Debiutancka porażka

"Koza albo kim jest Sylwia?" - reż Kasia Adamik, Olga Chajdas - Och-Teatr w Warszawie

Tegoroczne Wybrzeże Sztuki rozpoczęło się od przedstawienia nieudanego, ale na pewno niebanalnego

W dniu swoich 50. urodzin architekt Martin(Piotr Machalica)  znajduje się na szczycie  zawodowej kariery: jest najmłodszym w historii zdobywcą najbardziej prestiżowej nagrody i zwycięzcą najbardziej prestiżowego konkursu na projekt miasta przyszłości. Od 24. lat realizuje upragniony scenariusz swej żony Stevie(Maria Seweryn), która podobnie jak jej rodzice wymarzyła sobie życie tylko z jednym partnerem aż do śmierci. Małżonkowie przyjmują z godnością homoseksualizm Billy\'ego(Radosław Jamroż), ich  18-letniego syna, jedynaka. Sielanka z wyższych sfer, aż tu nagle półwieczny bohater komunikuje ni mniej, ni więcej, że jest zakochany z wzajemnością i pełnym spełnieniem fizycznym w Sylwii, czyli... kozie. Martin próbuje wyjawić swe nietypowe uczucie żonie, jednak jego niemrawa opowieść początkowo nie dociera do Stevie. Dopiero podczas spotkania z najlepszym przyjacielem Rossem(Bartłomiej Topa) zoofil zwierza się z całości i ze szczegółami.Ross wysyła list do Stevie, w którym informuje żonę nietypowego kochanka o całym zdarzeniu. Dopiero teraz kobieta przyjmuje do wiadomości, że nie jest jedyną u boku męża. Tworzy się psychodrama, w której dostaje się także Billy\'emu za jego homoseksualizm. W konsekwencji zdarzeń Stevie postanawia rozwiązać problem ostatecznie – wyjeżdża na wieś i wraca ze zwłokami rywalki do serca rozdartego Martina.

„Koza albo kim jest Sylwia” jest drugą, po „Kto się boi Wirginii Woolf”, sztuką mistrza absurdu Edwarda Albee\'go, która uzyskała prestiżową nagrodę Tony. Rzecz miała premierę na Broadwayu  w 2002 roku i w komediowej formie  szła  309 razy, a grali w niej m.in. Mercedes Ruehl, Sally Field i Bill Pullman. Pierwszym skojarzeniem, jakie nasuwa się podczas oglądania, jest nowela ze słynnej komedii Woody Allena pt. „Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać”, w której Gene Wilder zakochuje się w owcy. 19 września 2010 roku na deskach Och-teatru doszło do polskiej prapremiery, choć o sztuce było głośno zaraz po jej wystawieniu: podobno Cezary Pazura z tłumaczem i reżyserem Wiktorem Grodeckim kolędowali po polskich teatrach z propozycją wystawienia kontrowersyjnej sztuki, ale nie znaleźli  odważnego dyrektora. Odważyła się Krystyna Janda, z której inicjatywy doszło do polskiej prapremiery sztuki, której tytuł był inspirowany pieśnią z „Dwóch panów z Werony” Szekspira. Warszawska inscenizacja jest piętrową prapremierą – debiutują: Kasia Adamik, reżyserka, która uwielbia reżyserować z kimś (najczęściej z mamą, ale tym razem z przyjaciółką Olgą Chajdas),  Radosław Jamroż i... Bartłomiej Topa ( grał już w kilkudziesięciu filmach i sztukach telewizyjnych, ale po raz pierwszy, poza studiami, zagrał na scenie). Mimo tradycyjnego zachwytu Krystyny Łubieńskiej, koncepcja reżyserska jak i gra aktorów pozostawiają wiele do życzenia.

Aktorzy zdawali się nie najlepiej czuć w świecie zadanym im przez reżyserki. Według Rossa (bezbarwny Bartłomiej Topa) jego przyjaciel wygrał konkurs, w którym inwestycje są warte 250 miliardów, Martin (zmęczony i absolutnie poza rolą Piotr Machalica) bezrefleksyjnie mówi o 250 milionach. Obie sumy dla kasjera w Biedronce i piszącego te słowa są abstrakcyjne, ale różnice finansowe wśród aktorów dość rażące. Młody Radosław Jamroż nie przekonuje, najwięcej emocji w tej dość niezwykłej, jak na  codzienne zmagania z losem sytuacji, okazuje Maria Seweryn. Historia podana na serio nie tylko nie przekonuje, ale wręcz zadziwia. Nie wiem, jak się powinno grać zakochanego w kozie, ale uspokoiłem się, bo Piotr Machalica wyraźnie także nie miał pomysłu na tak kuriozalną rolę. Reżyserki nie znalazły sposobu ani na uwiarygodnienie węzła dramaturgicznego, jeśli miało być serio, a podobno miało być serio,  ani na znalezienie innego kostiumu, dzięki któremu historię na poziomie dosłowności można wziąć w nawias i nadbudować na tym jakieś sensy. Wydaje się, szczególnie przy tak wielu debiutantach i oczywistym braku osobistych  doświadczeń z problematyką, że należało pójść w farsę, nie tylko bezpieczną, ale paradoksalnie psychologicznie uzasadnioną. Ostatecznie nie powstała ani psychodrama, ani komedia, nie było tak naprawdę ani śmiesznie, ani strasznie. Artystyczna porażka  głównie kierowniczek projektu.

Zoofilia jako problem społeczny  do niedawna  nie istniała. Wielu wiejskich chłopców zaspokajało swoje popędy za pośrednictwem inwentarza, przez co nie byli wykluczani ze społeczności, a wręcz przyjmowano ich działania ze zrozumieniem. Polski kodeks karny nie ujmuje tego problemu, gdy nie idzie za nim produkcja pornografii, jedynie artykuł 37. ustawy o ochronie zwierząt w takich sytuacjach nakłada na sprawcę  karę aresztu lub grzywny. Sporadycznie brukowce najniższego poziomu informują o patologicznych formach współżycia kobiet i mężczyzn ze zwierzętami. W odbiorze społecznym zoofilia jest odbierana jako zboczenie, a jeśliby rozważać „związki” w kategoriach „uczuciowych”, to jest to choroba, bez względu na to jak tolerancyjnym ultrasem światopoglądowym byśmy byli. Sytuacja zmieniła się w epoce internetu. Wystarczy poklikać, by dowiedzieć się, że Polska jest El Dorado dla zoofilów. Dziurawe prawo, łatwa dostępność i ogólna hipokryzja Polaków tworzą bardzo przyjazne środowisko dla spragnionych nietypowych podniet. O tym oczywiście Edward Franklin Albee III  nie mówi, ale sztuka mogłaby skłaniać do dyskusji także o tym problemie. Niestety, nie skłania do niczego, może poza wzruszeniem ramion. Pozostaje ciekawostka poznawcza, potwierdzająca doniesienia bywalców o poziomie artystycznym większości scen warszawskich.

Piotr Wyszomirski
Gazeta Świetojanska1
5 lipca 2011

Książka tygodnia

Kwiatkowska. Żarty się skończyły
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Marcin Wilk

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...