Dla Boga z jarzeniówek

"Klątwa", Teatr Nowy Łódź

Jeśli ktoś od czasów liceum ma alergię na patriotyczne inklinacje Stanisława Wyspiańskiego, powinien obejrzeć jego "Klątwę". Ale nie w Teatrze Nowym, gdzie jakimś cudem Łukasz Kos z ciekawego, pojemnego tekstu zrobił nieznośnie nudne przedstawienie.

Dramat "Klątwa" idealnie przekonuje do twórczości Wyspiańskiego. Zwłaszcza tych zniechęconych czytaniem jego szkolnych lektur. 

Prosta, inspirowana faktami historia wiejskiej dziewczyny, żyjącej z księdzem, jak klasycystyczna tragedia, otwiera wiele dróg interpretacji. Bo jest tu uniwersalna opowieść o winie, przeznaczeniu, ofierze, bunt wobec ciemnoty, niepokorna refleksja na temat religijności. Jakimś cudem jednak Łukasz Kos, reżyser bezsprzecznie utalentowany, zrobił na tym ciekawym tekście nieznośnie nudne przedstawienie. Wszystko, co u Wyspiańskiego tli się, wołając o zdecydowane podsycenie, w jego inscenizacji zostaje bezpowrotnie zduszone.

Przebudowaną scenę pokrywają surowe drewniane europalety. Ogniem na ofiarnym stosie są zapalone jarzeniówki. Rzucone w płomienie dzieci Młodej nie istnieją - znaczy je tylko gest matki. Kos dąży do osiągnięcia pewnej hiperteatralności: namnożenia czystych znaków, niezmąconych emocją, chłodnego, quasi-rytualnego porządku. W trakcie kilku pierwszych scen Młoda, siedząc na środku. jak w transie obmywa sobie nogi. Wokół niej jednostajnym krokiem krąży Ksiądz. Widać, że o coś tu chodzi, że w tym prowokująco zwolnionym rytmie jest jakaś zasada. Ale jaka i do czego ma prowadzić - nie wiadomo. A po 40 minutach nie chce się już zgadywać. Na pomysłach inscenizacyjnych Kosa "Klątwa" traci całą dynamikę i przejrzystość. Nie sposób powiedzieć z jakiego "klucza" reżyser przeczytał tekst i co chciał nim powiedzieć, jak definiuje pojęcia grzechu, winy, poświęcenia, jak rozumie sens dramatu. Proponuje jakiś odprysk rytuału, jakąś walkę z klasycznie pojętą teatralnością, ale efekty są nijakie.

Jedynie konsekwentny, choć ledwie muśnięty, może być historyczny cytat. Przez środek widowni Thomas Harzem przerzucił pomost. Na jego szczycie wyrasta gigantyczny krzyż z czerwonych lamp. W pomyśle na scenografię i kontrkulturowych, obrzędowych fascynacjach można by rozpoznać echo głośnych "Dziadów" Konrada Swinarskiego. Do historii przeszła wówczas Wielka Improwizacja - Konrad rzucał wyzwanie Bogu, a wokół niego chłopi wcinali jajka na twardo. W łódzkiej "Klątwie" Młoda przygotowuje się do całopalnej ofiary, a w tym czasie wieśniacy raczą się wódką, pitą z gwinta. Bo jej poświęcenie dla Boga z jarzeniówek nie ma sensu. Podobnie, jak nasze siedzenie na tym spektaklu.

Osobny problem to aktorzy. Jeśli ktoś nie przeczyta wcześniej dramatu, będzie miał spory problem. Właściwie może nie wychodzić z domu. Chyba że ma ochotę przez dwie godziny cierpliwie wyławiać dźwięki z aktorskiego bełkotu do mikroportów i liczyć, że jednak zrozumie cokolwiek z tekstu, do którego nie na darmo dołącza się słownik gwary z ponad 180 pozycjami. Oto próbka z pierwszej strony: "Imajcie motyk! - Cóż to? Tela dzisiok skopane? Marnotrawce! Leda psom braty, darmolęgi!". I w tym stylu - cały dramat. Szeleszczeniu do mikroportów towarzyszą jeszcze intrygujące zabiegi dźwiękowe: np. jeden aktor mówi, a drugi w tym czasie lamentuje białym śpiewem. A widz zastawia się czy słuchać pierwszego, drugiego, a może raczej policzyć, ile reflektorów ma Nowy w nadsceniu. W końcu okazja siedzenia na plecach dużej sceny nie zdarza się codziennie. Co znaczy, że jednak istnieją powody, dla których warto wybrać się na ten spektakl.

Monika Wasilewska
Gazeta Wyborcza Łódź
23 lutego 2009

Książka tygodnia

Sześć opowieści o tym, jak godnie przeżyć życie
Agencja Dramatu i Teatru "Adit"
Tomasz Kaczorowski

Trailer tygodnia