Dla Słowackiego w Teatrze im. Słowackiego

Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Sto lat temu, 16 października 1909 r., Teatr Miejski w Krakowie przestał być sceną bezimienną - został nazwany imieniem Juliusza Słowackiego. Z tej okazji odbył się uroczysty wieczór, a poeta został uczczony festiwalem jego dramatów.

To, co obecnie wydaje się nam oczywiste - że teatry noszą imiona wybitnych artystów, że odbywają się festiwale teatralne, że, na koniec, Słowacki to godny patron dla sceny - sto lat temu wcale takie oczywiste nie było. Krakowska scena był pierwszą na ziemiach polskich mającą swego patrona, co z dumą podkreślano w ówczesnej prasie.

Festiwale również były w Polsce nowością. Wzorem były wagnerowskie Bayreuther Festspiele, gromadzące corocznie - od 1876 r. - śmietankę publiczności z całej Europy i krytyków (również polskich), relacjonujących przedstawienia i domagających się przeszczepienia tej idei na rodzimy grunt. Krakowski teatr miał już doświadczenia w organizacji podobnych przeglądów. W roku 1907, po śmierci Ibsena, pokazano trzy spektakle oparte na jego dramatach. Drugi cykl był hołdem dla Wyspiańskiego - niedługo po jego śmierci, w listopadzie 1907 r., wznowiono jego wszystkie grane w Teatrze im. Słowackiego dramaty, sześć tytułów. Wiosną 1909 r. pokazano kilka dramatów Słowackiego, niejako przymiarkę do jesiennego festiwalu.

Odkrywanie Słowackiego

I sprawa ostatnia - Słowacki. Uznanie, ba - uwielbienie dla niego - było wówczas kwestią dość świeżą; przełom stuleci przyniósł zmianę w recepcji jego dzieł, również teatralnych. Nie żeby wcześniej nie grano Słowackiego (jego wielką miłośniczką i propagatorką była Helena Modrzejewska) - ale najczęściej wystawiano dramaty najbardziej tradycyjne formalnie, jak "Mazepa" czy "Maria Stuart". Późniejszą twórczość, zwłaszcza tę z okresu mistycznego, uznawano za niesceniczną, nie mówiąc już o tym, że wiele z tych utworów nie było szerzej znanych. Tadeusz Boy-Żeleński wspomina, że w jego latach szkolnych znajomość Słowackiego była ograniczona do paru tytułów. Uważano go za poetę znacznie niżej stojącego od uwielbianego Mickiewicza. Dopiero później, w czasach młodopolskich, zaczęto w kręgach wtajemniczonych czytać trzy tomiki "Pism pośmiertnych", wydane przez Antoniego Małeckiego, odkrywając nieznanego i "nieoficjalnego" Słowackiego. "Miłość zaczynała wówczas iść ku Słowackiemu z całym posmaczkiem owocu zakazanego: Mickiewicz to był niejako ślubny mąż; zdradzało się go ze Słowackim. Wyczuwam dziś bardzo ściśle ten odcień ówczesnego nastroju" - pisał Boy przy okazji sprowadzenia zwłok Słowackiego w 1927 r.

Duże zasługi w odkrywaniu Słowackiego miał krakowski teatr. To tutaj, za dyrekcji Józefa Kotarbińskiego, w roku 1899 odbyła się prapremiera "Złotej Czaszki", a trzy miesiące później "Kordiana", który cieszył się wielkim powodzeniem, choć przed premierą (a spektakl był kosztowny - "Bo to i Mont Blanc na scenie, i wojsko w kamaszach", jak wspominał Boy) przepowiadano klapę. Wkrótce w Krakowie wystawiono również po raz pierwszy "Sen srebrny Salomei", "Księdza Marka" i "Fantazego".

Urodziny poety

"Rzecz znamienna: kiedy budowano w Krakowie obecny teatr, nie przyszło na myśl nazwać go Teatrem im. Słowackiego" - pisze Boy. Teatr otwarto w 1893 r. Po 16 latach, w setną rocznicę urodzin poety, nazwano jego imieniem reprezentacyjną scenę i zorganizowano trwający dwa tygodnie festiwal. Urodziny Słowackiego obchodzono nie tylko w miejskim teatrze i nie tylko w Krakowie - w całej Polsce odbywały się odczyty, przedstawienia, wieczory poetyckie, choć w zaborach rosyjskim i pruskim nie było łatwo je organizować.

W Krakowie w styczniu 1909 r. powołano komitet obywatelski do spraw jubileuszu. Na początku kwietnia uczczono 60. rocznicę śmierci poety: Teatr Miejski wystąpił z "Balladyną", Ludowy - z "Mazepą", studenci przygotowali wieczór z fragmentami dramatów, uczniowie - wieczory poetyckie. Organizowano wiele odczytów o życiu i twórczości Słowackiego (niektóre ilustrowane obrazami z epidiaskopu), przedstawień amatorskich, wystaw, koncertów; zawodowe teatry dawały bezpłatne przedstawienia. Prasa komentowała obchody na bieżąco, zamieszczała artykuły popularyzujące twórczość poety. Mieszkańców nakłaniano do uczestniczenia w obchodach i dekorowania domów portretami i popiersiami poety.

Powstał również pomysł uczczenia Słowackiego pomnikiem, ale choć zebrano sporo pieniędzy (np. dochód z uroczystego przedstawienia 16 października przeznaczono na ten cel), pomnika w Krakowie do dziś nie mamy. Nawet w Teatrze im. Słowackiego, przed którym stoi popiersie Aleksandra Fredry autorstwa Cypriana Godebskiego, podarowane miastu w roku 1900 przez Konstantego Wołodkowicza. Na tyłach teatru skromnie ukrywa się pod drzewem Michał Bałucki, zaś nad frontonem tańczą poloneza Zosia i Tadeusz. Słowacki obecny jest jedynie duchem - jak przystało na Króla-Ducha naszej literatury.

Kulminacja obchodów Roku Słowackiego w Krakowie przypadła na sobotę 16 października. W południe odbyła się uroczysta sesja rady miejskiej. Jednogłośnie przyjęto wniosek o nadanie imienia Słowackiego Teatrowi Miejskiemu (inicjatorem pomysłu był Ludwik Solski, ówczesny dyrektor sceny). Imię Słowackiego nadano również części Plant, ale nazwa ta nie utrzymała się długo. Dyskutowano sprawę pomnika i powstanie Towarzystwa Literackiego im. Słowackiego. Pomnik, jak wiemy, nie powstał, a Towarzystwo przestało już istnieć. Jedynym dziś śladem uroczystej sesji jest więc imię teatru.

Parada gwiazd

W sobotni wieczór 16 października w teatrze - już imienia Słowackiego - zaprezentowano przemówienia, żywe obrazy, deklamacje ówczesnych gwiazd i "Złotą Czaszkę", w której główną rolę kreował dyrektor Solski. Na frontonie rozświetlonego gmachu zawisły flagi narodowe, a widownia była przepełniona, choć ceny biletów były wyższe o połowę od codziennych. "Nastrój panował niezwykle uroczysty - jak w dzień wielkiego święta narodowego. Kronika teatru zapisze go w szeregu nielicznych niezapomnianych dni, w których scena krakowska była refleksem podniesionego tętna uczuć zbiorowych" - donosił sprawozdawca "Nowej Reformy".

Wieczór rozpoczął się przemówieniem Lucjana Rydla, który "głosił hymn pochwalny na cześć Juliusza". Rydel podkreślał, że Słowacki jest "władcą sceny, który długo zapoznawany, w królewskim tryumfie odzyskuje swoje berło, odzyskuje rząd nad duszami dzisiejszego pokolenia, rozumiejącego i odczuwającego go lepiej od współczesnych".

Po przemowie Rydla podniosła się kurtyna, odsłaniając "przepiękny żywy obraz", ustawiony przez malarza Ludomira Benedyktowicza. Wokół popiersia poety malowniczo rozmieścił on aktorów w kostiumach - znalazły się tam Lilla i Roza Weneda, ksiądz Marek, Ellenai, Szczęsny, Semenko, Chochlik, Skierka, Goplana, rodzina Cencich, Ojciec zadżumionych, Swentyna, Regimentarz, Złota Czaszka, Maria Stuart, Rizzio, Parricida. Fragmenty dramatów i poematów recytowali: Stanisława Wysocka (Roza Weneda), Józef Sosnowski (ksiądz Marek), Irena Solska (Ellenai), Marian Jednowski (Ojciec zadżumionych), Helena Arkawin (Swentyna).

Paradę postaci - i paradę gwiazd - zakończył Michał Tarasiewicz, pamiętny Kordian z prapremiery, wcielający się w samego Słowackiego i recytujący "Testament mój". Nawiasem mówiąc, rozpoczęty dzień później festiwal Słowackiego nazwać można również festiwalem Tarasiewicza - grał on w ośmiu przedstawieniach. Ostatnią częścią wieczoru było przedstawienie "Złotej Czaszki", o którym cytowany powyżej sprawozdawca "Nowej Reformy" pisał, że "zajaśniało całą swą poetycką pięknością".

Teatralne święto

Następnego dnia teatr zagrał "Mazepę". Do 29 października dano jeszcze: "Horsztyńskiego", "Nową Dejanirę" (czyli "Fantazego"), "Lillę Wenedę", "Beatrix Cenci", "Księcia Niezłomnego", "Balladynę", "Sen srebrny Salomei", a na zakończenie - "Kordiana". Grano codziennie lub co drugi dzień - przerwy między dramatami Słowackiego wypełniono codziennym repertuarem. Takie zagęszczenie sztuk jednego autora było nowością - dotychczasowe cykle Ibsena czy Wyspiańskiego były bardziej rozciągnięte w czasie. Dziesięć przedstawień w ciągu dwóch tygodni - to stwarzało wyjątkową okazję zapoznania się z niemal całą twórczością dramatyczną poety w atmosferze teatralnego święta. A publiczność dopisała - wszystkie przedstawienia grane były przy pełnej widowni. Na festiwal przyjeżdżano z innych miast, a nawet z zagranicy. Było o nim głośno w całym kraju - prasa krakowska obszernie i szczegółowo informowała o festiwalowych spektaklach, a warszawskie tygodniki zamieszczały ilustrowane fotografiami recenzje.

Nie wszystkie przedstawienia festiwalu były premierami. W tamtych czasach zazwyczaj grano dramat latami w takim kształcie, jaki zyskał na premierze. Reżyseria i scenografia w dzisiejszym znaczeniu nie istniały. Malowane dekoracje były wykorzystywane wielokrotnie w różnych przedstawieniach - np. na dziesięć obrazów "Kordiana", nowe dekoracje sprawiono tylko do czterech. W magazynach teatru najwyraźniej nie znaleziono Mont Blanc czy placu Saskiego... W cenie był drobiazgowy realizm, zgodność ze źródłami historycznymi, iluzja rzeczywistości. Nawet w sztukach romantycznych, które z realizmem niewiele miały wspólnego. "Dlatego pomimo najszlachetniejszych intencji dyrektorów i reżyserów, dekoratorów, krawców i rekwizytorów słowo ginęło wśród rzeczy" - pisze Jan Michalik.

"Trwały wynik artystyczny"

Krakowski teatr przeszedł jednak lekcję Wyspiańskiego, dla którego spektakl był artystyczną całością. Takie myślenie było w tamtych czasach awangardowe, zgodne z najświeższymi prądami w sztuce teatru zainicjowanymi przez Gordona Craiga. Dyrektor Solski, deklarując przystąpienie do obchodów jubileuszowych, pisał: "Aby repertuarowy zamiar ten połączyć z trwałym wynikiem artystycznym, teatr krakowski postanowił każdą z tych sztuk wyposażyć w nowe dekoracje i kostiumy, a w miarę potrzeby i w nowe scenariusze". Do stworzenia nowych scenografii Solski ambitnie pragnął zatrudnić artystów malarzy. Obietnica ta nie została spełniona do końca - niektóre dramaty, np. "Kordiana", pokazano w kształcie prapremierowym. Ale do historii teatru przeszły przedstawienia, którym kształt nadało dwóch malarzy: Karol Frycz, który opracował "Księcia Niezłomnego" i "Beatrix Cenci", i Franciszek Siedlecki, który zaprojektował dekoracje do "Lilli Wenedy", "Snu srebrnego Salomei" i "Balladyny".

Frycz: kolor i światło

"Książę Niezłomny" miał premierę trzy lata wcześniej; spektakl był tak odmienny od tego, co oglądano na co dzień, że w relacjach i wspomnieniach na plan pierwszy wysuwa się niezwykła kolorystyka scenografii i kostiumów. Frycz inspirował się Orientem, ale jego Mauretania nie była etnograficzno-historyczną rekonstrukcją. Scenografia utrzymana była w nasyconych, czystych kolorach. Białe mury pałacu, skontrastowane z egzotycznym ogrodem, w którym dominowała czerwień. Granatowe morze, pomarańczowa linia horyzontu i białe skały. Mocne światło stwarzało wrażenie "afrykańskiego żaru", wielkie wrażenie robiła również scena rozgrywająca się nocą. Frycz używał również kolorowych przesłon reflektorów; był pierwszym w Polsce scenografem przywiązującym taką wagę do światła (w inwentarzu teatralnym zachowała się notatka o dodatkowym kablu elektrycznym używanym tylko w "Księciu Niezłomnym"). Kostiumy również olśniewały kolorystyką - Frycz operował barwnymi plamami, zróżnicował kolorystycznie Maurów, odzianych w jaskrawe barwy, i Portugalczyków, w ciemnych strojach. Scenografia Frycza nie była tłem, ale plastyczną interpretacją dramatu.

Rok później Frycz pracował przy "Beatrix Cenci", którą grano w siedmiu zestawach dekoracji i 14 odsłonach. Przy tradycyjnych zmianach spektakl trwałby bardzo długo, Frycz zastosował więc ówczesną gorącą nowinkę, "system angielski", wymyślony przez Craiga, a stosowany przez Maksa Reinhardta i Georga Fuchsa, czołówkę awangardy teatralnej tamtych czasów. Zamiast malowanych kulis scenę okalały ciemnozielone draperie, zmieniały się tylko dekoracje tylne. Ale "system angielski" służył nie tylko usprawnieniu zmian dekoracji - scena wyglądała jak obraz, skupiała uwagę, i - jak pisał Konrad Rakowski - "w tych ramach nie razi pojawianie się nawet duchów". Podkreślano, że na scenie panowała poezja i nastrój.

Siedlecki: radykalizm

Spektakle Franciszka Siedleckiego zostały przygotowane specjalnie na Rok Słowackiego. Siedlecki nie znosił realistycznego teatru. "Fotografia perspektywiczna zastępuje fantazję, a naturalizm wygania styl" - pisał. Radykalizm Siedleckiego ujawnił się najpełniej w inscenizacjach sztuk Słowackiego - inscenizacjach, bo kształt plastyczny był tak wyrazisty, wyprowadzony z analizy dramatu i narzucający interpretację, że nie można mówić jedynie o scenografii.

"Podstawowe zadanie scenografa polega na wykryciu zasadniczych napięć, konfliktów, sił w dramacie i stworzenie ich plastycznych ekwiwalentów" - pisze Jan Michalik o założeniach Siedleckiego. I tak w "Lilli Wenedzie" barwa i krój kostiumów określała charakter Lechitów i Wenedów: Lechici, słabi i przyziemni, odziani byli w kostiumy rdzawe, Wenedzi, dążący do ideału, nosili szaty biało-złote. W "Śnie srebrnym Salomei" dwoistość postaci i świata scenicznego określała barwa światła: srebrzysto-seledynowego w scenach baśniowych i krwawo-czerwonego w scenach rzezi i pożogi. Dekoracje były syntetyczne i oszczędne - Siedlecki, podobnie jak Frycz, stosował "system angielski", ale zmienne tylne prospekty nie miały już nic wspólnego z realizmem, np. chatę wdowy w "Balladynie" sygnalizowała jedynie bielona ściana z kwiatowym "stylizowanym z chłopska" ornamentem.

Awangardowe propozycje Siedleckiego spotkały się zarówno z zachwytem, jak i ostrą krytyką. "Chęć uproszczenia aparatu dekoracyjnego była tym razem za daleko posunięta i za wiele pozostawiono pracy wyobraźni widzów" - narzekał recenzent "Głosu Narodu". Widzowie i krytycy bywali skłopotani brakiem tradycyjnych rozwiązań i oswojonych już "historycznych" dekoracji. Trzeba było się przestawić z oglądania poczciwych baśni na odszyfrowywanie plastycznych znaków. Zapomnieć o znanych interpretacjach i służebnej roli teatru wobec literatury, bo teatr, według słów Siedleckiego, "by być teatrem, musi niejednokrotnie nie wiedzieć o wszelkiej analizie literackiej".

Jubileusz Słowackiego przyniósł więc propozycje nowej estetyki teatralnej, twórczo wykorzystujące najświeższe europejskie prądy i nieschlebiające przyzwyczajeniom publiczności.

***

Setne urodziny Słowackiego obchodzono z rozmachem. Dwusetne, tegoroczne - znacznie skromniej. Nikt nie nakłania nas do dekorowania mieszkań popiersiami poety, no i, co istotniejsze, świetnych przedstawień jakoś nie widać.

Korzystałam z książek: Jan Michalik "Dzieje teatru w Krakowie w latach 1893-1915", Kraków 1985, "Boy o Krakowie", Kraków 1974, Diana Poskuta-Włodek "Co dzień powtarza się gra...", Kraków 1993, niepublikowanej pracy Janusza Toczka poświęconej festiwalowi Słowackiego oraz materiałów archiwalnych. Dziękuję pani Dianie Poskucie-Włodek z Archiwum Artystycznego Teatru im. Słowackiego za pomoc i udostępnienie materiałów.

Joanna Targoń
Gazeta Wyborcza Kraków
17 października 2009

Książka tygodnia

Tajemnicze dziecko
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann (Ernst Theodor Amadeus Hoffmann)

Trailer tygodnia

Miłość do trzech pomar...
Zbigniew Głowacki