Dlaczego niezbędni?

"Koprofagi czyli znienawidzeni ale niezbędni" - reż. Jan Klata - Narodowy Teatr Stary

Jan Klata w najnowszej premierze "Koprofagi, czyli znienawidzeni ale niezbędni" pozbył się wszystkich strategii, dzięki którym umocnił swoją pozycję w polskim teatrze. Niestety, okazało się, że po zdjęciu atrakcyjnej fasady niewiele zostało

Porzucenie przez reżysera dotychczasowej drogi i rozpoznawalnego na scenie stylu niewątpliwie należy do decyzji niełatwych i artystycznie ryzykownych. W każdy eksperyment wpisana jest potencjalna porażka, której zazwyczaj twórcy nie chcą brać pod uwagę.

Dwie części spektaklu opowiadają dwie różne historie, które łączy temat agenta, donosicielstwa, kontestacji systemu i terroryzm. Obie części rozgrywane są w takiej samej przestrzeni – półokrągła tylna ściana, na której przez cały czas wyświetlane są czarnobiałe obrazy lub fragmenty filmów – od pejzaży i owadów po wnętrza faszystowskich siedzib. Nad sceną zawieszony okrągły sufit-zegarek bez blatu. Co jakiś czas mechanizm uruchamia się, zębatki kręcą powoli, przypominając o upływającym czasie, nadchodzącym końcu i powtarzalności historii.

Pierwszą część rozpoczyna polityczne zwiastowanie – Wiktor Haldin (Zbigniew W. Kaleta), który nosi żelazne skrzydła, informuje Razumowa (Juliusz Chrząstowski) o udanym zabójstwie ministra, który w jego odczuciu szkodził gospodarce i państwu. Razumow został zaś schwytany jako współodpowiedzialny za zamach, zwerbowany i wysłany przez władze w charakterze szpiega do Szwajcarii, by rozgryźć tamtejszą grupę anarchistów, dla których Haldin jest bohaterem. Razumow pokornie wykonuje polecenie, jednak będąc na miejscu, zakochuje się w siostrze Haldina i na fali szczerego uniesienia przyznaje się do agentury. Grupie anarchistów przewodzi niewidomy Piotr Iwanowicz (Krzysztof Globisz) o hrabiowskich manierach. Mówi powoli, słabym, ledwie słyszalnym głosem, wymaga nieustannej opieki z powodu kalectwa. Grupa ma specyficzny system zachowań, który w zamyśle Klaty ma ujednolicać jej członków – nieustanne picie herbaty, wspólne palenie elektronicznych papierosów. Początkowo zagubiony i przestraszony Razumow szybko porzuca szpiegostwo i oddaje się długim spacerom z Natalią Haldin (Anna Radwan-Gancarczyk).

W drugiej części agent Verloc (Krzysztof Globisz) po wielu latach bezowocnej pracy dostaje zadanie wysadzenia Obserwatorium w Greenwich. Jest nie tylko agentem, ale i mężem Pani Verloc (Ewa Kaim), i wspólnie mieszkają z jej niedorozwiniętym bratem Steviem (Wiktor Loga-Skarczewski), który traktuje Verloca jak ojca. Przy realizacji planu terrorystycznego, do którego Verloc zaangażował szwagra, Stevie potyka się, niosąc ładunek wybuchowy i ginie na miejscu. Zrozpaczony Verloc szuka sposobu na przekazanie żonie tragicznej informacji, a gdy ta odkrywa prawdę – morduje męża.

Obie części rozgrywane są na płaszczyźnie realistycznej, aktorzy próbują budować psychologiczne postaci, przeciągają zdania, podkreślają dramatyczne pauzy w dialogach. Dotychczas w spektaklach Klaty taka stylizacja była celowa i służyła podkreśleniu przyjętej konwencji lub jej podważeniu. W „Koprofagach” wydaje się prowadzona przez reżysera świadomie i bardzo poważnie. Podobnie jak linearna narracja i logiczne przejścia między kolejnymi scenami. Niestety, w melodramatycznych dialogach, przypominających niekiedy dramaty Jona Fossego, żaden z aktorów nie potrafi się odnaleźć. W długich scenach Razumowa i Natalii zarówno Chrząstowski, jak i Radwan-Gancarczyk, wypadają fałszywie, jakby nie byli w stanie nawiązać komunikacji. Razumow nieustannie wzdycha z miłości do Natalii, ta z kolei na wieść o jego zdradzie przeciwko Haldinowi uderza w płacz i ociera łzę chusteczką. A oboje niejednokrotnie udowodnili, że doskonale opanowują spektakle formalne, potrafią budować oryginalne postaci dalekie od psychologii. Paradoksalnie, wystarczy przywołać krakowskie spektakle Klaty – „Oresteję”, „Trylogię” i ostatnią premierę: „Wesele Hrabiego Orgaza”. W „Koprofagach” natomiast posługują się nieznośną manierą, ślizgając się po powierzchni słów, które układają się w dość pretensjonalne dialogi i nie budują napięcia między postaciami.

Klata zrezygnował również z układów choreograficznych, czy sampli muzycznych, które wielokrotnie nadawały jego spektaklom imponującą siłę i rytm. Wszystko zostało wygaszone, pozostało jedynie zasugerowane – pijany Ziemianicz, do którego po pomoc przychodzi Razumow, przewala się po scenie w ustalonych chórach, opada na Razumowa, przetacza mu się przez plecy; na spotkaniach politycznych, na które chodzi Verloc, uczestnicy kręcą na szyjach hoola-hop. Sygnały czytelne, ale słabe, nie dają możliwości ani aktorom na rozwinięcie postaci, ani widzowi na interpretację przy użyciu szerszych kontekstów. Większość takich działań wydaje się zbędna, doklejona przez Klatę przypadkowo, bez namysłu.

Zestawienie dwóch części spektaklu również niczego nie wnosi, głównie dlatego, że inscenizacyjnie brak między nimi jakiejkolwiek różnicy. Zapewne Klacie zależało na wykonaniu gestu uniwersalizującego obie historie, dziejące się w odległych od siebie czasach; jednak jego spostrzeżenia nie są odkrywcze. Nie są nawet innowacyjne wobec samych spektakli Klaty, bo przecież rewolucji poświęcił „Sprawę Dantona”, a kwestii historii – „Trylogię”. Tezy stawiane w tamtych spektaklach miały siłę i wywoływały dyskusję. W „Koprofagach” żaden temat nie wysuwa się na pierwszy plan, żadna myśl nie konsoliduje scen, które w powolnym rytmie następują po sobie i nużą do końca przewidywalnością. Aktorzy rozgrywają między sobą kolejne sytuacje, które rozwijają akcję, ale nie mają konsekwencji w budowaniu postaci, przez co aktorzy grają na jednym tonie i nawet jeśli występują w różnych rolach w dwóch częściach, to nie wprowadzają między nimi różnic.

Nie ulega wątpliwości, że Klacie zależało na opowiedzeniu pełnej historii, z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem w obrębie dwóch osobnych tekstów Conrada. Jednocześnie podejmuje bliskie sobie tematy terroryzmu, niewinności ofiar zamachów, buntu wobec systemu czy agenturalnej siatki państwa. Rezygnuje jednak z radykalnych tez oraz pomija ogromny potencjał teatralny, który niewątpliwie tkwi w tych tematach. Klata podjął się trudnego zadania porzucenia swojego wcześniejszego stylu reżyserii, ale trudno zrozumieć, dlaczego postanowił uparcie o tym wszystkim opowiedzieć, wykorzystując jedynie psychologię postaci. Tym bardziej, że w większości scen nie wiadomo ani jaki jest ich temat, ani jakie zadania reżyser postawił aktorom. Być może Klata potrzebował sprawdzić, w jaką stronę mógłby rozwijać swój teatr. „Koprofagi” – jako eksperyment Klaty z teatrem Klaty – to eksperyment zakończony porażką. Reżyser pozbył się wszystkich strategii, dzięki którym umocnił swoją pozycję w polskim teatrze. Niestety, okazało się, że po zdjęciu atrakcyjnej inscenizacyjnej fasady niewiele zostało.

Marta Bryś
Dwutygodnik
17 października 2011

Książka tygodnia

Trojanki Jana Klaty
Wydawnictwo Universitas
Olga Śmiechowicz

Trailer tygodnia