Duch narodu - lawa czy już tylko gruz...

"Wesele" - aut. Stanisław Wyspiański - reż. Krzysztof Jasiński - Krakowski Teatr Scena STU - 30.10.22

Nieomal w przededniu Uroczystość Wszystkich Świętych w krakowskim Teatrze Scena STU odbyła się premiera wyczekiwanego przez widzów powrotu „Wesela" w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego- założyciela STU. Jest to jedna z pierwszych premier „Wesela" w obliczu wojny na Ukrainie. W reżyserii Krzysztofa Jasińskiego, który od lat pracuje nad Wyspiańskim, oglądając go z wielu stron i siłując się z jego tekstami. W 2013 roku na Scenie STU miała miejsce premiera pierwszej wersji „Wesela", a w 2016 z okazji 50-lecia STU Jasieński w pionierskim akcie opracował tryptyk: „Wesela", „Wyzwolenia" i „Akropolis" tworząc „Wędrowanie".

„A którzy przekroczyli tamten próg/ I oczy mając weszli w drugie królestwo śmierci/ Nie wspomną naszych biednych i gwałtownych dusz/ Wspomną, jeżeli wspomną, Wydrążonych ludzi/ Chochołowych ludzi."

Spektakl kieruje Jasiński do uczniów szkół, do publiczności mieszczańskiej o proweniencji chłopskiej, do widzów „Rodziny STU". Spektakl wpisuje się idealnie do kanonu Teatru Narodowego, który nie istnieje.

„Wesele" gra się od stu dwudziestu lat. W Krakowie „Wesele" gra się symultanicznie, na wielu scenach, bo nie może być w Krakowie sezonu bez „Wesela". Historia jest bogata, a scena szeroka.

Jasiński czyta „Wesele" jako misterium narodowe. Jest to „nowe misterium" wedle życiowego projektu Stanisława Wyspiańskiego (jak tłumaczy Michał Mizera w programie), gdyż daleko mu do średniowiecznych korzeni katolickiego teatru misteryjnego czy moralitetowego, będących jednak punktem wyjścia dla teatru europejskiego. Co z tego dziedzictwa miałoby zawierać się w dramacie Wyspiańskiego? Figura człowieka (w tym wypadku zdecydowanie Polaka, niezależnie od stanu czy pochodzenia etnicznego, ewentualnie Polki) stojącego między walczącymi o jego duszę siłami dobra i zła. Te siły zła w „Weselu" to klasyczne biesy i potępione dusze. Uosobieniem dobra i odnowy narodowej jest Wernyhora nawołujący do przymierza. Dzisiaj jego słowa wybrzmiewają głośno i wyraźnie, a uczestnicy misterium zostają wpisani w historiozofię Polski.

Część pierwsza spektaklu, wedle Jasińskiego mniej ważna, i nakreślony w niej przez Wyspiańskiego przekrój społeczeństwa, trącą myszką, a u młodej osoby mogą wywołać afektywny niesmak „cringe'u". Weselni goście to nawet nie postaci, a jaskrawe „charaktery" obrazujące całe społeczne grupy.Stają się podłożem dla rozgrywającego się w części drugiej dramatu dziejowego, którego bierną, można by rzec chocholą, materią staje się osoba widza-uczestnika. Choć trzeba przyznać, że interaktywny gest w stronę publiczności Gospodarz (Robert Koszucki) wykonuje już w pierwszej scenie. Gest wskazania na Polskę, który powtórzy Panna Młoda.

Mimo natłoku zewsząd otaczających widownię patriotycznych obrazów spod znaku Matejki, Jasińskiemu udaje się w tej drugiej misteryjno-metafizycznej części (mimowolnie przywołującej na myśl „Dziady") wykreować doświadczenie uczestnictwa w czymś z gruntu polskim. Naznaczonym polskością wyuczoną w szkole, karmioną tradycjami, wieszczami i patriotycznymi tekstami kultury, tą z gruntu romantyczną i podprogową, zakorzenioną w zbiorowej nieświadomości. Najwyraźniej wciąż jednak tli się ona mimo tak wielu kulturowych przemian XX i XXI wieku. A to wyczyn, sięgnąć tak głęboko do narodowej tożsamości jednostki. Choć może i moment dziejowy 2022 roku i związane z nim pospolite ruszenie oddolnej inicjatywy narodu to czas podatny na wiwisekcję polskości iempatycznego aktywizmu, który jednak już przygasa. Wszak techno i starania o stabilną, dobrze płatną pracę zagłuszają strzały i burczenie brzuchów innych, obcych, uchodźców.

Trudno nie zwrócić uwagi na plakat promujący spektakl. Przedstawia twarz samego reżysera, kreśloną symbolicznym złotym rogiem noszącym barwy ukraińskiej flagi narodowej. Kontekst społeczno-polityczny jest tu chyba jasny i w trakcie samego przedstawienia wybrzmiewa dobitnie, moralizatorsko. Natomiast nakreślenie rysów twarzy poprzez [spoiler alert] zgubiony dar z niebios- róg rewolucji i jedności nadaje całości wymiar autobiograficzny. Oto legenda krakowskiego teatru, dyrektor Teatru Stu, wiekowy i uznany artysta wyznaje swoją prawdę o stracie i akcie odzyskiwania symbolicznego „złotego rogu". Czy akt ten może być marzeniem o teatrze wpływającym na los człowieka i narodu? A może jest to ślad, przesłanie, podjęta misja, odpowiedź na artystyczne i dziejowe powołanie...?

Poczucie udziału w narodowym misterium potęguje scena w STU, mająca tylko jedną ścianę będącą często tłem, natomiast w „Weselu" staje się ona przeszklonymi drzwiami na pole. W takim układzie wraz z weselnikami jesteśmy wewnątrz chaty. Sala weselna stanowi jedynie pewną aranżację przestrzenną dramatu, gdyż wydarzenia na scenie korespondują z obrazami wyświetlonymi za publicznością. To publiczność stanowi faktyczne tło spektaklu, jednocześnie w nim uczestnicząc Tłoło materialne to same przystrojone Matejkami ściany teatralnej sali. Kolejny raz scena STU „gra", a jej gospodarz doskonale wie jak wykorzystać ją najlepiej. Na scenografię, a właściwie wizualną nie-aktorską stronę spektaklu składa się wiele. Sama scena jest zaaranżowana minimalistycznie- stół pod wódkę lub podest wykorzystywany jest przez kolejne postaci. Dużo dzieje się w przestrzeni- projekcje na ścianach, pioruny za „oknami" i deszcz po nich ściekający, światła i lasery. Te efekty dobrze ze sobą współgrają, budują nie tylko nastrój, ale stają się częścią zjawisk niesamowitych. Dekoracjami zajął się Maciej Rybicki wraz ze sztabem osób odpowiedzialnych za światło, projekcje i tzw. realizację techniczną.

Również warstwa audialna odgrywała ogromną rolę. Pojawiały się taneczne kawałki disco-polowe (jako muzyka nie tyle „wiejska", ale rozumiana przez reżysera jako weselna sensu stricto), przypominające o przyczynie zebrania się tak różnorodnego towarzystwa. Podobną funkcję pełniły również kobiece ludowe przyśpiewki rozbrzmiewające z ust Gospodyni (w tej roli genialna Beata Rybotycka) właściwie przy każdym jej wejściu i wyjściu. To w sferze dźwiękowej objawiają się postaci nadprzyrodzone: Szela (Piotr Cyrwus), Wernyhora (Radosław Krzyżanowski), Chochoł (niezapomniany Jerzy Trela) i duch kochanka Panny Młodej. To, czego nie można zobaczyć i dotknąć, coś ulotnego, co nie pozostawia widzialnego śladu, łatwo przypisać alkoholowemu upojeniu. Sfera dźwiękowa jest wykreowana na nadprzyrodzoną warstwą rzeczywistości powiązaną z ludzką podświadomością. W „Romantyczności" Mickiewicza czucie i wiarę odzwierciedla wzrok kochanki sięgający poza granicę śmierci. W „Weselu" pary Wsypiański Jasiński, uprzywilejowanym sposobem doświadczania jest słuch. Za dźwięk odpowiadali Jakub Ziółkowski i Piotr Roszczyk.

Dwie osoby aktorskie wybijały się ponad konwencję, bez reszty wchodząc w postaci, stając się nimi. Jednakże każda z nich uczyniła to na sposób swoisty - wynikający z własnej jednostkowości i specyfiki postaci. Dominik Mironiuk jako Poeta i Beata Rybotycka jako Gospodyni, zostali żywcem wyjęci z wesela Rydla, płynnie kreując rzeczywistość sztuki Wyspiańskiego. Mironiuk występował w wielu scenach, kreując postać nonszalancko dystyngowanego Przerwy Tetmajera i nacechowując ją rysem młodzieńczej niewinności. Poeta to człowiek sukcesu, który nie musi niczego udowadniać, również swojej inteligencji czy obycia. Jest i bryluje, choć w sposób niewymuszony, pełen gracji, a nawet młodzieńczej męskiej naiwności, szczególnie w scenach z Rachelą Kamili Bestry wykreowanej na żydowsko-artystowską femme fatale, która owija go sobie wokół palca. Kupuję takiego Tetmajera: w ustach Mironiuka, te dialogi brzmią naturalnie, a to nie lada osiągnięcie. Śmiem twierdzić, że najlepsza kreacja tego wieczora. Beata Rybotycka jako Gospodyni również dodaje spektaklowi autentyzmu, jednak w szerszym ujęciu. Gospodyni nie jest postacią o pogłębionym rysie psychologicznym, natomiast uosabia ludową kulturę wsi. Jak większość postaci to typ, jednakże w wykonaniu Rybotyckiej przekształca się on w żywą jednostką. Tak mogłaby zachowywać się wiejska gospodyni na weselu. Siłą rzucającego się w oczy Poety i tworzącej bronowicki koloryt Gospodyni jest wejście aktorów w misteryjny dramat jakby była to konwencja realistyczna. Dzięki ich grze sztuka staje się odbiciem rzeczywistości, dlatego sam spektakl jako całość może z tą pozateatralną rzeczywistością dialogować.

Uwagę zwraca również barwna postać Panny Młodej (Sylwia Zelek-Golonka), która da się lubić. W tekście Wyspiańskiego zostaje sportretowana jako prosta, miejscami ordynarna dziewczyna. Zelek-Golonka pokazuje młodą, pełną życia i sprytną kobietę. W scenie nawiedzenia wyśpiewuje przejmujący duet ze zmarłym kochankiem, jednak zdecydowanie to ona dominuje Dobrze się ją ogląda i słucha, na scenie zdaje się być barwną iskrą i znakiem młodego pokolenia, które patrzy w przyszłość.

Fenomenalny jest Marcin Zacharzewski jako Czepiec w scenie opętania. W spektaklu obrazuje prosperującego, porywczego i doświadczonego już chłopa. W części drugiej zostaje obnażona mroczna strona jego stanu, która nigdy nie została porzucona. Wspomnienia Rabacji Galicyjskiej pozostają żywe.

Całość jako narodowe misterium wypada bardzo dobrze i spełnia swoją rolę. Sięga do polskiej tożsamości i zadaje trudne pytania, chociażby o odpowiedzialność i ludzką solidarność. Jak „wieś spokojna" odnosi się do wojny za wschodnią granicą? I zdaje się powtarzać odpowiedź za Horacym „o ciebie chodzi, gdy płonie dom sąsiada". Wybrzmiewają również pytania o rasę i klasę, pozostawiając widownię zadumaną nad polskością i obcością.

Młode kobiety są niestety przedstawione jako obiekty pożądania na które „polują" mężczyźni. Natomiast dojrzała Gospodyni zostaje, dla odmiany, zdeseksualizowana. Przedstawione flirty i zaloty są przejaskrawione i wypadają komediowo. Może jest to cecha „wiejskiego wesela"... Jednak od dzisiejszego teatru oczekiwałabym niepowielania szkodliwych schematów. Może to krytyka niedocenianego i zmarnowanego potencjału kobiet sprowadzonych do roli kochanki lub pani domu... Niezależnie od interpretacji te obrazki pozostają smutną refleksją nad Polską, również XXI wieku.

Warto pójść na te narodowe "Dziady", a nuż obudzą jakieś polskie duchy. Dzieło Krzysztofa Jasińskiego to narodowy teatr totalny. Spektakl stawia pytania o polskość kiedyś i dziś. O moją własną tożsamość, jako Polki tu i teraz. I chyba to jest jego największa siła i wygrana. Dyrektorze Jasiński, za to wypijmy!

Krystyna Wiktoria Szkaradek
Dziennik Teatralny Kraków
10 listopada 2022

Książka tygodnia

Utalentowani jak Nardelli
Sekcja Krytyków Teatralnych ZASP
red.: Anita Nowak, Krystyna Piaseczna, Piotr Rudzki

Trailer tygodnia