Dobry kibic

"Kibice" - reż. Michał Buszewicz - Teatr Żydowski w Warszawie

W "Kibicach" Michała Buszewicza spotykają się dwie grupy, które istnieją mocno w sferze wyobrażeń, stereotypów i uprzedzeń. Kibice Legii i Żydzi.

Widownia siada dookoła sceny, jak kibice na stadionie otacza przestrzeń gry. Scenografia Anny Met jest bardzo oszczędna - metaliczne barierki, oddzielające publiczność od aktorów, z jednej strony układają się w hebrajskie litery. To właściwie wszystko. Na środku aktorzy już gotowi, rozgrzewający się przed spektaklem. Zapraszają do uczestnictwa w przedsięwzięciu, które nie miało prawa się udać.

Założenie było proste: spotkać grupy, które normalnie by się nie spotkały. W planie pracy nad spektaklem byli to kibice Legii Warszawa i aktorzy Teatru Żydowskiego; w planie teatralnej fikcji - kibice i Żydzi. Dwie grupy, które nie dość, że się ze sobą nie spotykają, to jeszcze - mówiąc oględnie - nie darzą się sympatią. Obie funkcjonują bardziej w sferze wyobrażeń i stereotypów. I uprzedzeń. Michał Buszewicz spotyka więc jednych z drugimi, by mogli się nawzajem przekonać o fałszywości swoich wyobrażeń.

Jeśli chodzi o Żydów, to wiadomo - rządzą światem, a zwłaszcza światową finansjerą. Na stadionach można się dowiedzieć na ich temat wielu innych rzeczy, jednak tam to przede wszystkim najgorsza obelga pod adresem drużyny przeciwnej: "Widzew - Żydzew". Kibice zaś - dowodzą występujący na scenie aktorzy (z zespołu Żydowskiego, wspomagani przez dwójkę kibiców) - są en masse traktowani jak faszyści i antysemici. To krzywdzące stereotypy, czego ma dowodzić właśnie to spotkanie.

Z pewnością konstatacja ta jest słuszna, choć nie może być mowy o żadnej symetrii w sytuacji, gdy jedni są ofiarami przemocy, a inni są o tę przemoc oskarżani. Na ulicy, gdzie pełno jest antysemickich (również kibicowskich) graffiti, trudno o empatię wobec środowiska kibicowskiego, choć jasne jest, że nie wszyscy jego członkowie są za ten stan rzeczy odpowiedzialni. W teatrze z kolei większe zainteresowanie wywołują kibice. Na scenie jest ich dwoje: Tomasz Jakubczyk i Elwira Szyszka. W Teatrze Żydowskim i na scenie Nowego Teatru, gdzie grany jest spektakl, tematyka żydowska - i holokaustowa, i współczesna - obecna była często, więc teraz frazy o tożsamości żydowskiej nie wybrzmiewają już z taką siłą. Dwoje kibiców - ona, jak sama o sobie mówi, była skinheadka, on umięśniony i wytatuowany były kibol, oboje z Żylety - zostało wpuszczonych na obcy teren, przed obcą publiczność. Tak samo - albo i gorzej - czuli się aktorki i aktorzy Żydowskiego, którzy odwiedzili trybuny stołecznego klubu.

Aktorki i aktorzy mówią o niedopasowaniu. Pojawiają się osobiste historie: o dyskomforcie bycia na stadionie, o lęku przed zdemaskowaniem. A co będzie, jeśli dowiedzą się, że gram w Żydowskim, a co, jeśli uznają, że jestem Żydem? Elwira Szyszka z kolei mówi o poczuciu bezpieczeństwa - na Żylecie nikt nie ocenia, nikomu nie przeszkadza jej wysoki wzrost, nikt nie robi głupich uwag. Ale znów nie wszystko jest proste: Piotr Wiszniowski chadza na Legię i gra w teatrze. I te dwie rzeczy nie kłócą mu się ze sobą - bo niby dlaczego powinny? Teraz, na scenie, sprawnie podbija piłkę, opowiadając o swoich kibicowskich fascynacjach. Kibicowsko-teatralnemu zjednoczeniu ma służyć wspólne śpiewanie "Wśród teatrów Żydowski, Żydowski najlepszy, hej" na melodię "Mistrzem Polski jest Legia" albo piosenka o Legii na nutę "Shalom Aleichem".

Ale tak różowo też znowu nie jest. Jerzy Walczak dopytuje Jakubczyka, co by było, gdyby się spotkali dwadzieścia lat temu na Żylecie. Ten Żyd, tamten ultras. Jakubczyk spokojnie tłumaczy, że w żadnym razie by się na trybuny nie dostał w takim ubraniu, ale Walczakowi nie chodzi o prawdopodobieństwo - chce po prostu wiedzieć, co to znaczy być Żydem na Żylecie. Czy rzeczywiście jest tak, że nikomu tam nie robi to różnicy? A gdyby się ujawnił? Gdyby ostentacyjnie przyszedł w chałacie? Obaj robią kółka miedzy barierkami oddzielającymi ich od widowni. Walczak nakręca się coraz bardziej, a Jakubczyk - najspokojniej w świecie - opowiada, że tych dwadzieścia lat temu musiałby go wyprowadzić. I połamać nogi, żeby nie wrócił...

To wszystko oczywiście opowiada się w czasie przeszłym, bo na scenie mamy rodzącą się wspólnotę tych, którzy spotkali się w teatrze; w miejscu, które nikogo nie wyklucza. Brzmi pięknie, choć to oczywista hipokryzja. W jednej ze scen aktorzy siedzą za kulisami, jakby w szatni piłkarskiej. Trwa narada, kogo obrać na patrona tego ekumenicznego przedsięwzięcia. Wilm Hossenweld - pada propozycja. Kapitan Wehrmachtu. Komendant obozu jenieckiego w Pabianicach, a potem w Węgrowie. W okupowanej Warszawie odpowiadał za infrastrukturę sportową - organizował zawody dla niemieckiej młodzieży. Niemiec, nazista. Ale to ten sam Niemiec, który ocalił ukrywającego się Szpilmana. I nie tylko jego - jako administrator obiektów sportowych ukrywał w nich Polaków i Żydów. Pomagał. Był dobrym Niemcem. Ale jednak był też oficerem zbrodniczej armii, funkcjonariuszem nazistowskiej administracji.

Co się więc bardziej liczy? Czy Hossenweld jako patron pojednania aktorsko-kibicowskiego i żydowsko-polskiego nie legitymizowałby jednak systemu, dla którego pracował? Był nazistą w końcu czy nie? A jeśli był, to czy można być dobrym nazistą? A jeśli nie był, to dlaczego jego służba w Wehrmachcie przesłania jego heroiczną postawę? Ostatecznie w 2007 roku Lech Kaczyński uhonorował Hossenfelda Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, a dwa lata później Instytut Jad Waszem przyznał mu tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Więc skąd te uprzedzenia? Opowiedziana w spektaklu historia Hossenfelda to dobre ćwiczenie na skuteczność działania stereotypów. Bo być może Hossenfeld nadawałby się najlepiej na patrona polsko-żydowskiego pojednania, kwestionując jednocześnie powtarzane też przez rządową propagandę stwierdzenie, że Niemcy mordowali Polaków; nie Niemcy, lecz naziści, a to różnica.

Ale też spektakl Buszewicza jest samotestującą się strukturą. Odtwarza rytm prób. Aktorki i aktorzy zdają sprawę z tego, co się na nich działo; jak się z tym czuli. Pierwotnie kibiców Legii miało być troje. Był jeszcze Kuba - kibic, którego kolekcja obejmowała klasery z biletami na wszystkie mecze, kompletne stroje zawodników, autografy i elementy piłkarskiego ekwipunku. Kuba odszedł z projektu trzy tygodnie przed premierą. Nie wytrzymał nacisku kolegów, którzy zaczęli publikować jego zdjęcia na piłkarskich forach. Kibice innych klubów mieli pożywkę dla żartów - i z niego, i z klubu. Kibic Legii w Teatrze Żydowskim - tyle wystarczyło, by uruchomić antysemicką narrację i wywrzeć presję na człowieka. Kuby więc w spektaklu nie ma, a jego monologi - te, które mówił na próbach, i te dopisane już, kiedy odszedł - mówi z nagrania Olaf Lubaszenko, też kibic Legii.

To świadectwo skuteczności tego przedsięwzięcia jako testera kibicowskich nastrojów. Drugim jest oświadczenie, jakie wymusiły na teatrze organizacje kibiców: "Kibice występujący w spektaklu nie są reprezentantami oficjalnych stowarzyszeń kibicowskich ani klubu Legia Warszawa". Kibice Legii zarzucali bowiem twórcom spektaklu manipulację, a przede wszystkim nie godzili się, by nazwa ich klubu pojawiła się w kontekście tematów poruszanych w spektaklu. Z oświadczenia wydanego przez kibiców nie wynika, co tak naprawdę miałoby kalać dobre imię klubu w spektaklu. To, że na przykład kibice z Łodzi będą się teraz mogli zrewanżować za "Żydzew"?

Twórcy widocznie trafili celnie, a tworzoną przez nich na scenie utopię spotkania kibiców z aktorami na bieżąco weryfikowały wydarzenia poza sceną. Symetria prowokacyjnie wprowadzona w relacje żydowsko-kibicowskie na bieżąco sama się dekonstruowała, ujawniając kolejne napięcia i paradoksy. I one są w "Kibicach" najciekawsze.

Piotr Morawski
Dwutygodnik
27 września 2017

Książka tygodnia

Czas zdrajców
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Marek Krajewski

Trailer tygodnia