Do zobaczenia po śmierci

"W imię ojca i syna" - reż. Daniel Adamczyk - Teatr Czytelni Dramatu

W drugim pełnowymiarowym spektaklu Czytelni Dramatu „W imię ojca i syna" śmierć daje początek nowej, metafizycznej relacji. Ojciec i syn, gdy pierwszy z nich umiera, próbują dotrzeć do momentu, który kiedyś ich podzielił, ale wspólne wspomnienia zasłania pusty układ cyfr: od ,,stanu zera" do niespodziewanej sekwencji liczb wyznaczającej datę śmierci.

Historia opowiedziana w przedstawieniu wydaje się banalna: Syn (Daniel Adamczyk) próbuje dorównać idealnemu Ojcu (Michał Zgiet), a ponieważ nigdy nie zdoła tego zrobić, ich relacja z każdym dniem osłabia się i zanika. W spektaklu opartym na tekście Szymona Bogacza pojawia się jednak metafizyczna więź między rodzicem a dzieckiem, która z każdym błahym wyznaniem staje się silniejsza. Ojciec i Syn dzielą się ze sobą najbardziej intymnymi rzeczami, jakich za życia nigdy nie powiedzieliby w swojej obecności. A jednak wciąż nie potrafią paść sobie w ramiona i powiedzieć „przepraszam". Wcale nie chcą nadrobić straconych lat, to zbyt ckliwe, jak stwierdza Ojciec. Zamiast tego jadą na ryby i wspominają mało ważne rodzinne historie. Cały czas między mężczyznami pozostaje niedopowiedzenie, którego nie potrafią wyjaśnić. Pośmiertna rozmowa głównych bohaterów jest w rzeczywistości monologiem wewnętrznym Syna, a nie jego spotkaniem z duchem Ojca.

Pierwsza scena przedstawiająca oniryczną wizję spotkania z Bogiem – „facetem w lekko wymiętym garniturze, trochę niewyspanym, z kilkudniowym zarostem" - wyznacza linię interpretacyjną spektaklu. Syn rozpoznaje w tej postaci własnego Ojca, który jest kimś, kogo się podziwia, kogo nie do końca potrafi się określić, ale chce się go naśladować. Jest Bogiem, dlatego w porównaniu z nim Syn nigdy nie będzie wystarczająco dobry. Życie niezdecydowanego co do własnej przyszłości 32-latka naznaczone jest naśladowaniem. Nie może się z tego uwolnić, mimo że cały czas szuka własnego sposobu na życie. Zajmuje się muzyką, potem pisaniem, chce zostać kolejarzem, lekarzem. Ale swojego ,,ja" znaleźć nie potrafi, a wszystko przez to, że nie może być ani podobny do rodzica, ani inny. Wbrew tytułowi, Bóg nie jest przywoływany w kontekście religijnym, jest po prostu ,,wywyższonym ojcem".

W przedstawieniu w reżyserii Daniela Adamczyka nie stajemy po niczyjej stronie i dzięki temu spektakl nie jest jednowymiarowy. Chwilami rozumiemy egocentrycznego ojca, który dużo wymaga od dzieci, ale też od siebie. Za moment znajomo wygląda bunt młodego chłopaka, który chce żyć inaczej bez względu na to, co sądzą o tym najbliżsi. W przedstawieniu ważną rolę odgrywa Matka (Justyna Kazek) – to właśnie z jej udziałem odbywa się jeden z najciekawszych i najlepiej zbudowanych fragmentów spektaklu. Kiedy główni bohaterowie wspominają swoje pierwsze relacje z kobietami, Matka, trzymając między nagimi nogami wiolonczelę, obraca się co chwila na czerwonym krześle i w subtelny sposób ,,wygrywa" na instrumencie erotyzm tej sceny. Siedzi między dwoma mężczyznami swojego życia: mężem i synem. Obu straciła: jeden zmarł, drugi opuścił rodzinę. Dźwięki wiolonczeli współgrają z głosami aktorów, między trójką postaci a instrumentem wywiązuje się wyjątkowa interakcja. Ta zbudowana na metaforze scena swoją niedosłownością w dynamiczny sposób prezentuje kolejną odsłonę skomplikowanych rodzinnych relacji.

Słowa oprócz oprawy muzycznej są najmocniejszym i najbardziej precyzyjnym elementem spektaklu. Twórcy ,,W imię ojca i syna" zdecydowali się radykalnie ograniczyć warstwę gestyczną przedstawienia na rzecz przekazu werbalnego, a momentami chciałoby się, żeby ruchy dłoni podkreśliły, wzmocniły i zdynamizowały niektóre kwestie słowne. Oprócz wyrazistej warstwy werbalnej rytm dramatu wyznacza światło. Kiedy gaśnie, scenografia zmienia się, w tle słyszymy opowieści narratora (tożsamego z Synem) o pewnych sekwencjach cyfr, które zdominowały życie Syna: wszystko zaczęło się od ,,stanu zero", potem były 3 największe porażki, 25 najważniejszych kobiet, codzienny autobus numer 112, przebyte 303 kilometry na pogrzeb, głęboki na 2,5 metra grób. Kiedy nie ma wspomnień, zostają jedynie cyfry – zbiór suchych faktów, które prześladują człowieka nawet po śmierci. Wymieniane przez narratora (Konrad Biel) liczby wydają się rozpaczliwą próbą uporządkowania rzeczywistości, w której pewien elementarny ład świata, jaki powinna stworzyć rodzina, rozpadł się.

Zbrakło tylko puenty, ostatniej liczby podsumowującej wewnętrzny monolog Syna – nie wiemy, jaki jest układ liczb składający się na datę śmierci Ojca. A może następuje wtedy powrót do zera, albo końcową cyfrę zastępuje matematyczna nieskończoność? Najlepsza byłaby jedynka – jeden ojciec, jeden syn i jedna skomplikowana relacja.

W spektaklu ,,W imię ojca i syna" pytanie, kto ma rację w pokoleniowym sporze, schodzi na drugi plan, dzięki temu zwyczajna historia o trudnych relacjach Ojca z Synem daleka jest od banału. Dramat napisany w formie tragigroteski to przede wszystkim opowieść o odchodzeniu, które wcale nie musi być ,,ubrane" w kolor żałoby. Śmierć i to co jest po niej, wydaje się o wiele bardziej fascynujące niż życie, w końcu ,,umiera się szybko, zaskakująco, żyje się długo, przewidywalnie, nudno."

Aleksandra Pucułek
Dziennik Teatralny Lublin
30 maja 2014

Książka tygodnia

Biała jak mleko, czerwona jak krew
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Alessandro D'Avenia

Trailer tygodnia

Romans wschodni
Victoria Vatutina i Olga Bilas
Koncert spina w harmonijną całość kla...