Dowód na moc spektaklu

Rozmowa z Marią Sartovą

Pewnej nocy słyszę nad sobą: ktoś prześpiewuje wszystkie kawałki z "Dźwięków muzyki" i to chyba do pierwszej nad ranem. Miałam ochotę zobaczyć, kto jest taki pilny, kto tak śpiewa - wszystkie role, a nie tylko jedną! Nie miałam pomysłu, kto to może być. Następnego dnia, o siódmej rano - znowu ktoś zaczyna od samego początku! Zaintrygowana zapytałam, kto mieszkał nade mną tej nocy. Okazało się, że to dwie małe dziewczynki, które w spektaklu grają Gretel i Bridgitte - to one prześpiewywały wszystkie te piosenki.

Z Marią Sartovą, reżyserką spektaklu "Dźwięki muzyki" rozmawia Paulina Brodzińska.

Paulina Brodzińska: Już wkrótce premiera wyreżyserowanych przez panią "Dźwięków muzyki". Zanim jednak porozmawiamy o spektaklu, chciałabym spytać o pani początki na deskach scenicznych - reżyseria jest bowiem kolejnym etapem z pani teatralnego życiorysu. W dostępnych nam materiałach, pani nazwisko pojawia się przy roli Donny Elwiry w spektaklu "Don Giovanni" Mozarta, w reżyserii Marka Weiss-Grzesińskiego. Premiera tego spektaklu miała miejsce w łódzkim Teatrze Wielkim w marcu 1991 roku.


Maria Sartova: Nie, nie, nie. To nie był debiut. Śpiewałam wiele ról, w wielu teatrach, akurat w Łodzi śpiewałam Tatianę w "Eugeniuszu Onieginie"  w reżyserii Macieja Prusa. Jako śpiewaczka zadebiutowałam w Operze Wrocławskiej - to była rola Paminy w spektaklu "Czarodziejski flet" , dawno temu w roku 1973 lub 1974.

Jak to się stało, że zajęła się pani w pewnym momencie reżyserią?

O ile dobrze pamiętam, najpierw zadebiutowałam w ogóle jako asystent - współpracowałam z panem Bronisławem Horowiczem, wielkim reżyserem, który pracował w operach we Francji, we Włoszech, w Argentynie. Najpierw pracowałam z nim właśnie jako  asystent. Zajęłam się reżyserią radiową, później zaczęłam robić filmy dokumentalne. Reżyserowanie spektakli w teatrze i operze to kolejny etap. Zadebiutowałam jako reżyser operowy w Poznaniu tytułem "Poławiacze pereł". Kolejne utwory to "Norma", "Wolny strzelec"..

Można powiedzieć, że całkowicie oddała się pani reżyserii.

Tak, bardzo mnie to pociągnęło. Muszę powiedzieć, że to coś więcej niż przejście na „drugą stronę". Bo to jest tak jakbym w ciałach aktorów grała tyle ról. To niewiarygodna możliwość, w której spektakl ma się w swojej wyobraźni i można  go wyczarować, wymyślić.. Wymyślić każdą postać, każdy sens, a potem przenieść to na scenę. To jest bardzo rozwijające i bardzo mnie to rozpasjonowało. I muszę powiedzieć, że zaprzestałam śpiewać z własnej nieprzymuszonej woli, ale dzięki reżyserii  z najmniejszym żalem odsunęłam się od tego zawodu.

W ostatnim czasie realizowała pani większość spektakli muzycznych tutaj, w Gliwickim Teatrze Muzycznym. To między innymi "Hello Dolly", "42 ulica", czy "Wesoła wdówka". Skąd się wzięła taka "miłość" do Gliwic i gliwickiego teatru?

Mnie się wydaje, że taka miłość musi być z wzajemnością. Współpraca z gliwickim teatrem to wielka przyjemność, w której mogłam przejść do troszeczkę innego stylu, bo to zawsze opera, opera, opera.. Tutaj nagle jest musical. Musical to jest teatr, to jest bardzo dużo dialogów, to jest bardzo dużo treści i  muzyka. I muszę powiedzieć szczerze, że całość jaką te elementy tworzą jest fascynująca. Utwory musicalowe są bardzo ciekawe. Bardzo dobrze wspominam współpracę przy pierwszym - "Hello Dolly" - i wydaje mi się, że nasz wspólny sukces z teatrem pociągnął za sobą następne propozycje. Pojawiła się "42 ulica" , która nam przyniosła Złotą Maskę, no i później "Ragtime", który przyniósł nagrodę zarówno całemu zespołowi aktorskiemu, jak i Michałowi Musiołowi za kreację Tateh w spektaklu.

A czy do któregoś z tytułów realizowanych w Gliwicach ma pani jakiś szczególny sentyment?

Chyba największy do "Ragtime".  To bardzo ciekawy spektakl, nadzwyczajnie ciekawy, który miał zresztą wielkie powodzenie w Gdyni na pokazie festiwalowym. Każdy z tych spektakli był na swój sposób interesujący, nawet "Wesoła wdówka" - której się bałam, bo nigdy nie robiłam operetek. Ona też okazała bardzo przyjemnym i uroczym spektaklem.

I nadal się cieszy popularnością! Teraz porozmawiajmy o  "Dźwiękach muzyki", których premiera odbędzie się już wkrótce. Na konferencji prasowej mówiła pani o obawach co do  "cukierkowości" tego spektaklu. Czy przedstawienie będzie rzeczywiście charakteryzowało się rodzajem "słodkości" libretta, czy też zmieniła je pani na tyle, żeby widz nie odniósł takiego wrażenia?

Powiedziałam o tej cukierkowości, ponieważ któryś z dziennikarzy przed konferencją prasową użył takiego słowa. Skoro taka obawa istniała wśród dziennikarzy, ja ją właściwie zacytowałam. Ale tak naprawdę nie uważam, że to jest cukierkowy spektakl. To jest spektakl o życiu. O wyborach, których musimy dokonywać, o postaciach, które są bardzo realnymi i bardzo prawdziwymi postaciami, ujętymi oczywiście - jak w każdym innym musicalu w sposób bardzo szybki, to znaczy nie mamy czasu zgłębić się w psychologię postaci, ale przy tym jest to wszystko zbudowane tak, że od razu wiemy kto jest kto, i dlaczego tak postępuje. Ale to jest bardzo życiowe, bardzo żywe w sensie naturalności postaci. W "Dźwiękach muzyki" pojawiają się postaci, które nie są wyimaginowane. Podobne możemy spotkać na ulicy! Nie można się nie odnaleźć w tych osobach, łączą nas z nimi chociażby takie same problemy, które pojawiają się codziennie - miłość, wybory, rodzina, śmierć, radość.

Również tło historyczne, które jest nie tylko pewnym elementem odniesienia do czasu rzeczywistego.

Tak, bliska jest obecność spraw politycznych, które mieszają i komplikują nam życie osobiste. Jest jeszcze tło religijne - też bardzo prawdziwe, bo cóż - są osoby, które będąc w zakonie stwierdzają, że znaleźli właściwą drogę, ale to nie jest to powołanie. Są też inne powołania, stworzone do czegoś innego. To musical bardzo życiowy w swej treści, zresztą oparty jest na prawdziwej historii - ta historia się zdarzyła, tą historię przeżyli prawdziwi ludzie.

"Dźwięki muzyki" znane są zapewne części widzów z filmowej ekranizacji. Czy w pani realizacji pojawiają się sceny inspirowane wersją kinową, których - być może - widzowie oglądający film będą oczekiwać?

Mam nadzieję, ale zupełnie nie opierałam się na filmie. Może nie powinnam tego mówić, ale nie była zachwycona tym filmem. To jest naprawdę film bardzo interesujący, uwielbiam Julie Andrews, która wystąpiła w roli Marii, ale wolałam ją na przykład jako Mary Poppins. Starałam się absolutnie oddalić się i nie sugerować się koncepcją filmową, bo też jej zrealizowanie byłoby niemożliwe. To są jednak dwa różne media.

Zaczęłyśmy poniekąd rozmawiać o poszczególnych elementach inscenizacji. Każdemu z nich chciała więc pani nadać jakieś cechy indywidualne, odpowiadające pani myśleniu o spektaklu. Które z nich postanowiła więc pani najbardziej wyeksponować tak, aby wypracować wyróżniającą wizję wydarzeń na scenie?

Najważniejszym elementem w tym spektaklu była dla mnie scenografia. Ten spektakl jest wyjątkowo niewygodny dla małych teatrów, które nie posiadają olbrzymiej machiny technicznej. Razem z dyrekcją teatru zaprosiliśmy do współpracy francuskiego scenografa - Yvess Collet. To bardzo znany, jeden z najlepszych scenografów, który ma myślenie z jednej strony bardzo poetyckie, z drugiej strony -  bardzo konceptualne. Jego scenografie pozwalają  absolutnie być w tych konkretnych przestrzeniach, ale w sposób bardzo umowny i liryczny. Muszę również powiedzieć o choreografie - zaprosiliśmy do współpracy Jacka Badurka, z którym już odnieśliśmy sukces przy "42 ulicy". Dla "Dźwięków muzyki" stworzył koncepcję troszkę o charakterze baletowym, odmienną od tych, do których przyzwyczajeni jesteśmy w musicalach.

Czy możemy więc mówić o "Dźwiękach muzyki" jako o musicalu?

Ten spektakl nie jest prawdziwą komedią muzyczną, nie jest prawdziwym musicalem. Jest troszeczkę inny. To swego rodzaju dramat muzyczny. Równocześnie jednak posiada elementy charakterystyczne, może nie dla opery, ale dla operetki - piękna muzyką, która jest jak gdyby też wiodącą formą. I właśnie tutaj Wojciech Rodek i Jacek Badurek pomagają mi tworzyć inność tego musicalu.

A jak układała się współpraca z trzema aktorkami, które obsadzone są w roli Marii? Każda z nich ma zapewne inny warsztat, inne doświadczenia, temperament.

Tak, są 3 Marie. Chciałam, żeby to były dziewczyny, które odbiegają wiekiem od kapitana - bo tak było w prawdziwej historii. Chciałam, żeby były takie... niewinne. To w jakiś sposób nada naturalności postaci, która najpierw jest nowicjuszką w zakonie, a raptem dostaje się do rodziny. Wybucha miłość między ojcem rodziny - wdowcem i Marią. Zależało mi właśnie na tej prawdziwej młodości, świeżości tych trzech dziewczyn i dlatego zostały one wybrane z castingu. Są naprawdę różne. Każda jest inna, ale która najbardziej się spodoba - pozostaje w ocenie widza. Dziewczyny absolutnie różnią się pod względem osobowości, temperamentu, więc każdy spektakl może być inny.

Przy spektaklu współpracowała pani też z dużą gromadką dzieci - jak wygląda taka praca? Czy trudno wydobyć z dzieci właściwą energię? A może raczej w drugą stronę - trzeba umiejętnie okiełznać jej nadmiar?

Tak, raczej to drugie. Energię to one mają olbrzymią. Dzieci wybrane po castingu są urocze, słodkie, ale też grzeczne, zdyscyplinowane wtedy kiedy są na scenie. Pamiętają czasami za starszych kolegów - aktorów, że tu się ktoś pomylił i one mówią na próbach "A to powinno być tak a nie tak". Wydawać by się mogło, że to trudna współpraca, ale wcale tak nie jest.

Mówiła już pani o współpracy ze scenografem, z choreografem, po raz kolejny współpracuje też pani z kierownikiem muzycznym Wojciechem Rodkiem. Czy te wizje, które pani razem ze swoimi współpracownikami tworzy, to są wizje jednolite, czy to, co będziemy mogli oglądać na scenie jest raczej efektem wzajemnych inspiracji?

Wydaje mi się, że pojawiło się  bardzo wiele wzajemnych inspiracji,  ale też  wiele wizji jednolitych, które sobie  wymyśliłam i poprosiłam, żeby tak było. Tak jak każdy spektakl - są rzeczy wymienne, są rzeczy, które się tworzy. Ze scenografem - tak się złożyło, że w mojej głowie miałam dokładnie tą wizję, którą on mi przedstawił na papierze, co mnie po prostu zaskoczyło. Od tego się zaczęło w ogóle! To z jednej strony śmieszne, ale też bardzo motywujące, gdy widzi się coś  w swojej głowie i ktoś przychodzi z rysunkiem, i ten rysunek jest dokładnie tym, co się widziało w swojej wyobraźni.  Ale później oczywiście była inspiracja wzajemna. Jeśli o choreografię - tutaj też należy pamiętać, że nie jest ona tak strasznie bogata, jak była w "42" czy "Ragtime".  To jest musical, który ma mniej choreografii. Wydaje mi się, że zdecydowanie wiedziałam co chcę widzieć w tych układach choreograficznych. Każdy z tych układów, z tych tercetów czy sekstetów, które pojawiają się w partyturze -  mają jakiś sens. Jednak to ten sens aktorski musi być pierwszorzędny, a dopiero potem dołączają ruchy czy kroczki.

Muszę przyznać, że wizja, którą przedstawiła pani w tej rozmowie sprawia, że "Dźwięki muzyki" wydają się bardzo intrygującym, kolejnym tytułem w pani pokaźnym dorobku reżyserskim. W związku z tym wypracowała sobie pani określony gust artystyczny. Czy w "Dźwiękach muzyki" , który będziemy mogli oglądać na scenie Gliwickiego Teatru Muzycznego od 27 marca, ma pani takie swoje ulubione momenty, z których jest pani najbardziej dumna?

Bardzo trudne pytanie. Każda scena musicalu przynosi coś innego. Trudno mi powiedzieć, którą scenę lubię najbardziej. Te, które są najpiękniejsze są równocześnie najtrudniejsze, a najtrudniejsze są zawsze sceny miłosne. One wymagają od aktora takich emocji, takich intencji, które powinny przejść na widza, które pozwalają nam mieć ciarki. Zdarzyło mi się to kilkukrotnie na próbie i mam nadzieję, że to się utrzyma i na spektaklu. Jest wiele scen, które są bardzo piękne,  ale nie mogę powiedzieć czemu akurat je lubię. Są też momenty muzyczne, które nas nie opuszczają - to jest bardzo charakterystyczne dla tego musicalu, te melodie po prostu prześladują i mam nawet na to dowód: mieszkam podczas prób w teatrze.  Pewnej nocy słyszę nad sobą: ktoś prześpiewuje wszystkie kawałki z "Dźwięków muzyki" i to chyba do pierwszej nad ranem. Miałam ochotę zobaczyć, kto jest taki pilny, kto tak śpiewa - wszystkie role, a nie tylko jedną! Nie miałam pomysłu, kto to może być. Następnego dnia, o siódmej rano - znowu ktoś zaczyna od samego początku! Zaintrygowana zapytałam, kto mieszkał nade mną tej nocy. Okazało się, że to dwie małe dziewczynki, które w spektaklu grają Gretel i Bridgitte - to one prześpiewywały wszystkie te piosenki. Wierzę, że to dowód na moc tego spektaklu.

Paulina Brodzińska
Dziennik Teatralny Katowice
28 marca 2014
Portrety
Maria Sartova

Książka tygodnia

ADAPTACJA. Skrzynka z narzędziami
Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie
Marta Miłoszewska

Trailer tygodnia