Don Kichot nie udaje

"Don Kichot" - Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie

Jeszcze dwadzieścia, a nawet piętnaście lat temu, premiera "Don Kichota" Mariusa Petipy z oryginalną muzyką Ludwiga Minkusa w nowym opracowaniu choreograficznym, wywołałaby gorączkę u stołecznych bywalców Teatru Wielkiego, a w kasach od dawna brakowałoby biletów na siódmy czy ósmy spektakl po premierze.

"Don Kichot" jest uważany bowiem nie tyle za arcydzieło baletu klasycznego, ile za niezwykle popularną jego emanację: feerię popisu połączoną z bezpretensjonalnym humorem. Dziś, w dobie nowej sztuki i nie wiadomo już którego post-postmodernizmu, do baletu klasycznego - który nie stara się udawać niczego więcej, a pozostać tylko wspaniałą taneczną rozrywką - wszyscy podchodzą z rezerwą czy wręcz z niechęcią. O "Don Kichocie" mówi się na ogół, że jest po prostu wesoły, ale niewiele ma wspólnego z powieścią Cervantesa, z której zapożyczono postać tytułową oraz jeden z pobocznych wątków. A muzyka Minkusa ma opinię płytkiej, rytmicznej i tylko tanecznej. A jednak tak właśnie ma być i warszawski spektakl jest tego najlepszym przykładem.

Nowa wersja choreograficzna przygotowana przez Alekseya Fadeyecheva (na podstawie Mariusa Petipy i Aleksandra Górskiego), nawiązuje do rosyjskich i radzieckich tradycji wystawiania "Don Kichota". Czerpiąc z wersji petersburskiej, choreograf w trzech aktach z prologiem rozgrywa więc opowieść o miłości rezolutnej Kitri, córki oberżysty oraz Basilia, biednego cyrulika. Postać tytułowa wraz z nieodłącznym, zabawnym Sancho Pansą jest raczej spoiwem między scenami, pretekstem do zaprezentowania białego aktu, z tancerkami-driadami ubranymi w klasyczne tiulowe spódniczki-paczki. Sen Don Kichota to tchnienie wielkiego baletu romantycznego w przedstawieniu na wskroś komicznym, barwnym i dość ludycznym.

Przez lata pierwotna choreografia Petipy i Górskiego obrosła licznymi dodatkami i ozdobnikami, podnoszącymi trudność taneczną do poziomu, który można nazwać cyrkowym. Fadeyechev sporo z nich usunął, nie przeciążając wartkiej akcji nadmiarem popisowych tańców i technicznej ekwilibrystyki. Pozostawił to, co w świadomości miłośników baletu stanowi clou "Don Kichota": tańce solowe i duety Kitri i Basilia, wraz z arcytrudnym pas de deux w ostatnim akcie, a także tańce Espady i Tancerki ulicznej, solowe wariacje w ostatnim akcie oraz wspomniany Sen - scenę w królestwie driad, wśród których tańczą Dulcynea, Królowa Driad i Amorek. Mimo przedpremierowych zapowiedzi zdynamizowania akcji, rosyjski choreograf ograniczył pas d'action, czyli sceny mimiczno--taneczne posuwające akcję do przodu. Akt ostatni rozgrywa na zamku bliżej nieokreślonego księcia, który według wersji petersburskiej Mariusa Petipy zaprasza do siebie Don Kichota razem z Kitri i Basiliem, aby tam mogli świętować zaręczyny. Pod koniec więc wesoły i żartobliwy spektakl staje się nieco sztywnym baletowym koncertem. Szkoda.

Od strony inscenizacyjnej warszawska wersja (wcześniej Fadeyechev realizował "Don Kichota" pięciokrotnie, m.in. w Tokio i Neapolu) wyróżnia się lekkością i świeżością

scenicznej wizji. Scenografia jest dość symboliczna (choć tradycyjny wiatrak pozostał), nawet kulisy wykonano z rzędów białych sznurów, dodając obrazom świetlistości. Kostiumy - nie wszystkie równej urody, ale barwne i lekkie - oraz scenografię zaprojektował Thomas Mika. Jego dziełem jest też wyjątkowy koń Don Kichota, zbudowany ze stalowych taśm i ciągnięty przez Sancho Pansę na kółkach.

Wszystkie sceniczne zabiegi na nic by się jednak nie zdały, gdyby nie tancerze. W "Don Kichocie" nie pomogą ani kostiumy, ani miła aparycja, gdy brak techniki. Na szczęście tej nie zabrakło nikomu z premierowej obsady, choć wielu solistów pełnię swych możliwości pokazało w drugim spektaklu, który także widziałam. Przede wszystkim Aleksandra Liashenko (w roli Kitri i Dulcynei) - perfekcyjna technicznie, ale i zalotna, swobodna w budowaniu postaci (tak, tak, w balecie również buduje się postaci). Jej ekwilibrystyczne skoki i popisowe trzydzieści dwa fouettes zapierały widzom dech. Partnerował jej Maksim Woitiul (Basilio), młodzieńczy i radosny, z niezwykłą uwagą współpracujący z partnerką, co przyniosło wspaniałe rezultaty w duetach z I aktu i w olśniewającym pas de deux (szczególnie drugiego wieczoru). W pomniejszych partiach świetnie wypadli: Madimir Yaroshenko jako Espada, Marta Fiedler jako Tancerka uliczna i Karolina Sapun jako Mercedes. Uroczym i perfekcyjnym tanecznie Amorkiem była Ewa Nowak. Na wyróżnienie zasługują również odtwórczynie ról przyjaciółek: Yuka Ebihara i Emilia Stachurska, a także Palina Rusetskaya w wariacji z grand pas.

A gdzie sam Don Kichot? Piękny portret chudego szlachcica, błędnego rycerza stworzył Sergey Basalaev. Z zamglonym wzrokiem półmarzyciela, półszaleńca stąpa przez kolejne sceny, przy boku mając dla równowagi zabawnego, grubiutkiego Sancho Pansę (Paweł Koncewoj). Na łamach "Ruchu Muzycznego" nie wypada nie wspomnieć o muzyce, choć partytura Ludwiga Minkusa jest konwencjonalna i dość schematyczna (jak zresztą cała jego twórczość). "Don Kichot" jednak, przez swoją żywiołowość i energię, wyrasta poza XIX-wieczny baletowy akompaniament. Dyrygent Alexei Baklan przede wszystkim idealnie współpracuje z tancerzami: wychowany w rodzinie baletowej wie, że odpowiednie podkreślenie akcentu, na który ma przypaść efektowny skok lub poza, to w spektaklu tanecznym połowa sukcesu. Dba zatem o tempa i kulminacje, nasycając jednocześnie muzykę Minkusa niezbędną żywiołowością. Może pod jego batutą "Don Kichot" nie nabiera cech arcydzieła, ale otrzymuje właściwy wyraz służący baletowym popisom.

Katarzyna Gardzina-Kubala
Ruch Muzyczny
2 lipca 2014

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia