Dowcipny pesymista

Stanisław Tym - aktor filmowy, teatralny i telewizyjny, satyryk, komediopisarz, reżyser i felietonista

Zanim stał się jednym z najpopularniejszych w Polsce aktorów, scenarzystów i satyryków, pracował jako szatniarz i bramkarz w warszawskim klubie Stodoła. Wystąpił w najbardziej kultowych komediach PRL-u, "Rejsie" i "Misiu", Gustaw Holoubek nazywał go "wysłannikiem Pana Boga", a Andrzej Wajda skorzystał z jego pomocy przy oscarowym przemówieniu. Stanisław Tym, niezapomniany Ryszard Ochódzki, prezes Klubu Sportowego "Tęcza", kończy 83 lata!

- Stanisław Tym kończy 83 lata
- Aktor, scenarzysta, reżyser i satyryk ma olbrzymi wkład w historię polskiej komedii – zagrał m.in. główne role w "Rejsie" i "Misiu", do którego współtworzył także scenariusz
- Aktor, scenarzysta, reżyser i satyryk ma olbrzymi wkład w historię polskiej komedii – zagrał m.in. główne role w "Rejsie" i "Misiu", do którego współtworzył także scenariusz
- Nigdy nie założył rodziny, nie ma dzieci. Mieszka na wsi, jest wegetarianinem
- Regularnie pisze cięte felietony, w których nie ma litości dla polityków

Wyobraźmy sobie polskie kino komediowe z czasów słusznie minionych, ale bez Stanisława Tyma. Nadal powstają zapewne "Seksmisja" Juliusza Machulskiego, "Sami Swoi" Sylwestra Chęcińskiego czy "Jak rozpętałem drugą wojnę światową" Tadeusza Chmielewskiego, jak i wiele innych niezapomnianych seriali i filmów. Nie ma jednak "Misia" Stanisława Berei, ani poprzedzających go "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" i "Bruneta wieczorową porą". A jeśli są, to zupełnie inne, wszak to Stanisław Tym współtworzył ich scenariusze, razem z reżyserem. A więc nie ma też Ryszarda Ochódzkiego, prezesa Klubu Sportowego "Tęcza". Zaoszczędziliśmy setki godzin, poświęcone na oglądanie tych filmów.

Chociaż... ani jednej minuty nie sposób uznać w tym przypadku za straconą.

"Rejs" Marka Piwowskiego też wyglądałby zupełnie inaczej. Ktoś inny niż Tym musiałby zagrać fałszywego kaowca na płynącym po Wiśle statku wycieczkowym - a więc i pamiętne przedstawienie się tego bohatera brzmiałby inaczej. "Znamy się mało... więc może ja bym powiedział parę słów o sobie - najpierw. Urodziłem się... urodziłem się w Małkini, w 1937 roku, w lipcu. Znaczy, w połowie lipca... właściwie w drugiej połowie lipca, właściwie... dokładnie 17 lipca. No... to tyle może o sobie - na początek... Czy są jakieś pytania?".

 

To przecież autentyczne miejsce i data urodzenia Stanisława Tyma, przemycone w jednym z wielu niezapomnianych monologów z tamtego w większości zaimprowizowanego filmu.

- Anegdot specjalnie nie mam, bo jednak w pracy zawsze najważniejsze jest skupienie na tym co się robi, ale było ciężko – wspominał niedawno Stanisław Tym pracę nad "Rejsem" w rozmowie z "Cineramą". - Improwizacja była tam matką ojcem i sąsiadką. Improwizowane było prawie wszystko.

- Problem Stasia Tyma polega na tym, że bohaterami jego utworów są postaci, które później decydują o dopuszczeniu tych komedii na rynek – zauważył kiedyś w rozmowie z "Rzeczpospolitą" Marek Piwowski, reżyser "Rejsu".

Przyjemność po latach
Charakterystyczny dla Tyma jest humor podszyty ironią, garściami czerpiący z rzeczywistości, błyskotliwy, zaskakujący, przeradzający się w absurd. Sam nie uważa określenia "absurdalne" za trafne, podkreślając, że to, co pokazał choćby wspólnie z Bareją w "Misiu", było odbiciem rzeczywistości, traktowanej przez twórców bardzo serio.

- Gdy słyszę teraz określenia "tropiciele absurdu", odbieram to jako nieporozumienie – mówił w Magazynie "Trendy". - PRL nie był żadnym absurdem, to była bardzo miażdżąca, okrutnie dotkliwa, przykra rzeczywistość, system polityczny wymyślony po to, żeby zniszczyć, stłamsić człowieka i zmusić go do uległości.

- Żartowaliśmy, ile się dało, bo ten sposób wypowiedzi był nam bliższy. A dziś mamy dodatkową przyjemność, że wiele z tych filmów wciąż się ogląda.

Przedstawiony choćby w "Misiu" obraz Polski przełomu lat 70. i 80., złożony z cytowanych niemal w całości przez fanów scen, jest przejaskrawiony, ale prawdziwy. Tym i Bareja posiedli niezwykły dar odnajdywania w niemal każdej sytuacji filmowego potencjału – kurtka w szatni, odprawa paszportowa, obiad w barze mlecznym, budka z piwem. Byli doskonałymi obserwatorami kraju "parówkowych skrytożerców".

 

Polsko-amerykański sen Macieja Góraja. "Robiłem karierę, ale nie było mnie stać na poloneza" [WYWIAD]
Tyma, jak mało którego artystę, cechuje wyjątkowy dystans do samego siebie, nie oznacza to, że nie potrafił się w czasie swojej długiej kariery obrazić czy strzelić focha. To właśnie z tego powodu w czołówce "Bruneta wieczorową porą" Stanisława Barei figuruje nazwisko nie Tyma, a fikcyjnego współscenarzysty Andrzeja Killa – powodem była kłótnia z reżyserem. Na szczęście po premierze panowie się pogodzili, co zaowocowało powstaniem kultowych komedii "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" i "Miś".

Świat okropnie ponury
Tym podkreśla, że komedia jest jedynym gatunkiem, gdzie recenzja jest natychmiastowa, wystawiona przez widzów. - Jeśli się śmieją, to znaczy, że jest w porządku, a jeśli się nie śmieją, to znaczy, że jest źle – tłumaczył kiedyś "Przeglądowi", zapytany, dlaczego stawia akurat na ten gatunek, a nie na dramat czy obyczaj. -A ja bardzo lubię, jak się śmieją. Pewnie dlatego piszę komedie. I tylko komedie.

- Komedia to bardzo pracochłonna i natychmiast weryfikowalna sprawa – przyznawał w rozmowie z Polskim Radiem w 1981 roku, po premierze "Misia". - W dramacie reżyser może przez 15 sekund pokazywać pejzaż i nie musi się z tego tłumaczyć. W komedii każda scena musi być dopracowana i prowadzić do puenty. A widz powinien ryczeć ze śmiechu.

Widz ze śmiechu ryczy
Jak Tym podkreśla, to właśnie śmiech pozwala zachować dystans wobec okrucieństw świata, których nie brakuje. - Lubię się śmiać, rozśmieszać. Ale dowcip bierze się z pesymizmu. Nie mam złudzeń co do przyszłości człowieka jako gatunku. Nie sądzę, żeby zasady rządzące światem zmieniły się za jakieś 30 tysięcy lat. Dlatego czas dobry dla komedii jest zawsze.

- Świat uważam za okropnie ponury, więc oswajam go, kpiąc, szydząc – mówił w "Wysokich Obcasach". - Światu to nie przeszkadza, a mnie pomaga.

- Z umiejętnością pisania komedii nie przychodzi się na świat – przypominał w magazynie "Trendy". - To jest zawód, którego trzeba się długo i cierpliwie uczyć.

Jak zawsze przypomina , humor łączy ludzi. - Gdy rozpoznajemy świat, mechanizmy i siebie samych w krzywym zwierciadle, to jest przecież moment odreagowania – przypominał w "Gali" przed premierą "Rysia", czyli nakręconej przed dekadą kontynuacji "Misia" i "Rozmów kontrolowanych". To był reżyserski debiut filmowy ówczesnego siedemdziesięciolatka.

Film, mimo dosyć pozytywnych recenzji, nie wszystkim się spodobał. Sceny wybitnie śmieszne sąsiadowały z tymi śmiesznymi nieco mniej wybitnie.

 

- Ja po prostu wziąłem faceta, którego Polska zna jako Ryszarda Ochódzkiego, prezesa klubu Tęcza z czasów gierkowskich sprzed lat blisko 30. Jest rozpoznawalny, bo wygląda jak ja. Pomyślałem, że może byłoby niegłupio zobaczyć, co się z nim dzisiaj dzieje, jak się ustawił, jakie są jego szanse. Gdy pisaliśmy "Misia", nie zakładaliśmy, że będzie kultowy. Teraz nie robię powtórki. Mówię: był "Miś", jest "Ryś". Jak widzowie będą się śmiać, to ja niczego więcej nie chcę. Jeśli się nie uda, będzie głupio. Będzie kac zawodowy. Ale skoro zdecydowałem się na debiut, muszę być gotowy na wszystkie konsekwencje.

– Z biegiem lat coraz bardziej przekonuję się co do faktu, że wszelkie ustroje mają znaczenie trzeciorzędne – zauważał w "Polityce". - Ludzie, bez względu na polityczne systemy, pozostają tacy sami. Zależy im na wzmocnieniu władzy, obsadzaniu stanowisk, doraźnych korzyściach. Ochódzki daje sobie radę w nowych czasach.

Wcześniak z wakacji
Trudno powiedzieć, czy Stanisław Tym (ur. 17 lipca 1937 roku w Małkini Górnej) długo i cierpliwie się uczył. Pewnie bardziej długo niż cierpliwie, skoro wyleciał kilku uczelni, najczęściej na własne życzenie.

- Miałem się urodzić w sierpniu, dlatego mama w lipcu pojechała na wakacje nad Bug – mówił w rozmowie z "Wysokimi Obcasami". - Ale urodziłem się wcześniej i kiedy tata przyjechał, żeby zabrać mamę na poród do Warszawy, synek już czekał na tatusia. Tak, tak. Moje dzieciństwo przypadło na okupację i 63 dni Powstania Warszawskiego. A później byłem świadkiem wyzwalania Polski przez Armię Czerwoną i 1. Armię Ludowego Wojska Polskiego. Wtedy również widziałem okropne rzeczy. Wszystko było nienormalne. Na szczęście trafili mi się bardzo porządni dziadkowie i rodzice.

- Kiedy wróciliśmy do zrujnowanej Warszawy, nie poznałem miasta swojego dzieciństwa - wspominał w "Playboyu". - W każdym razie, zaraz po powrocie poszedłem do szkoły, właśnie tu na Drewnianą, i od razu do piątej klasy. Skończyło się na tym, że przystępowałem do matury w wieku 15 lat. A wtedy mając 15 lat, było się jeszcze dzieckiem.

Wieczny student Tym
Stanisław Tym nie planował kariery w filmie czy teatrze, nie zamierzał też być satyrykiem czy komikiem. Zanim został studentem wydziału aktorskiego PWST, studiował, dwukrotnie, chemię na Politechnice Warszawskiej i przetwórstwo na SGGW. Z uczelni wylatywał za "brak postępów w nauce".

- Nie traktowałem tego serio. Kombinowałem, żeby uciec przed wojskiem. Jak się dostałem na to odebrałem tylko indeks i legitymację, żeby móc jeździć na zniżkowe bilety i więcej się nie pojawiłem.

W tym czasie Tym pracował między innymi w Zakładach Przemysłu Cukierniczego 22 Lipca , czyli dawnym Wedlu. - W wyniku relegowania mnie po dwóch latach z Wydziału Chemii na Politechnice, poszedłem do pracy. Los rzucił mnie do produkcji herbatników i czekolady.

Śmierć wykuta na blachę
Pod koniec lat 50. Stanisław Tym dorabiał jako szatniarz i ochroniarz w stołecznym klubie studenckim Stodoła. Był dość wysoki, fryzura się zgadzała, więc na bramce wzbudzał odpowiedni respekt. – To jest dziwne – przyznawał "Playboyowi". - Bo oboje rodzice byli niscy, siostra też jest niska, a my dwaj, ja i brat Antoni, przy słusznej wadze – metr osiemdziesiąt trzy.

- To były zupełnie inne czasy. Nie trzeba było bić. Bardzo rzadko używało się siły. Stodoła to było elitarne miejsce. Wejście za biletami, które rozprowadzał klub uczelniany. Tylko studenci Politechniki mogli te bilety nabyć. Jeśli ktoś się zachowywał nieodpowiednio, to brało się delikwenta na bok i mówiło: "Weź się chłopie uspokój". I tyle.

To właśnie spotkany w "Stodole" kolega z liceum, Kazimierz Kucharski, namówił Tyma do spróbowania sił na studiach aktorskich. - Zdawało 650 osób, przyjmowano 22. Byłem na pełnym luzie, bo wiedziałem, że nie zdam – wspominał w "Trendach". Zdał, cytując wykuty w ostatniej chwili na blachę wiersz Gałczyńskiego "Śmierć braciszka", który znalazł w leżącym na korytarzu tomiku.

Ci nie do przecenienia
Z uczelni wyrzucono go po dwóch latach, ale sam nie uznaje ich za stracone.

- Miałem w życiu naprawdę wielkie szczęście. Nie ukończyłem żadnych studiów, ale mam za sobą dwie uczelnie. Jedna nazywała się Studencki Teatr Satyryków, druga – Jerzy Dobrowolski. Fantastyczna postać. Jego kabarety Koń i Owca za każdym razem otwierały w Polsce nowe estradowe drzwi. Był precyzyjny do szaleństwa. Bardzo wiele mnie nauczył. Z kolei lata spędzone w STS to los wygrany na loterii życia. Agnieszka Osiecka, Andrzej Drawicz, Witold Dąbrowski, Alina Janowska, Wojtek Siemion, Andrzej Łapicki, Kalina Jędrusik – trudno przecenić ludzi, których tam spotkałem.

Największym przebojem STS-u była komedia "Kochany panie Ionesco".

 

Trzeba mieć w życiu szczęście
Debiutem filmowym Tyma była komedia Bronisława Broka "Cafe pod Minogą", z Adolfem Dymszą, nakręcona w 1959 roku. Chociaż trudno nazwać to debiutem pełnoprawnym, gdyż aktor pojawia się tylko na chwilę, jako powstaniec czekający w kolejce po zupę. "Rolę" dostał przez przypadek.

- W czasie kręcenia zdjęć na rynku Starego Miasta w jakiejś przerwie technicznej fotosista poprosił aktorów do zdjęcia. Na środku była barykada. Zgromadził przy niej wszystkich – a w tym filmie grała ówczesna czołówka, absolutny top. Postawił ich przy kotle z zupą, dał im menażki i kazał ustawić się w kolejce do kotła. Zorientował się jednak, że nie ma kto tej zupy nalewać. Rozejrzał się wkoło i zobaczył mnie. "Chodź tu chłopcze, stań z tą chochlą". Dymsza podstawił mi menażkę. To zdjęcie ukazało się później bodajże w "Filmie". Stoją obok siebie największe nazwiska tamtych lat, ja w samym środku, a podpis pod zdjęciem głosi: "Takiego zgromadzenia najlepszych aktorów komediowych jeszcze nie było". Trzeba mieć w życiu szczęście.

Wałęsie szczęka opadła
Z filmów, które Tym przygotował wspólnie ze Stanisławem Bareją, pamiętamy chyba każdą scenę, zarówno mówioną, jak i czasem śpiewaną. Choćby przez Wacława Jarząbka (Jerzy Turek), który nagrywa się na magnetofon w gabinecie prezesa Ochódzkiego.

"To jeszcze ja – Jarząbek Wacław, bo w zeszłym tygodniu nie mówiłem, bo byłem chory. Mam zwolnienie. Łubu dubu, łubu dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu. Niech żyje nam! To śpiewałem ja – Jarząbek".

- Uważałem, że trzeba dać piosenkę, bo widz w akcji może się pogubić, ale piosenkę zapamięta: "Hej, młody junaku", "Łubudubu, łubudu bu" albo "Jestem wesoły Romek". – tłumaczył po latach "Wysokim Obcasom". - Miałem honor na Woodstocku Owsiaka wyjść na scenę razem z prezydentem Wałęsą. Przywitano go entuzjastycznie, a wtedy powiedziałem: "Na cześć pana prezydenta", i zaintonowałem "Łubudubu". 300 tys. gardeł zaśpiewało chórem, a Wałęsie szczęka opadła.

Słaba głowa i kryteria
Jak już dekadę temu Tym diagnozował w rozmowie z "Przeglądem", że wielkim problemem naszego społeczeństwa jest brak autorytetów, wynikający przede wszystkim z naszej trudnej, wyniszczającej historii, w tym 123 lat zaborów, wojen i PRL-u.

- To wszystko nie mogło nie zostawić śladu. Brak wzorców, autorytetów, kryzys wartości - to wszystko będzie się za nami ciągnęło. Władza w PRL-u była narzucona, teraz jest wprawdzie wybierana, ale wszyscy wiemy, jak bardzo bywa marna. Jak człowiek, który dostanie władzę, się zmienia. I to przeważnie na gorsze. Gdy władza trafi na słabą głowę i cieniutkie kryteria moralne, to wtedy ratuj się kto może, bo nie bardzo jest co zbierać. Przykłady mamy liczne, nie muszę ich wymieniać.

Zapytany o polityków, którzy są dla niego największymi autorytetami, wymienił Tadeusza Mazowieckiego i Władysława Bartoszewskiego.

Saper komediowy
Tym zawsze podkreśla, że jest zdecydowanym pesymistą, ale bardzo dobrze sobie daje z tym radę. - Całe życie jakoś żyję. Wydaje mi się, że gdybym nie był pesymistą, nie mógłbym pisać komedii. Pesymizm bardzo mi się przydaje zawodowo.

Przekonuje przy tym, że fakt, iż komicy są pesymistami, wcale nie oznacza, że należą do smutnych ponuraków. - A podkreślam – komediowy opis świata jest mi najbliższy, więcej – wydaje mi się najwłaściwszy i najpełniejszy.

- Śmiech niesie coś ogromnie ważnego: pozwala zapomnieć o przykrościach, o biedzie, o złym losie. Śmiech daje wolność. Choćby na chwilę - dodaje.

Jak podkreśla, w komedii nie ma tematów tabu, musi być tylko ważny powód, by z kogoś lub z czegoś śmiać się i żartować. Innymi słowy, można się śmiać ze wszystkiego, ale... - Tylko subtelny dodatek polega na tym, że trzeba to umieć zrobić – przypomniał w "Cineramie". - Trzeba wiedzieć do kogo jest to adresowane i czy adresat będzie wiedział, że to jest powiedziane żartem i się nie obrazi, ani nie poczuje dotknięty. To są bardzo trudne sprawy i powiedziałbym nawet podstawowe. Pisanie i robienie komedii jest troszeczkę saperską robotą.

Wysłannik Pana Boga
- Wyraźnie jest wysłannikiem Pana Boga, choć na próżno szukalibyśmy logiki u Pana Boga w nominowaniu swoich wybrańców – tak mówił o Stanisławie Tymie Gustaw Holoubek w rozmowie z "Rzeczpospolitą". - Czasem zdarza się satyryk, co nie wyklucza faktu, że Stanisław Tym bardzo dobrze spełnia swoje obowiązki z polecenia Pana Boga.

 

- Widząc go wtedy po raz pierwszy, byłem pewny, że wyrośnie na wspaniałego znawcę ludzkiej duszy – dodawał w tym samym dzienniku Andrzej Wajda. - Bo trudno sobie wyobrazić równie zdumiewającą demonstrację czegoś tak absurdalnego i niezwykłego. Tuż przed wyjazdem po odbiór Oscara natknąłem się na niego w Teatrze Powszechnym. Powiedział mi, że ma dla mnie przemówienie, ale z braku czasu mi go nie przedstawi. Poprosiłem, żeby zdradził mi choć pierwsze zdanie. Niech pan zacznie: "Będę mówił po polsku, ponieważ myślę po polsku". Podziękowałem mu. I właśnie to zdanie spodobało się najbardziej uczestnikom ceremonii w Los Angeles.

Co za dużo, to sztuka
Stanisław Tym rzadko w ostatnich latach staje przed kamerą - ostatni raz widzieliśmy go w jednym z odcinków serialu "Lekarze". Cały czas pisze, głównie dla teatru – krytycy ciepło przyjęli jego sztuki "Dżdżownice wychodzą na asfalt" dla Teatru Polonia w Warszawie i "Gazeta spada zawsze papierem do góry" dla Teatru Polskiego w Szczecinie. W obu także wystąpił.

- Sztuka to za dużo powiedziane – tłumaczył w "Trendach", zapytany o "Dżdżownice". - To satyryczny program złożony z tekstów i piosenek, który powstał z sentymentu do dawnych czasów, Studenckiego Teatru Satyrycznego i warszawskiej "Stodoły", tej pierwszej, z Emilii Plater. "Dżdżownice..." to taki komentarz do codzienności. Chciałem, żeby ludzie się śmiali, ale nie jest to ostra satyra, która szydzi ze wszystkiego, nikogo nie oszczędza i nie zważa na żadne świętości.

Regularnie, od 2006 roku, pisze felietony dla "Polityki", skupiając się głównie na obecnej sytuacji społecznej i politycznej w Polsce (wcześniej pisał felietony do "Wprost" i "Rzeczpospolitej"). Nie ukrywa, że nie jest mu po drodze z obecną władza. "Aż strach pisać, co możemy. My, to znaczy oni – rządzący Polską fałszerze słów" – rozpoczynał jeden z tekstów.

Marzenie do spełnienia
Stanisław Tym mieszka w jednej z suwalskich wsi nad jeziorem Wigry, w otoczeniu ukochanych psów. - Zawsze marzyłem o tym, żeby wyjechać na wieś.

Od ponad 30 lat jest wegetarianinem, chociaż nie nazywa siebie w tym względzie ortodoksem. - Nie manifestuję tego publicznie i nie robię z tego problemu – przypomniał w magazynie "Trendy". - Sam sobie gotuję, np. duszone warzywa. Dodaję usmażone pieczarki, śmietanę albo topiony serek i ostrą paprykę. Wychodzi z tego pyszny warzywny gulasz. I zawsze gotuję ziemniaki w mundurkach, bo są smaczniejsze niż te obrane.

Filmy nadal ogląda, ale głównie w domu, gdyż irytują go tak zwane gastroseanse. – W kinie nie jestem w stanie znieść zapachu prażonej kukurydzy. Wszędzie się je, pije, siorbie, gada, rozmawia przez telefony komórkowe.

Kiedy odwiedza Warszawę, najbardziej lubi znaleźć się na Powiślu oraz Placu Zamkowym. - Przypominam sobie o moim praprapra... dziadku, Danielu Tymie, ludwisarzu królewskim, który na zamówienie Władysława IV wykonał odlew posągu Zygmunta.

Paweł Piotrowicz
Onet.Kultura
20 lipca 2020
Portrety
Stanisław Tym

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia