Dorównać Dukajowi

teatralne odczytania "Wrońca"

Wroniec Jacka Dukaja wydany został w 2009 roku. Zgodnie obwołany literackim wydarzeniem, wpisany między innymi na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej, już w sezonie 2010/2011 doczekał się dwóch scenicznych realizacji: w warszawskim Teatrze Kamienica przygotował go Jerzy Bielunas, a we Wrocławskim Teatrze Lalek Jan Peszek. Wyraźnie widać więc, że istnieje w teatrze potrzeba materiału literackiego wracającego do okresu stanu wojennego. Osobnym pytaniem pozostaje jednak, czy obu twórcom udało się choć w części oddać nastrój magiczno-groźnej baśni Dukaja.

Jego książka była pewnego rodzaju niespodzianką dla czytelników. Autor, nazywany niekiedy spadkobiercą Stanisława Lema, poruszający się swobodnie na gruncie fantastyki zadającej filologiczne i naukowe pytania o porządek świata, nagle zmienił kierunek i napisał książkę skierowaną do młodszego czytelnika, nie porzucając jednak fantastyki. Wroniec, świetnie zilustrowany groteskowymi rysunkami Jakuba Jabłońskiego, wprowadza czytelnika w świat stanu wojennego przypominający koszmar, który śni w gorączkowych majaczeniach główny bohater Adaś. Wykoślawiony, opanowany przez wszechwładną Maszynę-Szarzynę i zarządzany przez okrutnego Wrońca. Dukaj, czerpiąc z tradycji książek takich jak Alicja w Krainie Czarów czy Baśnie braci Grimm, nie rezygnuje z charakterystycznych dla siebie zabaw językowych, wzmacniających jeszcze poczucie nierealności. W świecie Wrońca pojawiają się Milipanci i Bubeki, fruwają bezbronne U-lotki, ulice przemierza potwór GAZ o wielorybowatym grzbiecie, a babcia odnajduje się na komisariacie MOMO. Ale czy te opowieści mogły być prawdziwe, jeśli, zgodnie z umową między Wrońcem a Adasiem, w zamian za odzyskanie rodziny nikt już nigdy nie uwierzy w jego słowa? Dukaj zresztą sam zaczyna swoją książkę od słów: „Posłuchajcie, to nie zdarzyło się naprawdę”.

Najbardziej zaskakujące w warszawskiej realizacji Wrońca jest to, że zabrał się za nią Teatr Kamienica, kojarzony na co dzień z innym rodzajem repertuaru. Prywatna scena Emiliana Kamińskiego stara się bowiem zdobywać widzów przede wszystkim lekkimi, łatwymi do sprzedania komediami, farsami i spektaklami muzycznymi, w obsadzie których goszczą gwiazdy telewizji. Kamiński ma jednak za sobą również działalność w Teatrze Domowym założonym w okresie stanu wojennego między innymi przez Ewę Dałkowską, Macieja Szarego i Andrzeja Piszczatowskiego. W jednej z przygotowanych w Teatrze Domowym składanek, utrzymanych w stylistyce opozycyjnego kabaretu, wygłaszał słynny Bluzg anonimowego autora skierowany przeciwko generałowi Jaruzelskiemu, który do dzisiaj krąży w Internecie, zwłaszcza w okresie trzynastego grudnia. Kamińskiego książka Dukaja musiała więc zainteresować, a inscenizacja Wrońca wpisała się w nurt kamienicznego Teatru Obywatelskiego, który z założenia ma mówić o historii językiem atrakcyjnym dla współczesnego widza.

Do realizacji Wrońca zabrali się twórcy granego również na scenie Kamienicy Pamiętnika z Powstania Warszawskiego według Mirona Białoszewskiego: reżyser i autor adaptacji Jerzy Bielunas oraz Mateusz Pospieszalski jako autor muzyki. Ponownie wykorzystali stylistykę musicalu, tym razem łącząc go z elementami teatru lalkowego. Adaś w przedstawieniu jest bowiem niewielką kukiełką, szeroko otwartymi oczami przyglądającą się światu, której kwestie, siedząc z boku przy pulpicie, czyta Marta Ledwoń. Choć zabieg ten umiejętnie oddziela Adasia od świata dorosłych, ustawia w opozycji do reszty dziwacznej rzeczywistości stanu wojennego kreowanej przez żywy plan aktorski – rozczarowuje jednocześnie sposobem jej animowania. Mała figurka, niemal niewidoczna z dalszych rzędów, jest w rękach animatora bezwolnym materiałem, przenoszonym z miejsca na miejsce. Sprawia wrażenie tylko jednego z kolejnych rekwizytów tej opowieści, co dość mocno kłóci się ze statusem jej bohatera. To w końcu Adaś, wbrew radom ukrytych w kanałach Pozycjonistów, rusza samodzielnie na spotkanie z przerażającym Wrońcem, aby odzyskać rodziców. Nawet jeśli jest to tylko jego koszmarny sen, potrafi działać i podejmować samodzielnie decyzje.

Na główną postać, dominującą nad całym spektaklem, wyrasta natomiast pan Beton grany przez Emiliana Kamińskiego. Kiedyś „temi ręcami” budował domy, ulice, fabryki i miasta, dzisiaj osamotniony, bez kontaktu z synem, zaopiekuje się Adasiem, kiedy jego rodzina zniknie. W świetnie opisanej przez Dukaja postaci – w oczach chłopca łączy cechy superbohatera i prostego robotnika, symbolu „Solidarności”. W spektaklu, w wykonaniu Kamińskiego, zmienia się w swoją karykaturę. Aktor gra go z nadmierną ekspresją, na zmianę rycząc i burcząc swoje kwestie. Wydaje się wyrzucać z siebie jeszcze dawną wściekłość na stan wojenny. Przerysowuje ją, ze szkodą dla postaci, która zamiast wzruszenia budzi szybko uczucie zniecierpliwienia.

Dosłowność i nadekspresja zdecydowanie zbyt często pojawiają się w spektaklu Bielunasa, niszcząc surrealistyczną materię powieści Dukaja. W scenie z panami Opornymi wystylizowanymi na czołowych opozycjonistów tego czasu wkraczamy nagle w nastrój rodem z politycznej szopki. Ironia Dukaja w powieści jest cienka. „Pan Najnajnajoporniejszy mógł być tylko Elektrykiem” – bo przecież elektrycy mają do czynienia z opornikami wpinanymi dyskretnie w ubrania w stanie wojennym. Tymczasem scena z panami Opornymi budzi na widowni raczej rechot rozpoznania niż nerwowy śmiech. Podobnie jest ze scenografią Honoraty Mochalskiej, w której króluje ustawiona z boku ściana telewizyjnych ekranów. Pojawi się na niej w pewnym momencie charakterystyczna postać Jaruzelskiego w ciemnych okularach – zamiast teleranka, potem stopniowo ekrany będą coraz bardziej szarzeć i śnieżyć, odcinając mieszkańców od informacji. Gdzieś na ścianach pojawia się wykrzywiony i powielony kilkakrotnie Pałac Kultury – kamienna wieża zamieszkiwana przez Wrońca. Owszem, estetyka lat osiemdziesiątych była płaska i monotonna, ale przeniesiona dosłownie na scenę zaczyna pełnić rolę wyłącznie ilustracyjną. A w Kamienicy wszechobecne są płaskie, wycięte z tektury kształty postaci i budynków. Nieznośna jest też dosłowność Wrońca, wielkiego ptaszyska skonstruowanego z powiewających czarnych szmat, który w całej okazałości pojawia się w finale spektaklu i sprawia znienacka ogromne problemy przesuwającym go po sznurkach nad sceną aktorom. Zaniedbane szczegóły przedstawienia niszczą całą grozę, którą powinna przecież budzić inscenizacja książki Dukaja.

We Wrońcu wystawionym we Wrocławskim Teatrze Lalek Jan Peszek zdecydował się przede wszystkim na odmienne potraktowanie postaci Adasia, w roli którego obsadził Grzegorza Mazonia. W interpretacji Peszka i autora adaptacji Mateusza Pakuły Adaś jest dorosłym człowiekiem wracającym po latach do pokoju swojego dzieciństwa i do pozostawionej na biurku maszyny do pisania. Na ścianie słomiana mata, pod nią skromny tapczan, na którym usiądzie cała, wywołana ze wspomnień, rodzina. Ściany niewielkiego pokoju, za którym widać przygnębiająco jednostajne, szare bloki, rozsuwają się i przesuwają w miarę rozwoju akcji, przenosząc w kolejne miejsca wędrówki pamięci.

To przede wszystkim pomysłowa scenografia Roberta Rumasa jest atutem wrocławskiego przedstawienia. Potwór GAZ pojawia się tutaj w postaci wielkich, białych dmuchanych balonów, które owijają się wokół postaci. Wrońca symbolizuje początkowo ogromna łapa z przerażającymi szponami, pozostawiająca zdecydowanie więcej pola dla wyobraźni niż prezentowanie całej sylwetki władcy tego świata. W finale, zamiast ptaszyska, z Adasiem rozmawia z kolei tajemniczy mężczyzna w czerni, otoczony przez wizualizacje wron. Ktoś na kształt ojca, mentora czy boga tej upiornej krainy? A może to sam Adaś, który w tym momencie przypieczętuje swój los? Zgodzi się na podpisanie własną krwią cyrografu – ubeckiej lojalki. Odzyska rodzinny spokój, ale straci własny głos i odwagę snucia kolejnych opowieści.

Rumas przywołuje w swojej scenografii znaki tamtych czasów. Migają charakterystyczne neony sklepów Społem i Pewex, odczytanego przez Adasia jako xeweP, na scenę wjeżdża szkielet karoserii starej warszawy, którą usiłują uciekać bohaterowie. Ciekawym zabiegiem jest rozegranie sceny z Członkiem w konwencji teatru cieni. Członek stoi na podeście, z niebotycznych wysokości swojego stanowiska górując nad zmniejszoną sylwetką chłopca. Jego piosence wtóruje chór sekretarek rodem ze szkolnej akademii. Również muzycznie Wroniec wrocławski intryguje mocniej niż warszawski. W Kamienicy można mieć uczucie dźwiękowego déją vu z kompozycjami Pospieszalskiego z Pamiętnika z Powstania Warszawskiego. We Wrocławiu za muzykę odpowiada Dominik Strycharski, który bawi się jej różnymi stylistykami. Pobrzmiewają tutaj postindustrialne dźwięki, chwilami zimnofalowe rytmiczne kompozycje, czasem nawet reggae – w scenie z kolorowymi Pangłowcami z ogro mnymi punkowymi czubami na głowach.

Zasadniczym problemem spektaklu w reżyserii Jana Peszka jest z kolei chaos adaptacyjno- reżyserski. Poza obiecującym początkiem, pomysł ustawienia Adasia jednocześnie w roli bohatera i narratora zdarzeń nie sprawdza się w akcji. Raczej odwrotnie: opowiadanie o wydarzeniach jednocześnie pokazywanych na scenie odbiera im tempo i budzi irytujące uczucie przegadania. Zawodzi też dość mocno plan aktorski, bo lalki w spektaklu pojawiają się symbolicznie w postaci szpetnych czerwonych figurek trzymanych w rękach przez Bubeków czy szereg Milipantów, stworzony na wzór wycinanki poruszanej rytmicznie jak ludowe zabawki. W działania aktorów Wrocławskiego Teatru Lalek, postawionych wobec innych niż zwykle zadań, przynajmniej na premierze wdzierała się niepewność. Szczególnie widoczna w grze Grzegorza Mazonia, który nie do końca radził sobie z przejściem między statusem dorosłego i dziecięcego bohatera. W surrealistycznym świecie natomiast odnalazł się świetnie Tomasz Maśląkowski. Rozrośnięte dzięki nałożonej na ramiona nadmuchanej muskulaturze „te ręce”, berecik z antenką, sumiaste wąsy i przaśne walonki sprawiły, że jego pan Beton to postać komiksowa, rodem z propagandowych plakatów sławiących przodowników pracy, której Maśląkowski nadaje jednak poruszający, ludzki rys. Pewnym krokiem przemierza z Adasiem krainę Wrońca, budząc zaufanie zamaszystymi, ale i szorstko-czułymi gestami. Ale to wyjątek na tle szeregu pozostałych, dość bezbarwnych postaci ze wspomnień Adasia.

Niezwykła powieść Dukaja nie doczekała się więc na razie w pełni satysfakcjonujących odczytań teatralnych. Raczej skłaniają one do samodzielnego powrotu do książki, bo musicalowa wersja Bielunasa razi dosłownością, a realizacja Peszka w natłoku surrealistycznych rozwiązań gubi gdzieś głównego bohatera. Pozytywem z pewnością jest fakt, że oba teatry odważnie sięgnęły po nową polską literaturę, chcąc rozmawiać z widzami o historii stosunkowo niedawnej, nie tylko poprzez dydaktyczne spektakle utrzymane w stylu telewizyjnej Sceny Faktu. Powieść Dukaja, nie rozliczająca na siłę okresu stanu wojennego, proponująca oryginalne spojrzenie na tamten czas, jest do takich rozmów znakomitym materiałem wyjściowym. Dla młodszych widzów jest atrakcyjną baśnią pełną przygód, dla dorosłych ironicznym i zdystansowanym przypomnieniem ponurych lat. Ale czeka chyba jeszcze na swojego teatralnego odkrywcę o wyobraźni dorównującej co najmniej Timowi Burtonowi.

Agnieszka Rataj
Teatr
7 lipca 2011

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia