy tym wyśmiewa zakłamanie i nietolerancję.

Ale czy można traktować do końca poważnie szaleńca, którego atrybutem jest napełniona czerwoną cieczą strzykawka, a rzeźnicki stół z maszynką do mielenia mięsa, wypełniony tą samą czerwoną mazią, jest tłem dla całej sytuacji? Może należy czasem przymknąć oko i pamiętać, że „w Paryżu bez zmian, ciągle komedia trwa…”.

Po Wrocławskim i Maćkowiaku kolejny aktor poradził sobie w tej jakże trudnej formie gry scenicznej, jaką jest monodram. Bez wątpienia pomógł mu w tym zespół, który tworzył idealne dopełnienie tej groteskowej i pełnej czarnego humoru historii. A i teksty Rolanda Topora okazały się bardzo teatralne. Trzeba przyznać, że Mariusz Ostrowski trafił prosto w serce.

Kamila Golik
Dziennik Teatralny Łódź
7 lutego 2009

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...