Dotknąć rzeczywistości

teatry dla małych odbiorców

Teatry nastawione na małego odbiorcę zawsze mogą się ratować klasyką. Gorzej, jeśli chcą wystawiać teksty współczesne, chcą trafiać do gimnazjalistów, którzy wyrośli z baśni lub maluchów jeszcze w pieluchach.

Koncert na piłki i zaimki

"Ty i Ja". Chciałoby się za Stachurą dopowiedzieć "... teatry to są dwa, ty i ja". I byłoby w tym sporo prawdy również w odniesieniu do autorskiego spektaklu zrealizowanego przez Katarzynę Pawłowską i Lucynę Winkel w Studio Teatralnym Blum. "Ty i Ja" wyrasta najprawdopodobniej z doświadczeń macierzyńskich obu aktorek, które obserwowały, jak każde z ich dzieci fascynowało się odkrywaniem własnego "Ja" i nie rozumiało za bardzo, że kolega, koleżanka równocześnie odkrywa własne "Ja". Podobnie jest w ich przedstawieniu. Każda zapatrzona jest najpierw w siebie, w swoje piłki, kolory, przestrzenie... Z trudem próbują odkryć, że "Ja" każdej z nich jest inne, że moje "Ja" nie oznacza "Ja" koleżanki, kolegi na podwórku, w piaskownicy... Ale na szczęście istnieją przestrzenie wspólne, istnieje coś takiego jak zabawa, co ułatwia wzajemne oswojenie się, poznanie. Z czasem dziecko zaczyna rozróżniać "Ja" i "Ty". W miarę upływu czasu pojawiają się takie pojęcia jak "My", "Oni"... Maluchy nie znają oczywiście zaimków, ale w sposób naturalny, intuicyjny rozumieją, co one oznaczają.

Taki krótki proces dochodzenia, że Ja" nie zawsze znaczy "Ja", można prześledzić w tym urokliwym przedstawieniu, które jest swego rodzaju koncertem, improwizacją na dźwięki grane na żywo przez Roberta Rekiela, kolorowe piłki, zaimki i aktorki.

Obserwowałem dzieci podczas niedzielnego spektaklu. Były wyraźnie zafascynowane "Ja", ponieważ doskonale rozumiały, co to słówko oznacza, i kolorowymi piłkami, czemu dały upust podczas wspólnej zabawy na finał.

Nie bój się śmierci

Co jakiś czas słyszę, że dziecko nie może chodzić do szpitala do chorej babci, bo nie wolno go narażać na stres. Albo nie zabiorę dziecka na pogrzeb dziadka, bo to jest zbyt okrutne. I wtedy odzywają mi się w głowie "Dziady": "... według Bożego rozkazu:/ Kto nie doznał goryczy ni razu,/ Ten nie dozna słodyczy w niebie".

Philippe Dorin w sztuce pod bardzo estetycznym tytułem: "W moim domu z papieru tworzę wiersze na płomieniu" porusza temat śmierci. Nie boi się go, nie oswaja, mówi wprost, naturalnie, zwyczajnie..., tak jakby opowiadał o czymś przyjemnym i pięknym. Estetycznym tropem idą także realizatorzy - Jerzy Moszkowicz (reżyser) i Jacek Zagajewski (scenograf). Ich spektakl jest wysmakowany plastycznie. Oszczędny, wręcz surowy.

Dzięki takiemu podejściu temat wydaje się mniej dotkliwy, może nieco łagodniejszy. Mocne słowa nie wywołują lęku, bo świat wykreowany na scenie jest jasny, nawet wtedy, kiedy przygasa światło, bo muzyka Rafała Zapały raczej koi niż jątrzy, bo aktorzy szkicują swoich bohaterów delikatną kreską. Wielkie brawa należą się całej trójce: Elżbiecie Węgrzyn, Marcie Wesołowskiej i Arturowi Romańskiemu. Aktorzy w dramacie Dorina muszą poszukać w sobie, w swoich emocjach środków wyrazu. Dramaturg nie daje im zbyt wiele słów, nie buduje skomplikowanych sytuacji scenicznych. To, co najważniejsze, rozgrywa się pomiędzy nimi. Dorin w swoim dramacie chce powiedzieć coś podobnego do wieszcza: nie można życia przeżyć, nie mierząc się z chorobą, umieraniem, śmiercią. Inaczej te problemy przeżywają dorośli, a inaczej dzieci i młodzież. Najważniejsze, aby się nie bać, co pointuje użyty w spektaklu wiersz Emilii Waśniowskiej.

Stefan Drajewski
Polska Głos Wielkopolski
17 września 2010

Książka tygodnia

Piękne zielone oczy
Wydawnictwo Czarne
Arnošt Lustig

Trailer tygodnia

Gdziekolwiek - wibracj...
Mariusz Kiljan
Wszędzie na świecie rodzimy się i umi...