Dachowce z wszystkich stron

"Kotka na rozpalonym blaszanym dachu" - reż. Kuba Kowalski - Teatr Polski w Poznaniu

"Aby stworzyć niemal groteskowy świat ludzi stale żyjących na granicy katastrofy, Williams musiał wzmocnić barwy codziennego życia. (...) Żaden z amerykańskich dramatopisarzy nie odznaczał się większym niż Williams wyczuciem sceny, ani większą wrażliwością na ludzkie niedopasowania i konflikty" (Styan 1995: 129). Właściwie wszyscy bohaterowie jego sztuk są naznaczeni indywidualnym piętnem i mają problemy w nawiązywaniu kontaktu z otoczeniem. Zawsze są targani namiętnościami, różnymi wątpliwościami, które często mają swoje źródło w przeżyciach seksualnych

Nic dziwnego zatem, że dramaty realisty Tennessee Williamsa co pewien czas powracają na scenę. Obok Eugene’a O’Neilla i Artura Millera to jeden z najwybitniejszych dramaturgów amerykańskich XX wieku. Świat jego sztuk, z których najbardziej znane to: „Szklana menażeria” (1944) i „Tramwaj zwany pożądaniem” (1947), zaludniają prywatne strachy, które czekają na przerażone ofiary.

W Teatrze Polskim w Poznaniu została pokazana inscenizacja dramatu napisanego w 1955 roku pt. „Kotka na rozpalonym blaszanym dachu”. Spektakl w reżyserii Kuby Kowalskiego to historia o pogubionych ludziach, którzy ciągle czegoś szukają, składają jakieś mętne obietnice, coś bełkoczą, błogosławią lub przeklinają swój los, opędzając się od natrętnych myśli i przeszłych zdarzeń. Realistyczna sztuka Williamsa przypomina o tym, że chociaż z biegiem czasu zmieniają się formy, style i język, to problemy pozostają wciąż takie same: zagubienie w gąszczu społecznych zjawisk, wzorców zachowań i relacji międzyludzkich. Na pozór oglądamy obraz idealnej rodziny: zamożni małżonkowie, od lat wierni i oddani sobie, wychowali dwójkę wspaniałych synów i doczekali się gromadki wnucząt. Jeśli jednak spojrzeć uważniej, okaże się, że w głębi tego sielskiego obrazu zostają obnażone wszelkie rodzinne kłamstwa, które piętrzą się – jak poduszki na scenie – aż pod sam dach rodzinnego domu.

Urodzinowy tort jubilata ma posmak goryczy. Prawda, jak podniesiony do ust kawałek ciasta z bitą śmietaną, stopniowo roztapia się, rozpływa i podchodzi do gardła. Życie rodzinne jest jak duszący koszmar: ojciec jako ostatni zostaje poinformowany, że jest chory na raka, matka dowiaduje się, iż nigdy nie była kochana, syn wyznaje, że jest alkoholikiem i homoseksualistą, jego żona przyznaje się do zdrady, a pozostali członkowie rodziny pod pozorami troski czekają na rodzicielski spadek. Można przyjąć czy sparafrazować tytuł książki Zygmunta Freuda i stwierdzić, że rodzina to prawdziwe źródło cierpień. Oczywiście poznański spektakl wyrasta z buntu – buntu wobec pozornie ułożonego rodzinnego życia, które kryje w sobie wiele kłamstw, wieloletnich zranień i różnych psychologicznych blizn. Bunt pojawia się w charakterze zakłóceń, które dotykają poszczególnych bohaterów pogrążonych w schizofrenicznym świecie między prawdą a kłamstwem, duchowością a materializmem, miłością a nienawiścią, przymusem a potrzebą. Wszystkie te zaburzenia mają swoje źródło wewnętrzne i zostają uwidocznione w analogicznych działaniach postaci: ich niepohamowanych obsesjach, nałogach i strachu połączonym z (auto)destrukcyjną postawą wobec życia.

„Kotka na rozpalonym blaszanym dachu” to także spektakl o ludzkich pragnieniach. Jedni marzą o fortunie, drudzy o domu z gromadką dzieci, a jeszcze inni o wielkiej miłości czy też przypadkowym seksie z młodziutką dziewczyną. Każdy pragnie czegoś innego dla siebie, a brak porozumienia w ustaleniu pragnień rozdziela małżonków (Tatulek i Mamuśka, Gooper i Mea, Margaret i Brick) oraz poszczególne pary (biseksualny trójkąt małżeński Bricka). Nie można spełnić każdego pragnienia, gdyż nie wszystko zależy od człowieka. Choć nie sposób istnieć bez pragnień, pojawia się pytanie: w jaki sposób je zaspokajać? A jeśli je zaspokajamy, czy daje nam to poczucie szczęścia? Co robić, by tych dążeń nie tracić? Pragnienia są czynnikiem dynamizującym życie, jednak ich niespełnienie rodzi poważne komplikacje, skutkuje niechęcią wobec działań, codzienną apatią, wreszcie społeczną frustracją.

W tym spektaklu bohaterowie mogą być widziani przez pryzmat teorii Freuda i w ten sposób zostają przedstawieni. Wszyscy pragną, by kierowała nimi zasada rozkoszy, lecz od pierwszych scen przekonują się boleśnie, że ich pragnienia pozostają w konflikcie z potrzebami innych. Szczęście utożsamiane ze spełnieniem seksualnym jest nieosiągalne, a ci, którzy do tego dążą, są skazani na cierpienie. Tatulek (dziadek) występuje w roli podstarzałego amanta, Mamuśka (babcia) ukazuje wdzięki niemłodego już ciała, synowie demonstrują niezadowolenie ze współżycia, a ich żony to wiecznie niezaspokojone kochanki. Na nienasycenie jako istotny element pożądania wskazywały między innymi takie filmy, jak „Mroczny przedmiot pożądania”, „Imperium namiętności”, a także powieść Witkacego „Nienasycenie”. Dzieła te ukazują, że fizyczny akt seksualny może zaspokoić potrzebę seksualną, ale nie jest w stanie ukoić powstałego pożądania. Samo pożądanie często opuszcza rejony seksualności i przechodzi do zupełnie innej sfery – niedoścignionych pragnień.

W utrzymaniu erotycznej atmosfery przedstawienia pomaga kreacja kobiecych postaci. Wszystkie zostały skonstruowane z cech opozycyjnych: tragizmu i komizmu (Teresa Kwiatkowska jako Mamuśka), władczości i poddania (Ewa Szumska jako Margaret), sprytu i naiwności (Barbara Prokopowicz jako Mae). Ich występy wokalne podkreślają, że bez względu na to, w jakiej są roli (kochanki, żony czy matki), one po prostu chcą być kobietami. Właśnie być kobietą, a nie naiwną kotką, słodkim kociakiem, ugrzecznioną koteczką.

Najbardziej wyrazista w przedstawieniu jest scena łóżkowa z udziałem Margaret i Bricka. Ich pojedynek na słowa, gesty i pozycje sprawia wrażenie, że seksualność bywa przypadkowa i często niebezpieczna, gdyż ma w sobie coś z przemocy. Takie właśnie sadystyczne przeobrażenia bohaterki, która prezentuje różne pozycje i figury apodyktycznej kochanki, podkreślają ryzykowną grę między Erosem i Tanatosem. Oto łoże kochanków, łoże porodowe i łoże śmierci. Brick odrzuca jednak żonę i to z dwóch powodów: stanu zamroczenia alkoholowego oraz strachu przed spłodzeniem potomka. Sytuacja ta odsyła do następnej – spotkania i trudnej rozmowy z ojcem. Aktorzy Michał Kaleta (syn Brick) i Wojciech Kalwat (Tatulek) stworzyli interesujący duet, w którym jest miejsce na wzajemne oskarżenia, bunt przechodzący w gwałtowność, wreszcie rozczarowanie graniczące z rezygnacją. Bycie ojcem jest po prostu trudne, a Bricka cechuje tendencja do zmiękczania ojcowskiej dyktatury i stopniowego oswojenia z prawdą o motywacji własnego postępowania. Ojcostwo w sensie świadomego poczęcia właściwie jest nieznane mężczyźnie, gdyż może być fikcją prawną i medyczną. Bohater odwraca się od taty, wręcz neguje jego rolę; jest to gra wystudzona emocjonalnie. Brick nie akceptuje rodzica i nie może znieść myśli na temat potencjalnego własnego ojcostwa. W gruncie rzeczy z wielu możliwych wyjaśnień jego homoseksualizmu najbardziej przekonująca jest szczególna okoliczność – posiadanie słabego ojca lub po prostu jego brak. Cały dramat bohatera polega na głodzie uczuć. Pogrążony w melancholii i poczuciu winy, podlega on stanom wewnętrznego napięcia, które należy znieczulić lub nasycić kolejnym łykiem alkoholu.

Chwilami Brick bywa agresywny i nieobliczalny, nadpobudliwy i przerażający. Takie zachowanie wskazuje, iż postać ta jest odrębnym bytem, a wszelkie kontakty z innymi nigdy nie przyjmują formy bezkonfliktowego przepływu. Agresja separuje od ludzi, lecz także nakazuje konfrontację twarzą w twarz z innymi. Uznanie agresji, nawet w stanie upojenia alkoholowego, jest uznaniem samoistności, egzystencji niezależnej od własnych potrzeb i pragnień. Głód uczuć i fala agresji płyną stałym i destrukcyjnym strumieniem. Czasem przybiera to formę nagłego, przerażającego wybuchu. Oczywiście, pijani i odurzeni bohaterowie bywają także śmieszni. Reżyser, wykorzystując komizm sytuacji (scena z łóżkiem oraz rzędami całych i potłuczonych butelek) ukazuje ludzi głęboko zranionych miłością. Uczucie staje się kaleczące i palące, mieści w sobie bezwolne oddanie i głęboką urazę – widoczną od pierwszego zetknięcia z matką, ojcem, kochanką i kochankiem.

Czego potrzebują koty i kotki, owe pospolite, miauczące z tęsknoty dachowce? Z pewnością nie miłości trudnych, żonatych i zamężnych, mieszkających daleko od siebie. I z pewnością nie takich, które należy skrzętnie ukrywać z różnych względów. „Dlatego – jak pisała Agnieszka Osiecka – nie pisz mi, dlatego nie pisz mi. Dlatego nie mów mi o miłości”.

Literatura:
J.L. Styan: Współczesny dramat w teorii i scenicznej praktyce. Wrocław 1995.
Tennessee Williams: „Kotka na rozpalonym blaszanym dachu”. Przekład: Kazimierz Piotrowski. Reżyseria: Kuba Kowalski. Scenografia i kostiumy: Katarzyna Stochalska. Reżyseria świateł: Damian Pawella. Muzyka: Piotr Maciejewski. Premiera: 10 listopada 2011 roku w Malarni Teatru Polskiego w Poznaniu.

Ewa Szkudlarek
Art Papier
30 sierpnia 2012

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia