Do góry brzuchem nie leżę

sylwetka Krzysztofa Jasińskiego

Od dwudziestu lat na miejscu stuletniego siedliska Krzysztof Jasiński, założyciel i dyrektor krakowskiego Teatru Stu, prowadzi gospodarstwo. W malowniczej scenerii kilkunastu hektarów łąk, pastwisk i lasów, między dwoma jeziorami stawały kolejne domy. Tak powstało luksusowe gospodarstwo agroturystyczne z pensjonatem. Na Mazurach artysta spędza teraz przeciętnie trzy miesiące w roku. A pierwszy raz na Mazury przyjechał autostopem w latach 60.

- W Mazurach zakochałem się znacznie później - wspomina Krzysztof Jasiński. - Wtedy wiatach 60. jechałem autostopem na Pola Grunwaldzkie. Na okrągłą rocznicę bitwy pod Grunwaldem zjeżdżali autostopowicze ze wszystkich stron kraju. Autostop był substytutem wolności, przynajmniej tak wydawało się młodzieży. Podróżowałem więc autostopem od gór do morza, podziwiając widoki z okna ciężarówki. Trzydzieści lat później życie się już ustabilizowało i na Mazury przyjeżdżałem z dziećmi. Najczęściej nad jezioro Wałpusz do ośrodka ministerstwa rolnictwa, a potem ośrodka PGR-u Mazury. 

Dobrym gospodarzem był tam wtedy ówczesny szef PGR-u Mazury - Jerzy Komar. Teren był ogrodzony, zadbany. Nie trzeba było martwić się tym, że dzieci wpadną do wody albo zginą w lesie. Jego samego woda ciągnęła, bo jest wielkim pasjonatem wędkarstwa. W kontynuowaniu pasji nie przeszkadza mu nawet burza. Bardzo lubi stare drewniane łódki, ale w zebraniu kolekcji przeszkodzili mu złodzieje. - Miałbym już sporą, gdyby nie to, że dwanaście drewnianych łódek po kolei zabrali mi miejscowi kolekcjonerzy - dodaje Jasiński. - W okolicy jest bardzo wielu miłośników łódek i przeróżnego sprzętu. Wszystko, co się zostawi, jest szybko włączane do zbiorów. 

Spalone siedlisko wskazał major. Jasiński na Mazurach stworzył swój azyl. Siedlisko na obrzeżach Gromu, które od wioski dzieli 2,5 kilometra. 

- Jak znalazłem to miejsce? Stało się to dzięki majorowi, którego spotkałem na tenisie nad Wałpuszem - wspomina Jasiński. - Obok rolniczego wypoczynkowego ośrodka był ośrodek milicyjny, który podobno istnieje do dziś. Z majorem jeździliśmy na jeziora. Świetnie łowił ryby, był znakomitym fachowcem. Zapewnił mnie, że pokaże najpiękniejsze jeziora w okolicy. Pojechaliśmy nad jedno - Jezioro Leleskie, nad którym nie można było wędkować. Obok w lesie stała tylko jedna gajówka, nikt tam nie 

mieszkał. Jakiś czas potem dostałem od niego telegram, że ta jedyna chałupa nad jeziorem się spaliła. Więc kupiłem spalone siedlisko. A nie było to łatwe. Żeby kupić ziemię, trzeba było być dyplomowanym rolnikiem. Miałem na to dwa tygodnie, poszukałem szkoły i w końcu się udało. Odłożyłem wtedy trochę pieniędzy, bo właśnie wróciłem z Meksyku, gdzie pracowałem w Teatrze Narodowym. I tak trwam tam do dziś. Zafascynowało mnie przede wszystkim Jezioro Leleskie, o krystalicznej wodzie. Kupując hektary w środku lasu Krzysztof Jasiński musiał poznać tajniki m.in. ogrodnictwa, leśnictwa, architektury. Jeden z domów ściągnął aż z Kurpiów. Przeniósł na Mazury stuletnią kurpiowską chałupę. 

Ryby prosto z jeziora 

Tutaj też może rozwijać kolejną pasję - gotowanie. Przez pierwszy miesiąc pobytu wraz z rodziną je ryby. Zdarza mu się też jeść regionalne dania, jak choćby pierogi z kaszą gryczaną. W mazurskich lasach staje się też smakoszem potraw z ziemniaka, szczególnie z gatunku irga. 

- Tutaj pracuje druga strona mojej natury - dodaje. - Mam duży park, ogród, konie, więc do góry brzuchem nie leżę. Od czasu do czasu przyjeżdżają aktorzy i próbujemy. Takie wyjazdowe warsztaty mają ogromną zaletę: cały czas intensywnie pracujemy, bo nic nas nie rozprasza. 

Nad jezioro też często przyjeżdżają znajomi i przyjaciele z Krakowa. Pensjonat nad jeziorem tętni życiem. Jednak rodzina ma niewielki wpływ na wygląd siedliska. Jedynie wybór mebli powierzył żonie - Beacie Rybotyckiej. Nie wie jeszcze, która z trzech córek przejmie też pałeczkę po ojcu.\' 

- Mam trzy córki - 44-letnią Magdę, 28-letnią Kasię i 18-letnią Zosię - wylicza. - Kasia kończy Akademię Rolniczą i profesjonalnie zajmuje się końmi. Ja to robię amatorsko, więc nie ma co porównywać. Kasia jeździ często do Stanów i jest instruktorką tzw. zaklinania koni Pata Parelli, bezstresowego wychowywania koni. Kasia mi tylko przywozi konie. Oczywiście cały czas o nich dyskutujemy. W końcu to ja wsadziłem ją na konia, kiedy była niemowlakiem. 

Przyczepa eternitu do lasu 

Szef Teatru Stu przygotowuje się do tego, żeby spędzać tu sześć miesięcy w roku. Sen z powiek spędza mu jednak systematyczne opadanie wód gruntowych. 

- Jest to związane ze zmianami klimatycznymi, więc trzeba szybko szukać na to rozwiązania - tłumaczy. - Największą wadą jest to, że jesteśmy brudasami. Wyrzucamy do lasu worki pełne śmieci. Jak tak można robić?! Są ci, którzy nie poprzestają na workach. W lesie wyrzucają lodówki, pralki, stare opony. Ostatnio widziałem, że ktoś z ciężarówki wyładował do lasu przyczepę eternitu. Jako społeczeństwo jesteśmy na niskim poziomie rozwoju. Nie możemy zwalać winy ani na Ruskich, ani na Niemców, bo sami tu gospodarzymy. Nikt tu nam nie brudzi, sami nie potrafimy utrzymać porządku. Ale jest jeden plus. Po upadku PGR-ów używa się mniej pestycydów. To lepiej i dla ziemi, i dla natury. Widać to po ptakach, których na Mazurach przybyło. Od maleńkich po kruki, żurawie, orły. Patrzy się na wodę i 50 metrów ode mnie spaceruje orzeł bielik. Te widoki zapierają dech w piersiach. Dla tych, którzy uciekają na Mazury, w ciszę i spokój, tak jak ja, to jest cudowne.

Katarzyna Janków-Mazurkiewicz
Gazeta Olsztyńska
5 maja 2009

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia