Delfin i Dziewczyna

„Delfin, który mnie kochał" - reż. Magda Szpecht - Stowarzyszenie Kolektyw 1a w Poznaniu i Teatr Polski w Bydgoszczy

Tego spektaklu nie można było traktować na poważnie. Kto tak zrobił, srodze się zawiódł. Właściwie „Delfin, który mnie kochał" to nie żaden spektakl, ale raczej performans, pewnego rodzaju eksperyment sceniczny, artystyczny żart. Taka zabawka, by rozluźnić się i odpocząć w tak zwanym festiwalowym międzyczasie. Wsłuchując się w kojącą, choć czasem niepokojącą mowę delfinów.

Reżyserka tego projektu, Magda Szpecht postanowiła uraczyć widzów krótką opowiastką na temat tego, jak to pewna dziewczyna ze wzajemnością zakochała się w delfinie. Zwierzę z rozpaczy popełniło samobójstwo, a dziewczyna wpadła w nieuleczalną depresję. W dodatku wszyscy się z niej śmieją i nikt nie wierzy w jej cierpienie. Tak mniej więcej wygląda ta historia. Utkana została z wykorzystaniem teatru dokumentalnego, aktorskiej ekspresji oraz nowych mediów.

Bo faktycznie, kiedyś taka sytuacja miała miejsce. Otóż w latach 60. ubiegłego stulecia w sekretnym laboratorium na Karaibach NASA przeprowadziło pewien eksperyment. Wzięła w nim udział Margaret Howe Lovatt, młoda mieszkanka Wyspy świętego Tomasza. Na pół roku zamieszkała ona w specjalnym Domu Delfina z młodym delfinem o imieniu Peter. Uczyła go i obserwowała jego zachowania. Po jakimś czasie dziewczyna i zwierzę stali się nierozłączni, a uczeni zarejestrowali, że wytworzyła się między nimi intymna relacja. Podobno była ona prawdziwa.

Jak została zrealizowana owa historia na teatralnej scenie, w sferze wizualnej? Oglądamy trójkę aktorów wykonujących dziwne ruchy. Domyślić się można, że dwoje z nich, czyli Jan Sobolewski i Jaśmina Polak odgrywają parę głównych bohaterów. Ich bliskie interakcje są wyrazem kiełkującego uczucia. Sobolewski rzuca się po scenie, Polak nim dyryguje. Nie wiadomo do końca kogo odgrywała druga z aktorek, czyli Angelika Kurowska. Być może miała symbolizować samicę delfina. Nieustannym ruchom aktorów towarzyszą odgłosy wydawane przez delfinów oraz fragmenty nagrań video z morzem w tle. I załamany głos Margaret, która zwierza się ze swojego problemu.

Realizatorzy spektaklu, na pytanie o jego przesłanie, odpowiadają, że ma on być przyczynkiem do naszej refleksji na temat przenikania się nauki, metafizyki i uczuć. Co naprawdę robi wrażenie, to fakt, że delfiny naprawdę potrafią, przynajmniej w części, naśladować ludzką mowę, choć nie wypowiadają spółgłosek. Tego nie wiedziałam, teraz już wiem. Teatr potrafi edukować również z zakresu zoologii.

Performensowi Magdy Szpecht, mimo, że aktorzy grają na „poważnie", nie wolno brać na serio. Wydaje mi się, że reżyserka nieustannie puszcza oko do publiczności. Szczególnie wówczas, gdy każe Sobolewskiemu wykonywać jedną i tę samą piosenkę w różnych wariacjach, która to scena - nota bene - wypadła znakomicie oraz kiedy na samym końcu Kurowska zaprasza nas do wzięcia udziału we wspólnym seansie jogi. Jej siła ma przeciwdziałać polowaniu na delfiny. Czyż nie jest to jawne zżymanie się na popkulturę, zalew rozrywkowych programów, lansujących jednosezonowe gwiazdki oraz na wszelkie akcje społecznościowe angażujące ludzi na liczne, czasem wymyślne sposoby, które nie wiadomo, czy w ogóle przynoszą jakiś wymierny efekt.

Rezultat? Ot, takie sobie, warsztatowe przedsięwzięcie.

Marta Kowalczyk
Gazeta Festiwalowa
13 listopada 2015

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia