Dom Bernardy Alba czyli baby, ach te baby!

"Dom Bernardy Alba" - reż. Magdalena Miklasz - Teatr Nowy w Poznaniu

Teatr Nowy w Poznaniu pokusił się o kolejną premierę w tym sezonie. Tym razem "Dom Bernardy Alba" Federico Garcia Lorca, w reżyserii Magdaleny Miklasz. Abbe, Choroszy, Łukaszewska, Mierzwa, Rybakowska, Kwaśniewska, Borowska-Kropielnicka, Łodej- Stachowiak, Pawlicka- Hamade i Michał Kocurek - aktorzy spektaklu, na który czekałam z niecierpliwością

Podążam zatem zaułkiem Krystyny Feldman na Scenę Nową. Cała sala wypełniona po brzegi. Trudno się dziwić skoro to premiera. Jestem niezwykle ciekawa, bo oprócz zaprzyjaźnionych aktorów pojawia się nowa twarz - gościnnie Justyna Pawlicka- Hamade. Już na wstępnie intryguje mnie scenografia i nie jestem przekonana, czy w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Spektakl zaczyna piękna scena - niemy krzyk wiernej służącej (Michał Kocurek), której trudno pogodzić się ze śmiercią swojego "pana".

W małym miasteczku w Hiszpanii zmarł mąż i ojciec. Ukochane córki opłakują zmarłego, a apodyktyczna matka, wręcz nakazuje przeżywanie żałoby w odosobnieniu. Zawsze dumna i bardzo honorowa, ambitna, surowa kobieta nie pozwala córkom wychodzić z domu. Stosuje kary cielesne, maltretuje psychicznie i zamyka w małej przestrzeni. Największym jednak dramatem jest to, że kobiety nie mogą znaleźć sobie męża. Po pierwsze w miasteczku żyją tylko ubodzy rzemieślnicy, bez wykształcenia i majątku i matka nigdy by się na to nie zgodziła, po drugie pierwszą świeżością już nie pachną, swoje lata mają. Zmuszone do żałoby w osamotnieniu wchodzą w dziwne stany emocjonalne, gry, pogrywania, zabawy, erotyzm. Kroczą czasami na granicy absurdu, nienormalności i popadają ze skrajności w skrajność. W całej tej maskaradzie uczestniczy duch zmarłego ojca oraz babcia dziewcząt niezbyt sprawna psychicznie, zamknięta w osobnym pomieszczeniu.

Tekst, jeśli w nim pogrzebać, to bardzo smutna opowieść o samotności i namiętności. Jedynie na pozór sprawia wrażenie zabawnego. Słowo, które kryje w sobie magię, pod maską próbuje oszukać widza i wywołać śmiech. W głębi duszy SŁOWO ukrywa wiele cierpienia i smutku tego świata. Mistrzowsko napisany tekst sprawił, że nawet kiedy tempo było nużące, z przyjemnością słuchałam tego co działo się na scenie. A działo się oj działo

a właściwie na początku nie działo się nic. Poza piękną liryczną sceną w wykonaniu Michała Kocurka pierwsze 20minut - nuda! Rozciągnięte w czasie, nużące jak przysłowiowe flaki z olejem. Natomiast na stypach przecież jest nuda, to dlaczego by tego tak nie zagrać. Założenia prawdopodobnie były właśnie takie. Mnie panie usypiały. Jednak nastąpił przełom. Zaczęła się na scenie szarpanina, krzyki, trzaskanie krzesłami, co sprawiło, że spektakl nabrał tempa, rytmu. Rytm to kolejny ukryty bohater tej inscenizacji, który uważam za majstersztyk. Wszystko dzieje się w określonym do sytuacji tempie. Muzyka, która dodaje dramaturgii, jednocześnie przerywa niektóre farsowe sceny. Myślę, że muzyce wiele ten spektakl zawdzięcza, bo na pewno nie scenografii.

Jest wiele smaczków, których nie chcę państwu zdradzać, ale dla których warto zobaczyć ten spektakl i które sprawiły, że nie jest to mdła historia w wykonaniu kilku aktorek Teatru Nowego. Kolory, które ze sobą rywalizują, na przemian oddziałują na podświadomość widza, odwieczna walka czarnego z białym. Kolor zielony, kolor młodości i nadziei. Wiele kontrastów, paradoksów czasem niepotrzebnych, ale silnych. Hałas kontra cisza, biały kontra czarny, zło kontra dobro, normalność kontra choroba, życie kontra śmierć.

Jestem niezwykle pozytywnie zaskoczona rolą Edyty Łukaszewskiej, której przyznam fanką talentu nie byłam, a która tutaj wpasowała się jak sukienka szyta na miarę. Wszystkie panie na swój sposób i bardzo poprawnie zagrały. Jednak moją uwagę przyciągnęła Justyna Pawlicka - Hamade, która gościnnie zagrała w poznańskim teatrze, którą od razu kupiłam, w ciemno. Może jakiś angaż? Coś większego? Wato by nad tym pomyśleć, naprawdę miło się na nią patrzy. Świetna rola Julii Rybakowskiej, która schowana w wielkim, drewnianym pudle wystawia tylko swoją kudłatą głowę, żeby obserwować zachowania sióstr. Michał Kocurek, będąc służącą/służącym, Matką Boską i jego wspominany już niemy krzyk, łzy, wzruszenie i podśmiechiwanie się z całej sytuacji po prostu perła! Pani Sława Kwaśniewska, której na scenie nie ma niestety dużo, nad czym ubolewam, jak zawsze wspaniała i nieoceniona, czysta - szapoba!

Natomiast patosu pani Antoniny Choroszy nie mogę już znieść i mimo, iż próbowała "zagrać to jeszcze raz sama", usiłując resztę kobiet wrzucić w cień, mówię stanowcze nie. Z całym szacunkiem do talentu, tego wysokiego tonu mam już w teatrze dość.

Zasadniczo nie wiem czy mi się podobało, czy nie. Kilka naprawdę ciekawych rozwiązań i ról sprawia, że tak, ale z drugiej strony momentami kiedy tempo spada czułam się znużona. Szału nie ma, ale ostatnio w ogóle ciężko o szał w naszych teatrach. Niemniej jednak uważam, że należy do Teatru Nowego wybrać się i samemu poczuć smak dzikich żądz, które pałętają się po scenie i za kulisami zapewne także.

Julia Rybicka
fit-steria.blog.pl
9 kwietnia 2013

Książka tygodnia

ADAPTACJA. Skrzynka z narzędziami
Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie
Marta Miłoszewska

Trailer tygodnia