Dostojewski w grze jak Big Brother

"Idiota" - reż. Paweł Miśkiewicz - Teatr Narodowy w Warszawie

W Teatrze Narodowym miał powstać spektakl o księciu Myszkinie, tymczasem tego bohatera zabrakło.

Ernest Hemingway powiedział, że do klęski jesteśmy stworzeni, ale wspaniałe jest to, że jednak walczymy. To przypadek Myszkina, bohatera "Idioty" Fiodora Dostojewskiego.

Zastanawiające, że twórczość Dostojewskiego, stale obecna w naszej świadomości, na scenie Teatru Narodowego pojawiła się dopiero po raz trzeci. Wcześniej swoją wersję "Braci Karamazow" prezentowali Adam Hanuszkiewicz i Jerzy Krasowski.

Teraz Paweł Miśkiewicz przedstawił "Idiotę". Reżysera do świata Dostojewskiego wprowadzał sam Krystian Lupa, obsadzając w roli Aloszy w głośnej inscenizacji "Braci Karamazow" w Starym Teatrze.

Opowieść o księciu Myszkinie Paweł Miśkiewicz wcisnął (to najlepsze określenie) w scenę przy Wierzbowej. Spektakl podzielony jest na dwie części. W pierwszej patrzymy na bohatera oczami postaci, z którymi się styka, w drugiej obserwujemy świat z jego perspektywy, schorowanego, odrzuconego człowieka. Myszkin u Dostojewskiego to przede wszystkim Chrystus w człowieku. Wrażliwy, bardziej czujący, idealista. Don Kichot o szlachetnych intencjach, który wierzy, że dobro tkwi w każdym człowieku, wystarczy tylko, by sobie to uświadomił.

Ten idealista zderza się z ludźmi, którzy używają życia i nie wstydzą się swych drobnych słabości, a nawet łajdactw. Opowiadają o nich z lubością, biorąc udział w grze towarzyskiej. W spektaklu wygląda ona jak współczesne reality show, choć w historycznym kostiumie. Wyznaczony uczestnik jest dumny, że może publicznie wyznać to, o czym inni woleliby zapomnieć. Czuje, że staje się bohaterem, o którym będzie głośno.

Pierwszą część niemal czterogodzinnego spektaklu ogląda się w skupieniu i z zainteresowaniem. Przed nami galeria barwnych postaci. Mariusz Benoit to świetny Lebiediew, kombinator i krętacz, który jednocześnie budzi podziw jako tłumacz Apokalipsy. Jan Frycz w roli Tockiego jest pyszny jako cyniczny donżuan, który bez oporów kupczy dotychczasową kochanką Nastazją.

Jest też rozdygotany maruda, generał Jepanczyn Mariusza Bonaszewskiego, nadto kłótliwa i trochę zdziwaczała jego żona Lizawieta (Dominika Kluźniak). Jest mający wiele na sumieniu generał Iwogin Włodzimierza Pressa oraz szlachetnie naiwny Gawriła Przemysława Stippy.

I wreszcie trójka najważniejsza. Nastazja Filipowna Wiktorii Gorodeckiej nie jest już dziewczyną z krainy snu, jaką grała w przedstawieniu dyplomowym. Mocno stąpa po ziemi, potrafi być bezwzględna, cyniczna, a kiedy wpada w szał, zaczyna... mówić po rosyjsku. Mateusz Rusin ma w sobie szaleństwo młodości, zawadiackość, rozwichrzenie i gorące uczucie targające Rogożynem.

W życie tak pełnowymiarowych osobowości wkracza Myszkin. Piszę o nim na końcu, bo w wykonaniu Pawła Tomaszewskiego jest prawie nieobecny. I nie dlatego, że mówi pozostałym, iż przychodzi z innego świata, z inną wrażliwością. Jego po prostu nie ma.

Dlatego w drugiej części spektaklu dyskusja na temat wartości, szukania ratunku w wierze, próby ocalenia w sobie choć cząstki człowieczeństwa nuży. Jako głosiciel tych prawd Myszkin nie ma wewnętrznej siły, która pokazałaby, że głosi tezy, w które sam wierzy.

Poszedłem na spektakl o księciu Myszkinie, a jego tam nie było. Poczułem się jak idiota.

Jan Bończa-Szabłowski
Rzeczpospolita
17 lutego 2017

Książka tygodnia

Za kulisami
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Dorota Jarząbek-Wasyl

Trailer tygodnia

XXIV Bydgoski Festiwal...