Dałabym wam fiołków, ale wszystkie powiędły

"Śmierć Ofelii" - reż. Henryk Adamek - Teatr Śląski w Katowicach

Shakespeare to dramaturg, który –choć wciąż odczytywany na nowo– nie nudzi, ponieważ za każdym razem można w jego twórczości znaleźć coś nowego. Jego teksty okazują się wyjątkowo aktualne, co niejednokrotnie udowadniał nam już Krzysztof Warlikowski. Twórczość mistrza ze Stratfordu prawdopodobnie zawsze już będzie interesowała twórców teatralnych. Jego duch przeniknął teatr na wskroś i nie ma zamiaru go opuszczać. Wszyscy zgodnie bowiem twierdzą, iż nie powstały nigdy większe i ważniejsze dzieła, niż te napisane ręką Shakespeare'a.

Jednym z polskich twórców, który również mierzył się z twórczością angielskiego dramaturga był nasz wielki reformator teatru, Stanisław Wyspiański. Jego samego można niewątpliwie określić Shakespeare'm swojej epoki. Jednym z jego sztandarowych tekstów jest Studium o "Hamlecie", w którym spisuje swoją wizję teatralnej adaptacji historii duńskiego księcia. Analizuje postaci, zwraca uwagę na emocje, jakie powinni odczuwać aktorzy, rozwija akcję sceniczną. To – monumentalne wręcz – dzieło mówi wiele nie tylko o angielskim pisarzu, ale i o krakowskim poecie. Gdzieś, na marginesie tego tekstu, powstaje jeszcze jeden utwór. Niewielki, o wiele mniej znany. Ma zaledwie kilka stron, sam autor nie nazywa go dramatem, ale "sceną dramatyczną". Tekstem tym jest Śmierć Ofelii, w której Wyspiański próbuje przedstawić jedną z największych zagadek w historii dramaturgii. Ostatni raz widzimy bowiem Ofelię, już obłąkaną, rozdającą kwiaty, żegnającą się z bohaterami utworu i wybiegającą z sali Elsynoru. Później dowiadujemy się z ust królowej, że dziewczyna zginęła chcąc zawiesić wianek na wierzbie – wpadła do wody i utopiła się. Jak wyglądały ostatnie chwile kochanki Hamleta? Co wtedy myślała? Co czuła? Czy rozumiała swoją sytuację? Na te właśnie pytania próbuje w swoim utworze odpowiedzieć Stanisław Wyspiański.

Teatr Śląski w Katowicach nosi imię tego właśnie poety. Nie powinno więc dziwić, iż co jakiś czas na tej scenie pojawiają się utwory młodopolskiego reformatora. Tym razem okazja jest poniekąd niezwykła. Niewiele ponad 20 lat temu, w dawnym budynku loży masońskiej, utworzona została Scena w Malarni, która stała się trzecim miejscem prezentacji spektakli Teatru Śląskiego. Nazwa ta nie jest przypadkowa – choć budynek już wcześniej należał do teatru, mieściły się tam pracownie, w których wykonywano teatralne dekoracje. Zadecydowano wtedy, iż tę niewielką scenę otworzyć musi właśnie sztuka Stanisława Wyspiańskiego, patrona teatru. Wybór padł na Śmierć Ofelii. Główną rolę zagrała wówczas Anna Kadulska, aktorka do dziś związana z katowicką sceną. Aby uczcić 20-lecie istnienia Sceny w Malarni dyrekcja postanowiła ponownie wystawić ten krótki monodram. Reżyserii podjął się Henryk Adamek, a główną rolę powierzono młodej aktorce, Katarzynie Kowalczuk. Prostą, jednak niezwykle wymowną, scenografię stworzył Wojciech Jankowiak, natomiast o oprawę muzyczną zadbał Rafał Smoleń (który w trakcie spektaklu również obecny jest na scenie).

Ten krótki spektakl wymaga od widza niezwykłego skupienia. Od aktorki natomiast ukazania trudnej drogi, jaką przechodzi Ofelia. Drogi ku całkowitemu obłędowi, zatraceniu, a w ostateczności śmierci. Całemu spektaklowi towarzyszy specyficzny klimat grozy. Prosta, mroczna scenografia, ukazująca fragment wrzosowiska i rzeki, w bardzo wymowny sposób przypomina wielki kamienny nagrobek, zwiastujący zakończenie. Już samo miejsce akcji od początku skazuje Ofelię na znany wszystkim finał, który jednak w trakcie trwania spektaklu wcale takim oczywistym nie jest. Widzimy bowiem dziewczynę na skraju szaleństwa, rozmawiającą z widmami, goniącą za cieniami, śmiejącą się i płaczącą na przemian. Nic jednak nie wskazuje na to, dokąd zaprowadzą ją obłęd i rozpacz. Na dodatek, nad wszystkim nieustannie pobrzmiewa doskonała muzyka, która wprowadza przerażającą atmosferę i sprawia, iż zaczynamy przeczuwać katastrofę. Dlatego – wbrew pozorom – najbardziej wymowny jest sam początek spektaklu. Na scenie nie ma jeszcze Ofelii – wbiegnie tu nieco później. Widzimy natomiast skrzypka, słyszymy przeszywającą muzykę. Światło nieznacznie zarysowuje elementy "cmentarnej" scenografii. Narastają w nas emocje, zaczynamy odczuwać niezwykły, romantyczny wręcz, klimat grozy. Wszyscy wiemy, co się tu za chwilę stanie. Nic już nie trzeba dopowiadać. Ta chwila niewątpliwie na długo pozostanie w pamięci widzów – sam zachowuję ją jako jedno z najmocniejszych teatralnych doznań.

Jednym z ciekawych aspektów spektaklu jest interpretacja śmierci Ofelii dokonana przez samego reżysera. Można bowiem odnieść wrażenie, iż zaledwie w pomyśle inscenizacyjnym oparł się on na tekście Wyspiańskiego. Do jego przemyśleń dołożył w ten sposób kolejne – być może nawet najważniejsze – pytania: Na ile prawdziwy był obłęd samej Ofelii? (wszak, skoro Hamlet mógł tak doskonale udawać...) Czy ta śmierć rzeczywiście była tylko nieszczęśliwym wypadkiem?

 

Miłosz Markiewicz
Portal Katowicki
13 lutego 2013
Portrety
Henryk Adamek

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia