Dobrze wykonana robota

"Lubiewo" - reż. Piotr Sieklucki - Teatr Nowy w Krakowie

To, co wyprawiam w "Lubiewie", to "tylko" ale też "aż" aktorstwo. Mówiąc brutalnie i nieco przewrotnie: sztuka wiarygodnego, niekiedy czarodziejsko uwodzącego i mądrego "udawania". Banalnie płytko i wręcz prymitywnie to brzmi, prawda? Ano właśnie... - pisze Paweł Sanakiewicz, teatralna Lukrecja, do Andrzeja Horubały.

Pan Redaktor Andrzej Horubała

Z satysfakcją i radością przeczytałem Pański felieton \(recenzję?) traktujący m.in, o przedstawieniu "Lubiewo" według Michała Witkowskiego ("Do Rzeczy" nr 5/2013), w którym to spektaklu mam zaszczyt przedstawiać postać łysej Lukrecji

Odczuwam radość, ponieważ nic tak nie cieszy artysty (proszę mi wybaczyć nieskromność słowa "artysta"), jak usłyszenie "zamierzonego" oddźwięku u odbiorcy. Mam więc poczucie satysfakcji z dobrze wykonanej roboty! Ale do rzeczy. Wszędzie i zawsze podczas rozmów o "Lubiewie" zaznaczam swój heteroseksualizm. Nie dlatego, żebym otrząsał się z podejrzeń o homoskłonność! Otóż dlatego, by uzmysłowić rozmówcom, najczęściej będącym również widzami spektaklu, że to, co wyprawiam w "Lubiewie", to "tylko" ale też "aż" aktorstwo. Mówiąc brutalnie i nieco przewrotnie: sztuka wiarygodnego, niekiedy czarodziejsko uwodzącego i mądrego "udawania". Banalnie płytko i wręcz prymitywnie to brzmi, prawda? Ano właśnie... Bo co trzeba zrobić, jaki proces przebyć, by ową "prawdę" człowieczą, wiarygodność i szczerość osiągnąć?! By walnąć widza w jego wrażliwość, poruszyć, zmusić do reakcji, do myślenia, do przetrawienia tego, co otrzymał: kawałka "prawdy" o człowieku, a więc i o nim - o widzu? Odpowiedź na te pytania mieści się (?) w lekturze wszystkich podręczników sztuki aktorskiej świata. Nie znam ich wszystkich, znam ich za mało i choćby dlatego nie załączę ich tu metodą kopiuj/wklej... Ale jako stary wycirus wiem to oto: muszę zrozumieć swoją postać. Ale przede wszystkim MUSZĘ kochać swoją postać miłością najwyższą: miłością do bliźniego swego, którego "jak" kochać podpowiedział nam dobry Bóg. I MUSZĘ spróbować skłonić swojego widza, aby też tę moją postać pokochał - jak bliźniego swego. Co to znaczy "skłonić"? Co to znaczy "kochać bliźniego"? Ano znaczy to, żeby ta postać moja tego widza mojego, gnuśnego - OBESZŁA. Żeby się nią, jej losem, jej postępkami, jej światem, jej wielkością i jej nędzą - przejął... Żeby zobaczył - tam na scenie - brata swego jak siebie samego. I nawet jeśli tego widza mojego wściekłość mordercza na tę moją postać ogarnie - to dobrze, zagrała mi struna. Jeśli obrzydzenie szczere i pogardę najwyższą do tej mojej postaci poczuje, do jej obrzydliwej nędzy - to dobrze, zagrała mi struna. Gdy litość, czułość i współczucie prawdziwe dla tej mojej postaci go wzruszy - to dobrze, zagrała mi struna. Gdy podziw, zachwyt, duma, solidarność z tą moją postacią go uniosą - to dobrze, zagrała mi struna.

Dziękuję Panie Andrzeju - zabrzmiał mi Pan jak wrażliwa struna, w którą uderzyłem... Pokochał Pan Lukrecję jak bliźniego swego! Bo wpadł Pan w rozpacz, wściekłość, wstręt do Niej takiej, jaką ją zobaczył w Jej kloacznym świecie! NIE JEST to Panu OBOJĘTNE! Nie chce Pan Jej takiej! Nie akceptuje! Lecz cóż - Lukrecji już nic nie pomoże! Trzeba więc płakać nad Nią. Współczuć... I Pan płacze. JA Też. Dziękuję.

Wielu z nas żyje w sposób schizofreniczny. Bo nasz świat stacza się w nienormalność Pisze Pan o tym i - tu niech się Pan nie zdziwi - zgadzam się z Panem w całości. Z wyuczonego oportunizmu nie będę rozwijał tego tematu. Podziwiam Pana i zazdroszczę - bo Pan MOŻE wprost, Ja - nie... A poza tym - nie wprost czasem oznacza: skuteczniej. Proszę to przemyśleć! "Lubiewo" dla głupców i ideologów tzw. postępu jest narzędziem promocji homoseksualizmu. Wielu, bardzo wielu głupców i ideologów nas otacza... Dla "innych " (no proszę, samo się napisało) jest obrazkiem z hedonistycznego piekła. Opowiedzianym wesołkowato (gejowsko). I trywialnie. Prawdziwie! Obrazkiem namalowanym przez geja wedle opowieści dwóch gejów... pardon: pedałów. Starych, wyliniałych, zdegenerowanych, odepchniętych, biednych, samotnych przetrąceńców... A ja kocham przetrąceńców. Dlatego przyjąłem rolę obleśnego, smutnego Lukrecji. Sztuka nie zawsze opowiada o sprawach wzniosłych i pięknych. Sztuka często opowiada (i powinna) o piekle świata ludzi. Piękno z gównem w jednym stoją domu... Jako czytelnik (między innymi) młodziutkiego "Do Rzeczy" któremu życzę wszystkiego najlepszego w przyszłości, a na kolejne numery czekam niecierpliwie - pozdrawiam Pana oraz cały Zespół redakcyjny Pisma.

Paweł Sanakiewicz, Krak

(-)
Do Rzeczy
5 marca 2013

Książka tygodnia

Trening fizyczny aktora. Od działań indywidualnych do zespołu
Wydawnictwo Biblioteki PWSFTviT
Rodowicz Tomasz, Jabłońska Małgorzata, Toneva Elina

Trailer tygodnia