Dobrze i z wdziękiem

"Rewizor" w Teatrze Powszechnym w Warszawie oraz "Niech no tylko zakwitną jabłonie" w Teatrze Ateneum w Warszawie

Maksyma "odwaga tanieje, rozum drożeje" niestety nie przeżywa drugiej młodości, a staje się coraz potrzebniejsza. Choćby po to, by w teatrze oddzielać hucpę i grafomaństwo od przyzwoitego rzemiosła, które nie zagłusza wybitnej literatury, ale pomaga jej na scenie zalśnić świeżym blaskiem. Gdy oglądam coraz bardziej odjechane, improwizowane spektakle, performansy, całą tę nowoczesną, zarozumiałą, a mało zrozumiałą blagę, coraz częściej podobają mi się przedstawienia, w których wszystkie znaczenia wychodzą ze sceny. Aktorzy potrafią pokazać swoje umiejętności, a widzowie pojąć sens całości bez odwoływania się do uczonych komentarzy albo plotek z okolic bufetu, gdzie ustala się, po co dane dzieło powstało i jakie miejsce na targowisku próżności zajmuje, zanim odbędzie się premiera rzecz jasna.

"Rewizor" w reż. Igora Gorzkowskiego w Teatrze Powszechnym w Warszawie oraz "Niech no tylko zakwitną jabłonie"w reż. Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Ateneum w Warszawie. Pisze Elżbieta Baniewicz w Twórczości.

Ostatnio widziałam w Warszawie takie dwa normalne, choć różne od siebie przedstawienia: "Rewizora" [na zdjęciu] Gogola i "Niech no tylko zakwitną jabłonie" Agnieszki Osieckiej. Skromne, śmieszne, bez fajerwerków, ale przede wszystkim świetnie zagrane, co w najmodniejszym teatrze zdarza się rzadko. Ważna jest tam odlotowa interpretacja, tuningowanie tekstu dawnego autora, czyli przepisanie go na realia współczesne albo znane tylko dramaturgowi i reżyserowi. Wykonanie roli schodzi na plan ostatni, aktor nie tyle ma obsłużyć wyobraźnię reżysera, ile zaproponować własną, odkrywczą wizję, bo przecież nie jest wieszakiem na role, tylko pełnoprawnym współtwórcą spektaklu. On tworzy nie rolę, lecz własną, osobistą wypowiedź o świecie. Od urzeczywistniania owej wiary i postawy na scenie zęby bolą. Przeważnie.

Z uczuciem niejakiej ulgi oglądałam więc, jak Igor Gorzkowski na scenie Teatru Powszechnego rozwiązuje klasycznego "Rewizora" i nie niszczy jego struktury, czyli litery tekstu. Frazy Juliana Tuwima oddające po polsku oryginał Gogola nadal dobrze leżą w ustach aktorów i uszach widzów, przy czym jest w nich satyra i nadal aktualne przerażenie stanem umysłów, jaki prezentują bohaterowie, niepokonani urzędnicy imperium, które narzuciło wzory myślenia i zachowań sporej części Europy. Jest też ból ściśniętego serca Gogola, jaki można odczytać dziś jeszcze w słynnej Caffe Greco przy via Condotti prowadzącej do przepięknych Schodów Hiszpańskich, w pobliżu których mieszkał. Na jednej ze ścian tej kawiarni wisi oprawiony w ramki jego list i widać słowa. W 1836 roku komponował w Rzymie epopeję Chlestakowa, lustro przystawione urzędniczej mentalności, później zaś historię Cziczikowa, który za przemycane do Rosji brabandzkie koronki kupował martwe dusze.

Spektakl w Powszechnym zachowuje zezowate spojrzenie autora, patrzącego z oddalenia na szamoczących się w bezrozumnej pazerności i ambicjach carskich urzędników. W monarchii absolutnej drabina społecznego awansu była podporządkowana władzy, zorganizowanej na feudalną modłę, a nie kompetencjom, więc wybór był nikły. Wprawdzie czasy się zmieniły, ale charaktery urzędników gnących kark przed tymi, którzy zajmują pozycję ciut tylko wyższą niż oni sami, a pomiatających wszystkimi znajdującymi się oczko niżej na drabinie awansu, niewiele się zmieniły. W demokracji, poucza totumfacki Ziemlanika, łapówki daje się dyskretnie, na osobności, a nie przy ludziach jak za minionego ustroju; to jedyna różnica.

Po scenie chodzą nasi współcześni wójtowie, sołtysi, kierownicy i działacze wielu urzędniczych szczebli, bynajmniej nie zainteresowani pracą czy rozwiązywaniem powierzonych im problemów, lecz wyłącznie interesem własnym. Tym, jak sobie przysporzyć majątku, niekoniecznie legalną drogą, jak się wygodnie urządzić, jak zapewnić awans, czyli kasę, przed kim zgiąć kark, a kogo kopnąć, by się przemieścić na bardziej dochodowe miejsce. Współczesne stroje o sznycie prowincjonalnej elegancji nie pozostawiają wątpliwości co do klasy tego towarzystwa i jego kompetencji. Ono pleni się wszędzie, dlatego scenografia pozostała neutralna: szare bezosobowe ściany, podzielone drzwiami.

Wiele o świecie przedstawionym mówią kostiumy. Ich autorka, Magdalena Dąbrowska, wykonała, można powiedzieć, poemat w brązie. Wszechobecnym na prowincji, gdzie mało kto słyszał o garniturach czy zestawieniach navy blue, charakterystycznych dla angielskiej klasy urzędniczej. Ukochany kolor urzędników występuje tu w co obrzydliwszych odcieniach kolejnych obcisłych a wzorzystych sweterków i spodni. Sędzia Lapkin-Tiapkin Kazimierza Kaczora i naczelnik poczty Szpielin Mariusza Wojciechowskiego to cuda bezguścia i durnoty. Urodą brązów, czyli bezmyślności i samozadowolenia, nie ustępuje im kuratorka szkół (Eliza Borowska), a jej fryzurze a la Farrah Fawcett-Majors (spotykam takie na każdej premierze w stołecznym teatrze) wyrafinowania nie można zarzucić. Cudowny akompaniament brązowych tużurków wygrywają Dobczyński (Sławomir Pacek) i Bobczyński (Bartłomiej Bobrowski), zawsze razem, czujni, zwarci i ciekawi, co się wokół knuje.

Osobne studium form i kolorów możemy podziwiać w ubiorach rodziny Horodniczego (Mariusz Benoit). On sam, błądząc nieobecnym wzrokiem spod zmierzwionej czupryny wołającej o fryzjera, prezentuje cokolwiek nieforemne ciało w zielonkawych, zbyt obszernych, za to pełnych kieszeni na łapówkowe banknoty, garniturach. Jego żona (Joanna Żółkowska) jest osobą nie tyle ubraną, ile przebraną. Każda jej kreacja odznacza się nadmiarem: kolorów, faktur, falbanek, ozdóbek itp., czym przypomina stroje wielu współczesnych kobiet, które wobec kiczowatej współczesnej mody okazują się bezsilne. Zawsze wybiorą pretensjonalność, a nie umiar i elegancję, bo coraz trudniej w epoce celebrytów je odróżnić. Za to córeczka (Joanna Osyda) o świetnej figurze może nosić wszystko z wdziękiem, tyle że nie jest to wdzięk naiwnej nastolatki, a cwanej wydry, która z mamuśką idzie w zawody o względy obmierzłego gościa.

Nic dziwnego, że Chlestakow ubrany modnie, kolorowo, papugowato, jak Papageno z "Czarodziejskiego fletu" Mozarta, wzbudza w nich tyle pożądania. Andrzej Mastalerz daje tu portret cynicznego lekkoducha, zrazu zaskoczonego swym powodzeniem i wpływami, ale gdy już zwęszył interes tudzież monstrualną głupotę mieszkańców prowincjonalnego miasteczka, nie odejdzie z pustą ręką. Wydoi naiwnych do ostatniego grosza i ulotni się ze swym coraz bardziej zuchwałym służącym.

Przed premierą reżyser mówił: "Aktualność typów rządzących miasteczkiem jest przerażająca. Szukając kostiumów przeglądaliśmy w internecie zdjęcia dziś istniejących rad miejskich w małych miasteczkach. Niektóre stroje przenieśliśmy na scenę 1:1". To widać, ale ważniejsze, że zdradzają one poza językiem mentalność tego środowiska. O nic nie trzeba pytać, żeby zobaczyć za właścicielem podobnego stroju gargamelowatą willę, wypasiony samochód i pazerność stosowaną w każdej sytuacji. Malownicze bezguście ubranek przypomniało mi pewną migawkę telewizyjną. Pokazywano Andrzeja Leppera, oskarżonego już w seksaferze, gdy pojawił się w gmachu sądu albo urzędu w małym miasteczku. Z pokojów wyległy na korytarz urzędniczki i z błyskiem w oku (orgazmem prawie) starały mu się przypodobać, zwrócić na siebie uwagę. I stroje, i zachowane owych pań wypisz wymaluj z "Rewizora" w Powszechnym.

Aktorzy wiedzą, co i kogo grają, tworzą postacie i śmieszne, i groźne, a najważniejsze - całkowicie współczesne. Ludzka głupota pozostaje niezniszczalna, a chęć odwetu, jaką słyszymy w ostatnim monologu Horodniczego, wywołuje ciarki na plecach; spotkanie z wykiwanym przez cwańszego zakapiorem na stanowisku miłe być nie może. No i z czego się śmiejemy? Ze współczesnej zapyziałej, korupcyjnej, pretensjonalnej, po chłopsku chamskiej i pazernej, do tego ogłupionej przez polityków różnej maści Polski się śmiejemy. Wciąż i niestety.

Po pięćdziesięciu latach w warszawskim Ateneum odbył się remake słynnego przeboju lat sześćdziesiątych, jakim był musical złożony z piosenek, prasowych anonsów i zapisków ZMP-owców "Niech no tylko zakwitną jabłonie". Nową aranżację piosenek Agnieszki Osieckiej (i innych autorów) opowiadających historię kilku pokoleń warszawiaków zaproponował Wojciech Kościelniak. Jeden z najsprawniejszych i najbardziej utalentowanych twórców teatru muzycznego. Potrafi "przetłumaczyć" na taniec, ruch i śpiew nie tylko piosenki, lecz także "Ziemię obiecaną" (Kraków Teatr im. J. Słowackiego), "Chłopów" Reymonta i "Lalkę" Prusa (Teatr Muzyczny w Gdyni) i inne poważne teksty.

Z piosenkami Agnieszki Osieckiej zaprzyjaźnił w ubiegłym roku studentów Szkoły Filmowej w Łodzi podczas realizacji dyplomu muzycznego. Obecne przedstawienie jest jego ulepszoną wersją. Udaną, aktorzy tańczą i śpiewają świetnie, kilkoma ruchami budują klimat i stosowną do opowiadanych przez piosenki dramaturgię zdarzeń. Stare przeboje zyskały nie tylko nowe muzyczne aranżacje, lecz także interpretacje. Joanna Kulig w jednym numerze potrafi połączyć z cudownie ironiczną nostalgią kilka przedwojennych przebojów, Olga Sarzyńska zaśpiewać słynną "Rebekę" Ewy Demarczyk niejako wyraz miłości wrażliwej dziewczyny, ale jak hymn bezmyślnej nastolatki szukającej wzorów miłości w kolorowych pisemkach. Radosny przebój "Kiedy rano jadę osiemnastką" siedmioosobowy zespół wykonuje "w tramwaju", do którego wsiadają tajniacy i po kolei zabierają pasażerów. Metafora czasów stalinowskich staje się przejmująca, a puentuje ją śliczna Emilia Komarnicka piosenką "To wszystko z nudów wysoki sądzie". Krzysztof Tyniec nie tylko śpiewa, lecz także jako konferansjer, mim i klown w jednym panuje nad tempem całości widowiska i orkiestrą pod kierunkiem Wojciecha Borkowskiego. Inteligentne teksty, niekiedy fantastycznie zaśpiewane piosenki, sprawny zespół muzyków grających na żywo emanuje dobrą energią. Gdy wszyscy tańczą, śpiewając "Świat nie jest taki zły,/świat nie jest wcale mdły", widzowi łza się w oku kręci i serce topnieje. Wolę taki bezpretensjonalny, inteligentny wieczór z dobrą poezją i muzyką niż na przykład "głupsze niż przewiduje ustawa" produkcje gwiazd współczesnej reżyserii.

**

Teatr Powszechny im. Zygmunta Hiibnera w Warszawie: Rewizor Mikołaja Gogola, przekład -Julian Tuwim, reżyseria - Igor Gorzkowski, scenografia - Honza Polivka, kostiumy - Magdalena Dąbrowska, muzyka - Piotr Tabakiernik, dramaturgia ruchu - Iwona Pasińska. Premiera 21 marca 2014.

Teatr Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie: Niech no tylko zakwitną jabłonie Agnieszki Osieckiej, reżyseria i scenografia - Wojciech Kościelniak, współpraca scenograficzna - Ryszard Hodur, kostiumy - Anna Englert, opracowanie muzyczne - Dawid Rudnicki. kierownictwo muzyczne - Wojciech Borkowski, przygotowanie wokalne - Andrzej Borzymjr, choreografia -Jarosław Staniek. Premiera 29 marca 2014.

Elżbieta Baniewicz
Twórczość
2 lipca 2014

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia