Dawno, dawno temu...?

„Grimmowie" – reż. Elmārs Seņkovs – Teatr Lipawski w Lipawie (Łotwa) – 23.04.2022

Wraz z pierwszym dźwiękiem orkiestry Teatru Lipawskiego kurtyna otwiera się powoli, odsłaniając przed nami imponujący, baśniowy pejzaż składający się z kilku pagórków, trumien obrośniętych sztuczną, kiczowatą trawą i kwiatami, a nad wszystkim góruje potężne, metalowe i – co wydaje się bardzo ważne – dziurawe słońce. Nastaje cisza. Nie dzieje się nic, aż po chwili z pagórków i trumien zaczynają wypełzać robaki. Życie zaczyna się na nowo.

Wymowny początek spektaklu w reżyserii Elmārsa Seņkovsa to przypowieść o początku nowego cyklu osadzona w post-apokaliptycznym świecie. To tutaj wkrótce wydarzą się przerażające, absurdalne i makabryczne historie Jasia i Małgosi, Kopciuszka, Królewny Śnieżki i krasnoludków. Ale na to czas dopiero przyjdzie potem. Na razie świat musi nabrać więcej formy, robaki muszą się w pełni rozwinąć, nauczyć chodzić i mówić, aby w pełni przepoczwarzyć się w bohaterów baśni Braci Grimm. Narrator, będący jednocześnie uosobieniem śmierci spogląda na to wszystko ze znużeniem, po czym stwierdza, że „w zasadzie, to w tym miejscu moglibyśmy skończyć". Śmierć wie, że wszyscy te historie znamy na pamięć; jeśli coś nowego chce nam pokazać, to jedynie ten nowy początek wydarzający się po jakimś niewytłumaczalnym końcu. Ale jakoś mimowolnie kontynuuje, bo jakoś wszyscy kochamy słuchać tych baśni, taką mamy naturę. A nikt przecież nie zna naszej natury lepiej niż Śmierć.

Reżyser sprawnie przeplata różne baśnie by uniknąć linearnej narracji a to dlatego, że jej odbiór musi być utrudniony, widownia powinna być tak samo skołowana i zagubiona jak dziwne kreatury, które dopiero co nauczyły się chodzić i same jeszcze nie pojmują tego świata jawiącego się jako dziwny, ale także jako zabawny, a to wszystko za sprawą komicznych układów choreograficznych, dużej ilości czarnego humoru i przekręcanych różnych języków. A, bo tylko Śmierć mówi po łotewsku i to tylko ona jest tłumaczona w napisach na polski. Każdy z pozostałych bohaterów mówi w innym języku – a dokładniej rzecz ujmując – w czymś, co melodią i pojedynczymi frazami jakiś obcy język ma zaledwie przypominać. Zabieg ten wprowadzono nie tylko z powodów komediowych, ale także dlatego, że pełnił on bardzo ważną funkcję: podkreśla uniwersalizm baśni Braci Grimm, które zna w końcu cały świat.

Przez tę zwariowaną, kolorową krainę wykreowaną nie tylko przez imponującą scenografię Reinisa Suhanovsa, ale także przez niezwykle plastyczne, budujące magiczną atmosferę oświetlenie Martinsa Feldmanisa, oprowadzała nas, jak już wspomniałem, Śmierć, w którą – co ciekawe – wcielał się mężczyzna, choć po łotewsku słowo „śmierć" także jest rodzaju żeńskiego. Wykreowana przez Egona Dombrovskisa postać narratorki tej brutalnej opowieści snuła się po scenie jak gdyby bez celu i ze zwyczajnej nudy. Powściągliwe i oszczędne aktorstwo Dombrovskisa sprawdziło się tu doskonale, bo wzmagało poczucie absurdu i bezsensu w baśniowym świecie Grimmów. Fenomenalnie wypadła także Kintia Sture w roli bezgranicznie szczęśliwej, naiwnej i jakby autystycznej Królewny Śnieżki, która tanecznym krokiem nieprzerwanie sunęła po scenie w swoich słuchawkach. Jaki język imitowała, tego niestety nie jestem pewien, ale obstawiałbym któryś z ugrofińskich. Niemniej, aktorka pierwszorzędnie operowała melodią tegoż języka zarówno w celach komediowych, jak i w chwilach znacznie bardziej poważnych.

Ogromną rolę w łotewskim spektaklu odegrała choreografia, która nadawała przedstawieniu specyficzny rytm i okazała się kluczowa w budowaniu komediowych tonów. Szczególnie uwydatniała to zbiorowa kreacja krasnali, które w chaotycznej harmonii „drałowały" po scenie z komiczną wściekłością wypisaną na twarzach. Ruch był głównym sposobem ich komunikacji, a składał się z zabawnych, podszytych baletem podskoków, pozornie przypadkowych, gwałtownych zwrotów czy szybkich, jaszczurzych skinień. Ich kreacja składająca się z opisywanej choreografii, połączona z długimi, stożkowatymi czapkami stwarzała znakomity i żartobliwy efekt.

Muszę się przyznać, że przez pierwsze dwadzieścia minut przedstawienia miałem pewne wątpliwości co do niektórych rozwiązań jak i do treści przedstawienia, i to mimo bardzo pomysłowej warstwy audiowizualnej. Do niektórych elementów podchodziłem niepewnie, jednakże wraz z upływem czasu, dostrzec można było, że reżyser sumiennie i bardzo precyzyjnie poszczególne teatralne gesty, fragmenty scenografii, a nawet wymyślone słowa zaplanował i sprawnie złożył w spójną całość – taką, w której najmniejszy detal miał wielkie znaczenie dla interpretacji. Bo, na przykład, nieprzypadkowo Śmierć poprawia ścieżkę z purpurowego materiału pod koniec pierwszej części – jest to przygotowanie pod część drugą, kiedy to będzie po niej kroczyć Baba Jaga, którą Małgosia zdoła udusić kablem od mikrofonu. Później z kolei tą samą ścieżką na scenę wejdzie Inny Książę – co tłumaczy purpurę – będący jedyną postacią, która wejdzie na wyższy poziom świadomości i zorientuje się, że tu jest ktoś jeszcze, ktoś, kto tym światem rządzi – a tym kimś jest Śmierć, narrator.

Twórcy spektaklu chociaż straszą nas tym pokrętnym, zdegenerowanym światem, to na koniec napawają nas optymizmem, bo w końcu każda baśń musi się dobrze skończyć. Jest to jednak optymizm gorzki, bo jak to podsumowuje Śmierć, te opowieści, które przydarzyły się dawno, dawno temu, pełne są bólu, grozy, cierpienia i nieszczerych serc i tak w sumie to nie nauczyliśmy się z nich nic a nic.

Jan Gruca
Dziennik Teatralny Rzeszów
25 sierpnia 2022

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia