Daleka podróż Ateneum

"Daleka podróż Andersena" - reż. Marcin Jarnuszkiewicz - Śląski Teatr Lalki i Aktora Ateneum

Kiedy myślę o wystawieniach baśni Andersena w polskim teatrze, nie przychodzą mi do głowy realizacje "Czerwonych pantofelków", "Krzesiwa" czy "Świniopasa", lecz "Stary dom" w reżyserii Krystiana Lupy - telewizyjne przedstawienie, kręcone w mieszkaniu profesora Karola Estreichera, tak osobne w dorobku reżysera. Sam Andersen doczekał się porządnej biografii ("Andersen. Życie baśniopisarza" Jackie Wullschläger), a jako postać pojawił się na scenie za sprawą dramatu Enquista "Z życia glist". Marcin Jarnuszkiewicz już wystawiał Andersena (m.in. "Dzikie łabędzie"). Teraz - w mrocznym i perfekcyjnie zagranym przedstawieniu - opowiada o życiu pisarza

Najczęściej padającym w tym przedstawieniu słowem jest „śmierć”. Kawaler opowiada o trzech dziewczynkach w trumnach, a Poeta - o zgonie ojca. Matka z dzieckiem w ramionach pyta bohatera, czy Śmierć tędy nie przechodziła, personifikacją postaci z kosą zdaje się być Gość, Podróżny informuje Andersena, że ten wkrótce umrze, a Tancerka ma tańczyć, dopóki nie zeschnie jej skóra, ponieważ „trzeba cierpieć” (mówi to dwukrotnie). Umierają również zwierzęta – choremu Mężczyźnie w plecy wczepił się ptak, z którego został już tylko szkielet, na scenie pojawia się również martwy łabędź (Gość oznajmia, że wkrótce przemieni się w muł i błoto). Nawet w bajce, którą wspomina Poeta, młody i stary jeleń giną.

Spektakl jest niezwykle piękny wizualnie – wokół stojącej na stole Poety lampy hałasują ćmy, wiatr zrzuca z blatu rękopisy, zza drzwi – dosłownie – wyrasta stado ptaków, których świergot sprawia bohaterowi ogromny ból, przezroczysta folia staje się wzburzonym morzem, w tle pojawiają się ryby i delfiny, prószy śnieg, a Podróżny sypie złotym pyłem, przypominającym iskry. W spektaklu można zauważyć bardzo wyraźne inspiracje moralitetem i „dramatami jaźni” Strindberga („Gra snów”, „Do Damaszku”), a scena, w której każdy z bohaterów wykonuje swoją czynność coraz szybciej, bardzo czytelnie odsyła do „Umarłej klasy” Kantora.

Poeta w wykonaniu Jacka Popławskiego przypomina Gustawa-Konrada - dręczą go pytania natury egzystencjalnej (dlaczego ktoś rodzi się biskupem, a ktoś inny – ubogim seminarzystą) i znajduje się w stanie nieustannego rozedrgania. Bohater zachowuje się tak, jakby miał nerwy na wierzchu i bolało go każde dotknięcie świata. Jego nadwrażliwość – podkreślana za pomocą niezwykle głośnej muzyki - momentami sprawia wrażenie choroby psychicznej. Nie może pisać, gorąco mu, czuje uderzenia krwi do głowy, zakrywa twarz dłońmi i kuli się w kącie. Mówi spokojnie o spadającej gwieździe czy Księżycu, by za chwilę niespodziewanie krzyknąć. Aktor potrafi sporo wyrazić za pomocą mimiki i jest świetny dykcyjnie - nie ma w trwającym 80 minut spektaklu momentu, w którym nie można by nie zrozumieć tekstu. Marta Popławska kwestie Tancerki mówi w niezwykle naturalny sposób, najprościej jak można. Zapamiętuje się ją w scenie burzy na morzu (imponuje siłą głosu), ale również wtedy, gdy bezgłośnie opowiada coś Poecie (oboje stoją za szybą). Katarzyna Kuderewska zapada w pamięć za sprawą bardzo malarskiego monologu o słońcu, ślizgającym się po murze domu, a także w roli żony Klemensa – domorosłej poetki (scena wnosi akcenty humorystyczne). Katarzyna Prudło ujmuje naturalnością jako Panna, a na scenie między nią i Grzegorzem Eckertem (Kawaler) czuć prawdziwą „chemię”. Piotr Gabriel w roli Gościa mówi niewiele, ale gdy podkreśla, że „trzeba cierpieć”, wywołuje ciarki. Nie ma wątpliwości, że ubrany na czarno upiorny dzwonnik jest uosobieniem Śmierci. Marek Dindorf, opowiadający historię kieliszków, jest znakomity – jego Mężczyzna przypomina Mirosława Samsela w monodramie „Dobrze czułem się tylko w górnych sytuacjach” na podstawie „Upadku” Camusa. Podróżny (Piotr Janiszewski) pojawia się już w pierwszej scenie – gdy Poeta w lustrze widzi zamiast swojego odbicia jego twarz. Mężczyzna wie, że Andersen niedługo umrze, o czym informuje bohatera. Jego niepokoje egzystencjalne kwituje krótko: religia-pocieszycielka uczy, że po śmierci czeka nas niebo i życie wieczne, ale sam w to nie wierzy. Nie musi – on wie, jak jest po drugiej stronie, bo właśnie stamtąd przychodzi. Aktor znakomicie radzi sobie z trudnym, mówionym bardzo szybko i naszpikowanym odniesieniami do literatury monologiem o Feniksie i potrafi stworzyć postać Posłańca Śmierci bez uciekania się do tak oczywistych środków wyrazu, jak groźne miny czy demoniczny śmiech.

Podsumowując: powstało perfekcyjnie zagrane przedstawienie, w którym za pomocą plastyki (kojarzącej się z dokonaniami Leszka Mądzika) a także poetyckiego, wizyjnego i niełatwego języka opowiada się o brutalnych prawach natury i skomplikowanej psychice Andersena.

Teatr Ateneum w Katowicach tym spektaklem odbył daleką podróż w świat baśni i malowanych poezją, nieczęsto widzianych w teatrze krajobrazów. Każdy z nas - duży, czy mały jeśli jest dzieckiem, czy pozostała w nim choć odrobina dziecięcej wrazliwości - ulegnie magii tego spektaklu. Idźcie i chłońcie słowo i barwy sączące się z tej niewielkiej sceny.

Warto.

Tomasz Klauza
Dziennik Teatralny Katowice
3 marca 2012

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia