Dialog głuchych

"Uwaga... publiczność!" - reż. Edward Wojtaszek - Och-Teatr w Warszawie

Teatr nie jest produktem, widz nie jest klientem - wpięte w marynarki i koszule znaczki z tym napisem obnosiliśmy w środowisku scenicznym wiosną ubiegłego roku. Szło o rzecz podstawową: o szacunek dla postaw twórczych.

Gruboskórność samorządowych notabli we Wrocławiu czy Warszawie, traktowanie ludzi teatru jak popychadeł, którymi można dyrygować i nawet nie trzeba się z tego tłumaczyć - wszystko to wywołało wtedy protest podpisany przez dobrych kilka tysięcy osób, odczytywany przed spektaklami Warszawskich Spotkań Teatralnych. Artyści sceny zjednoczyli się w spektakularnym oporze - oczywiście dalece nie wszyscy i oczywiście ledwie na chwilę, która rychło miała prysnąć niczym zbyt piękny sen.

Dziś mało kto pamięta o tamtej sprawie, przykrytej kolejnymi dyskusjami i aktami protestu, choćby kwestią wizerunku Starego Teatru czy odwołania "Golgoty picnic". Tymczasem nie bez zdumienia przychodzi skonstatować, że do debaty postanowił - z poślizgiem, bo z poślizgiem - przystąpić jeden z ważniejszych teatrów prywatnych: Och-Teatr, druga siedziba antrepryzy Krystyny Jandy w dawnym kinie Ochota. Nie najpraktyczniejsza to scena, ogromna, nieustawna, z platformą do grania pomiędzy dwoma amfiteatrami krzeseł naprzeciw siebie, niczym na tenisowym korcie. Wielu inscenizatorów poległo na tej patelni, teatr rąbie tu przede wszystkim farsowe samograje i słabej klasy krotochwile, czepia się chwytliwych tytułów. Aliści parę pozycji obfitego afisza ma całkiem do rzeczy; to jedna z nich.

"Uwaga... publiczność" francuskiego aktora i bulwarowego autora, Frederica Sabrou, jest jednoaktową obyczajówką, napisaną lekko, acz nie do końca komediowo. Jesteśmy za kulisami niewielkiej sceny teatralnej. Szykuje się przedstawienie: są dwie aktorki, aktor-wycirus mający kłopoty z butelką (ileż okazji do gagów), inspicjent oraz spiritus movens przedsięwzięcia, autor-reżyser-producent. Dzieło wygląda na mało atrakcyjną, kostiumową chałę, widmo klapy wisi pod sufitem. Wszyscy więc z najwyższym niedowierzaniem przyjmują wiadomość z kasy: nie ma biletów. Sprzedano komplet! Natura cudu rychło się wyjaśnia. Na poprzednim przedstawieniu był przypadkiem jeden z ważnych ludzi francuskiego Ruchu Narodowego i napisał na blogu, że warto iść. Zdyscyplinowanej partii starczy wzmianka. Zatem teatr nagle ma publiczność, tylko to paskudna publiczność. Nacjonalistyczna sfora, LePenowski aktyw. Co robić? Kłótnie wypełniają jednoaktówkę aż po ostatni dzwonek. Na "nie" jest główna heroina wieczoru: pryncypialnie oburzona kategorycznie odmawia grania dla nich, gotowa wyjść przed spektaklem na scenę i wygarnąć przybyłym, co myśli o ich postawie politycznej. Jej determinacja imponuje koleżance świeżo po debiucie: ona też jest zdecydowana protestować. Rozpaczliwą kampanię o zmianę ich stanowiska toczy autor/producent, który odrazę wobec, jak to się ładnie mówi, "łysych intelektualistów", odczuwa pewnie jak każdy, ale wie, że jeśli przedstawienia nie będzie, to trzeba wystawiać dekoracje na ulice, właściciel sali wypowie kontrakt. Kroi się więc spektakularne samobójstwo akurat w chwili, kiedy pojawiła się szansa na, jak by nie było, sukces. Szymon Kuśmider ogniście i logicznie zarazem przedstawia rozdarcie swojego bohatera między skrupułami inteligenta a pragmatycznym, niech będzie, że i oportunistycznym, wysiłkiem ratowania własnego dzieła. Z tłukącą się dodatkowo pod czaszką elementarną wątpliwością: skoro przyszli i kupili bilety, to w jakim właściwie trybie wyrzucać ich z teatru?

Francuski autor zna sposoby na podkręcenie paradoksalności sytuacji. W pierwszej scence obserwujemy sympatycznego inspicjenta, jak umawia się z kimś przed telefon na obejrzenie mieszkania do wynajęcia. Ciepła konwersacja urywa się jak z bicza trząsł, gdy chłopak podyktuje właścicielowi kwatery swoje nazwisko i zabrzmi ono jednoznacznie po arabsku. Niemiło! Aliści inspicjent-imigrant, który miałby może największe powody, żeby nie chcieć grać dla nazioli, właśnie najaktywniej tego grania się domaga. Akurat jego najmniej stać na utratę pracy i zarobku z wykupionych biletów. Aktoreczka podgląda widownię przez dziurę w kurtynie i zauważa rodziców; nigdy nie była w stanie zaciągnąć ich na swoje przedstawienie, dziś przyszli. Grajmy - prosi, ciskając w kąt ideały. Szkoda, mówi ktoś z przekąsem, że będą oglądać przedstawienie w takim towarzystwie. - Ale oni na nich głosują - wypala szczerze dziewczyna. Na polu bitwy pozostaje główna gwiazda, lecz i w niej, gdy nadejdzie ostatnia chwila, aby wkładać kostium, instynkt aktorski przeważy. Frederic Sabrou narysował tę postać jako dość zjadliwą karykaturę samotnej kobiety, w ideowym wzmożeniu topiącej niepowodzenia; Maria Seweryn łagodzi obraz, stara się wybronić postawę swojej bohaterki, żeby balans racji pozostał - na tyle, na ile się da - otwarty.

Przy widocznych w tej kwestii wysiłkach i aktorki, i inscenizatora, Edwarda Wojtaszka, przechył jest nie do uniknięcia. Sympatia w tej opowieści lokuje się jednoznacznie po stronie teatru gotowego do gry zawsze i wszędzie. W tym sensie wypowiedź Och-Teatru jest bodaj najdalej idącym zanegowaniem hasła, pod którym protestowano wiosną ubiegłego roku. Teatr jest produktem, widz jest klientem. Klienta się nie weryfikuje pod kątem ideowym. Nie opieprza i nie obraża. Nie wychowuje, pardon, nie modernizuje. Klientowi daje się towar dbając, by był atrakcyjny i by skutecznie spełniał swoje cele. Czasem proste jak cep, a czasem dosyć wyrafinowane. Ale wpisane w produkt - nie w opakowanie 1. Nie pamiętam, żeby ktokolwiek od pamiętnej Dejmkowej maksymy, że aktor jest do grania jak dupa do... wiadomo czego, zaprezentował podobną postawę równie jednoznacznie i, co tu dużo mówić, wyzywająco. Tamta opinia sprzed trzydziestu lat, nóż w plecy teatralnego bojkotu komunistycznych środków przekazu, doprowadziła świat sceny do białej gorączki. A dzisiejsza, lekko i komediowo opowiedziana, acz przecież świadomie przyjęta postawa, jaką ma siłę oddziaływania? Ano żadną. Co jest prostą konsekwencją nieprzytomnej dywersyfikacji życia scen i - tym bardziej - ich widowni. Śmiem wątpić, by zbyt wiele osób, które kilkanaście miesięcy temu nosiły wspomniane znaczki, wybrało się na spektakl w Ochu. Nie ich adres. A stali bywalcy przyjmują rzecz chłodno. Woleliby farsę na temat teatru w teatrze, typu "Czego nie widać", ewentualnie wzruszenie. Ale roztrząsania czy wypada grać dla narodowców czy nie - co ich właściwie obchodzą? Nie do takiego produktu przywykli. To tylko niektórzy, cokolwiek wiekowi obserwatorzy, mają w pamięci czasy, gdy widzowie i na beztroskiej rozrywce potrafili przyhamować wesołość, trafieni jakąś myślą, a teatr ambitny nie musiał być - nastroszony jak akademicki wykład. Z taką myślą, wywiedzionych z doświadczeń własnej młodości, starała się projektować repertuar swojego teatru Krystyna Janda, łączyć popularny charakter z - jednak - wymaganiami wobec publiczności. Z sezonu na sezon staje się to jednak coraz mniej możliwe. Z przyczyn zapewne głównie komercyjnych - po prostu coraz trudniej pozwolić sobie na ryzyko nieakceptacji propozycji przez widownię. Ale nie bez znaczenia jest też ów wściekły podział teatralnego terytorium i będące jego konsekwencją otaczanie się przez główne obozy coraz wyższymi murami.

Zza których to częstokołów trwa niekiedy dziwaczny ostrzał przytrutymi strzałami. Janda stanowi częsty cel satyrycznych wycieczek ambitnego teatru, przy czym jej jadowity portret w wykonaniu Agnieszki Kwietniewskiej w spektaklu "Był sobie Andrzej, Andrzej i Andrzej" duetu Strzępka/ Demirski był przynajmniej pomysłowy i mieścił się w poetyce brawurowego pamfletu. W zeszłorocznym, wałbrzyskim spektaklu "Dekalog: opowieści plemienne" Sara Celler-Jezierska po prostu mówi ze sceny kawałki wywiadu aktorki, pogodne i świadczące o życiowym spełnieniu. Teatr zda się uważać, że jest to postawa na tyle skandaliczna, że nawet nie ma potrzeby jej złośliwie podkręcać. Przed monologiem aktorka rozbiera się do naga. Bezsensowna nagość niejako obnaża bezsens cytatu. I trudno oprzeć się myśli, że udział Och-Teatru w debacie o teatrze będącym produktem lub nie jest co prawda dużo bardziej mieszczańsko wyperfumowany - ale przynajmniej dorzeczny.

W wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" Magdalena Cielecka, wspominając swą krótką ucieczkę od Warlikowskiego - wystąpiła wtedy w Imce i w Narodowym - opowiada, jak to śmiejemy się czasem z kolegami i koleżankami z Nowego, że dobrze jest czasem zagrać w spektaklu, który trwa półtorej godziny i można na niego zaprosić lekarza albo opiekunkę do dziecka.

Wreszcie ktoś to powiedział głośno! Wyjawił światu tę naszą, śmiem twierdzić, powszechną hipokryzję środowiskową, w ramach której analizujemy, roztrząsamy, nagradzamy i wynosimy pod niebiosa sceniczne dzieła nowatorskie, odważne, łamiące reguły i konwencje - i mamy ku temu, żeby było jasne, dobre powody - ale skrajnie inaczej kombinujemy, kiedy trzeba coś polecić zaprzyjaźnionemu mechanikowi samochodowemu, który jest teatromanem, biznesmenowi poznanemu na wyciecze do Peru, albo cioci, która napomina żeby mi było normalnie, siostrzeńcze.

Chapeau bas, pani Magdo.

1 W tych zdaniach opisuję wymowę spektaklu, a nie formułuję własne credo. To uwaga dla zdolnych dramaturgów i dramaturżek mających kłopoty z odróżnieniem jednego od drugiego, o czym świadczą polemiki z moim felietonem o "Teatrze z biblioteki" z poprzedniego numeru.

Jacek Sieradzki
Odra
12 września 2014

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...