Dialog z teatrem tańca

17. Międzynarodowa Konferencja i Festiwal Tańca Współczesnego

Nie sposób było wszystko zobaczyć, wszędzie być i "skosztować" wszystkiego z bogatej oferty tanecznych i teatralnych przeżyć XVII edycji Międzynarodowej Konferencji Tańca Współczesnego i Festiwalu Sztuki Tanecznej w Bytomiu. Dlatego skupię się w swojej relacji z tanecznych zmagań głównie na spektaklach wieczornych. Oprócz różnorodnej oferty warsztatowej (między innymi: warsztatów radiowych, scenograficznych czy fotografii tańca), już sama obecność na przedstawieniach wystarczała, by nasycić apetyty nawet najbardziej wybrednych widzów

Różnorodność zespołów, które odwiedziły Bytom podczas Konferencji można porównać do kuchni fusion: Izrael, Niemcy, Meksyk, Singapur, Rosja, Kanada. Kłopotów ze wzajemnym zrozumieniem nie było, gdyż wszyscy podczas tych dwóch tygodni mówili jednym językiem, wręcz jednym głosem – tańca.

Dlaczego stosuję metaforykę jedzenia, która, wydawać by się mogło, ma niewiele wspólnego z tańcem? Być może dlatego, że ciekawym zjawiskiem, które utkwiło mi w pamięci, był widok uczestników warsztatów, którzy codziennie oblegali schody Śląskiego Teatru Tańca, jedząc obiady. Czemu o tym wspominam? Chciałabym bowiem przybliżyć tu także samą atmosferę, jaka panowała podczas Konferencji, bo i ona, oprócz realizacji repertuarowych, była niezwykle ważna, a to „obiadowanie teatralne” także się na to składa. Śląski Teatr Tańca podczas tych parunastu dni nie przypominał stereotypowo rozumianego teatru w trakcie festiwalu, ze sztywną oficjalną atmosferą, eleganckimi sukniami i drogimi biletami. Przystępne ceny biletów, oczywiście oprócz interesującego repertuaru, moim zdaniem były decydującym czynnikiem wpływającym na to, że widownia codziennie była pełna. A wypełniona była przede wszystkim ludźmi młodymi. Do Śląskiego Teatru Tańca wchodziło się jak do wielkiej paczki znajomych, żywo dyskutujących na temat wspólnych zainteresowań – tańca. Podczas oglądania spektaklu parę razy zdarzyło mi się siedzieć obok kogoś, kto podczas oglądania nie wytrzymywał i przytupywał lub wystukiwał rytm albo komentował wraz z sąsiadem technikę tańca. Wszystko to świadczy o żywym odbiorze, fajnej publiczności, do której chciało się należeć i atmosferze, w której chciało się oglądać spektakle. A co mogliśmy zobaczyć?

Folkwang Tanzstudio był wyczekiwaną w kuluarach gwiazdą. Niestety, zawiódł moje nadzieje. Publiczność wiele oczekiwała od tego występu, gdyż jest to zespół, który istnieje już 80 lat, i z którym związane jest nazwisko wybitnej choreografki Piny Bausch. Po jej śmierci Studio przejął, Rudolpho Leoni, który do Bytomia przyjechał po 18 latach nieobecności ze spektaklem „Bits and pieces”. Zgodnie z tytułem, w spektaklu rzeczywiście było wszystkiego po trochu, ale niestety pasuje tu też określenie, że jak wszystko, to i nic. Było wiele ciekawych momentów, sekwencji nasyconych różnymi emocjami, przechodzących od delikatności do wściekłości i agresji, pokazywanych za pomocą różnorodnych technik tanecznych. Taniec był mistrzowski, jego technice nie można nic zarzucić, jednak sam spektakl nie miał żadnej spójnej narracji, jakiejś linii tematycznej. Jakby chodziło o prezentację samych technik tanecznych. Na przemian na scenie pojawiały się pary tancerzy lub większe grupy. Było „wszystkiego po trochu”, dużo dobrego technicznie tańca, ale zabrakło tematu, jakiegoś przynajmniej zalążka myśli przewodniej.

Natomiast choreografka Laura Peterson w spektaklu „Forever.” udowodniła, że brak prostej narracji może być atutem. Tu czwórka tancerzy ubranych w kombinezony, każdy w innym kolorze, stworzyła wariacje, odniosłam wrażenie, na temat życia. Wykonywali oni mechaniczne ruchy do muzyki elektronicznej, dyskotekowej i tańczyli na białej, okrągłej podłodze, nie przekraczając jej granic. Biegali wokół niej jak trybiki w zegarku, w różne strony, w różnych sekwencjach. Przypominało to naszą codzienną życiową bieganinę. Kładli się, wstawali, czołgali, a wszystko to pod znamiennym tytułem „Forever.”. Czyżby pani choreograf chciała nam zasugerować, że ta „zabawa” nigdy się nie skończy? Zaciekawiło mnie także jej drugie przedstawienie, zaprezentowane na scenie w Elektrociepłowni Szombierki – „Wooden”. Trójka aktorów tańczyła na porozkładanych po całej hali zakurzonych płytach (pewnie drewnianych), specjalnie chyba pokrytych jeszcze jakimś pyłem. Spektakl był atrakcyjny wizualnie, przemawiał bardziej do intuicji i uczuć niż do rozumu. Dlatego trudno pokusić się tu o jakąkolwiek intelektualną interpretację i analizę. Aktorzy prezentowali swoimi ciałami pewnego rodzaju figury geometryczne. Naturalność drewnianej scenografii plus industrialny charakter miejsca to ciekawe zestawienie, nie tylko w materiale, ale przede wszystkim artystycznie.

Najbardziej jednak pozytywnie zaskoczył mnie spektakl „O sounds” zespołu T.H.E Dance Company z Singapuru, pod kierownictwem choreografa Kuika Swee Boona. Nowoczesność była tu przeciwstawiona tradycji. Nowoczesność reprezentowana była przez wideo art. i filmowe projekcje wyświetlane na zainstalowanych po bokach sceny ekranach. Przedłużeniem ekranów była biała płachta papieru rozłożona na scenie. Na niej aktorzy toczyli „taneczną walkę”, a w końcu w jej wirze rozszarpali płachtę na strzępy. Ciekawym elementem spektaklu był też rodzaj teatru cieni, czyli taniec za podświetlonymi ekranami, gdzie widzieliśmy tylko kontury i zarysy postaci. Dla mnie najbardziej zapierającym dech w piersiach elementem przedstawienia był taniec kobiety i mężczyzny trwający ponad 15 minut, pokazujący jakby walkę tradycji z nowoczesnością. Był on mistrzostwem techniki i subtelności, emocji wyrażonej świetną sprawnością fizyczną, wręcz akrobacjami. W spektaklu ważnym elementem oprócz tańca była także muzyka. Pieśni ludowe i różne mityczne opowieści, które reżyser zebrał wśród ludów azjatyckich i przekształcił w muzykę i teksty piosenek. Spektakl poruszał aktualny obecnie temat, na ile zatracamy tradycję i dziedzictwo dążąc do nowoczesności i globalizacji. Zrobił to za pomocą tańca nasyconego delikatnością i emocjonalnością, a z drugiej strony bardzo wyrazistego.

Ciekawymi i już rodzimymi propozycjami, były przedstawiania Laboratorium Choreograficznego ŚTT i Studentów Wydziału Teatru Tańca PWST Kraków. W „Zapętlonej” w wykonaniu Laboratorium głównym motywem była wielka barokowa suknia, symbol kobiecości, która więziła, dawała też zainteresowanie innych, narzucała normy i obowiązujący sposób zachowania. W tej walce o kobiecość mężczyźni także mieli swój udział. Walczyli między sobą, ale także z kobietami. Próbowali także wejść w „ich skórę”, przymierzając suknię czy wreszcie świetnie bawili się w ich towarzystwie na zainscenizowanej dyskotece. Spektakl był ciekawą propozycją, choć technicznie i tanecznie nie zawsze równy i czasem bardzo monotonny. Natomiast walkę, ale bardziej o dominację, czy także walkę dobra ze złem pokazali studenci PWST w spektaklu „DeTerminator” wystawionym w przestrzeni elektrociepłowni.

Integracyjny Teatr Tańca Kierunek pokazał spektakl „Mover” w choreografii Rafała Urbackiego. Niestety mnie trudno się przekonać do tego rodzaju scenicznej opowieści. Przesycenie słowem tego spektaklu zbliża go, jak dla mnie, niebezpiecznie w okolice teatru dramatycznego. „Mover” miał pokazać, jak wyglądały historie każdego z tancerzy. Wychodzili oni na środek sceny i opowiadali, jak zaczęła się ich przygoda z tańcem. Tylko niektórzy z nich pokazali fragment jakiegoś własnego układu. Później zatańczyli w grupie improwizowany układ, w którym każdy z aktorów przez chwilę prowadził i narzucał swoje figury taneczne pozostałym.

Teatr Anima Mundi Danza Contemporanea z Meksyku w spektaklu „Cuerpos al Vento” opowiedział o swojej rodzimej kulturze za pomocą tańca współczesnego, który bardzo dużo czerpał z flamenco i całej południowej kultury. Momentami ze sceny odczuć można było gorąco i namiętność, a taniec z samurajskim mieczem wprowadził lekki powiew grozy. Na finał rosyjska grupa Sasha Kukin Dance Company w dwóch etiudach zaserwowała nam taneczny humor i pokazała, że teatr tańca świetnie współgra i uzupełnia się ze sztuką wideo artu.

Bytom podczas tych dwóch tygodni stał się światem tańca w pigułce. Mimo że uczestnicy różnili się technikami tańca i podejściem do niego, to jednak poruszali się w zgodnym rytmie. Chcieli bowiem zrozumieć, zgłębić i podzielić się tym, wciąż marginalizowanym elementem sztuki teatru, jakim jest teatr tańca.

Anna Baster
ArtPapier
3 sierpnia 2010

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia