Duma naszym bogiem. Cichego rozważania o kryzysie sztuki i człowieka

"Stand_up Witkacy" - reż. Wiesław Cichy - Teatr Polski we Wrocławiu

"Duma naszym bogiem". Cichego rozważania o kryzysie sztuki i człowieka Wiesław Cichy utrzymał przekonanie Witkacego, że kryzysu kultury, niszczącego uczucia metafizyczne, nie da się powstrzymać. Pokazał, że i w XXI wieku może dojść do katastrofy, która zniszczy artystę i doprowadzi do unicestwienia kultury, ale dopóki trwa, powinna oddziaływać na stan emocjonalny. Winą za ten upadek obarczył wszystkożerną masę, masę szukającą sensu życia w kuflu z piwem. Artyści powinni bronić idei sztuki przed prymitywnymi oczekiwaniami pospólstwa.

Widzowie Teatru Polskiego we Wrocławiu, bacznie obserwujący poczynania reżyserów, oswoili się z myślą, że zmaga się on z nieuleczalną chorobą, z przerostem formy nad treścią. Ów przerost, tak bardzo widoczny w wielu spektaklach, dotyka nie tylko sfery języka, nazbyt wybujałego, nielogicznego, zakłócającego komunikację, chaotycznej scenografii, ale również filozofii, a raczej jej braku. Niewykluczone, że rezygnacja z eksponowania myśli przewodniej, a także nielogiczność, mają prowadzić do zadziwienia odbiorcy, skłonienia go do refleksji. Nawet jeśli taki cel przyświeca twórcom, osiągają go rzadko. Częściej wywołują znużenie i zniechęcają, bo publiczność pogrążona w nieładzie nie znajduje w sobie tyle siły, by interpretować zaprezentowane obrazy czy roztoczone przed nią rwane wizje.

Nic nie zapowiadało, że kolejny spektakl wystawiany na deskach Teatru Polskiego, "Stand_up Witkacy", będzie różnił się, poza formułą, od dotychczasowych przedstawień. Widzowie, którzy 27 marca 2014 r. zdecydowali się przybyć na premierę, zaraz po przekroczeniu progu Sceny Kameralnej przy ul. Świdnickiej 28, otrzymywali wizytówkę, a na niej słowa Witkacego: "Całuję was, gdzie chcecie" ("Listy do Leona i Władysławy Reynelów"). Pomysłodawcy udało się wprowadzić obecnych w odpowiedni nastrój, a także zapewnić, że podczas iście teatralnego wieczoru, komizm będzie mieszał się z głęboką zadumą.

Wiesław Cichy, autor scenariusza, reżyser przedstawienia, a także odtwórca roli, sięgnął odważnie po komediową formę artystyczną- monolog przed publicznością. Upoważniło go do tego doświadczenie aktorskie i poczucie własnego kunsztu. Nieświadomemu wykonawcy trudno byłoby spełnić wymagania gatunku. Stand_up wymaga bowiem od artysty charyzmy oraz umiejętności nawiązywania kontaktu z widownią. Mniej istotne wydaje się dopracowanie sceniczne czy wartość artystyczna. Cichy nie pominął również i tych aspektów. Dlatego poza rozbawieniem publiczności, udało mu się również pogrążyć ją w nostalgii. Rzadko zdarza się, żeby aktor reżyserujący sam siebie, sprostał scenicznemu wyzwaniu. W tym przypadku natomiast nie można mówić o niepowodzeniu. Wręcz przeciwnie, Cichy zawładnął publicznością do tego stopnia, że w pewnych momentach traciła nad sobą kontrolę. To zanosiła się od śmiechu, to za chwilę tonęła w rozmyślaniach. Aktor posiada umiejętność budowania napięcia. Dozuje je odpowiedzialnie i z premedytacją. Wchodzi z publicznością w bardzo bezpieczną, dyskretną interakcję, na którą godzą się bez wahania obie strony. Uczynił ze swego ciała elastyczne narzędzie, zarządza nim świadomie. Wzbudza zainteresowanie nie tylko tym, co mówi, ale sposobem, w jaki to czyni. A przemawia głosem, gestem, mimiką, pozą, garderobą. Szczególnego wymiaru nadała spektaklowi niezwykle dobrze zorganizowana dramaturgia Piotra Rudzkiego. Wartkość, rzeczowość, emocjonalność, przejrzystość (nie mylić z ewidentną jasnością)- te cechy dramaturgii pozwalały na bieżąco analizować prezentowane problemy, które później widz mógł swobodnie rozstrzygać już poza teatrem.

Jan Klata, który dziesięć lat temu podjął się scenicznego opracowania tekstu Witkiewicza "Janulka, córka Fizdejki", opowiadającego o Neo-Krzyżakach napadających i kolonizujących Litwę, o cywilizacyjnym rozkładzie, degeneracji, dehumanizacji, dosadniej- o bestialstwie, po zakończeniu realizacji przedsięwzięcia powiedział: "Teatr nie jest po to, żeby się ze sobą pieścić, ale żeby niejednokrotnie w sposób gwałtowny i burzliwy porozmawiać o rzeczywistości, która jest dookoła teatru i zasługuje na opis". Wiesław Cichy w swoim spektaklu cytował fragmenty przedstawienia Klaty "... córka Fizdejki", co dowodzi, że i jego celem było wyrażenie buntu przeciwko obecnej sytuacji Polski, całkowitemu upadkowi człowieka. Ze sceny wyrzucono wszystkie zbędne przedmioty. Przestrzeń sceniczną stworzyły ruchome lustra. Scenografka, Małgorzata Matera, mogła dojść do przekonania, że pomagają one w ciągłym potwierdzaniu swojej tożsamości, pomagają ustalić, kim naprawdę jest człowiek. Cichemu na pewno ułatwiły zajrzenie do wnętrza, w sferę emocji, pozwoliły wyeksponować wrażliwość, obsesję, lęk, fascynację, a nawet tragiczny los.

Wiesław Cichy utrzymał przekonanie Witkacego, że kryzysu kultury, niszczącego uczucia metafizyczne, nie da się powstrzymać. Pokazał, że i w XXI wieku może dojść do katastrofy, która zniszczy artystę i doprowadzi do unicestwienia kultury, ale dopóki trwa, powinna oddziaływać na stan emocjonalny. Winą za ten upadek obarczył wszystkożerną masę, masę szukającą sensu życia w kuflu z piwem. Artyści powinni bronić idei sztuki przed prymitywnymi oczekiwaniami pospólstwa. Mając na względzie powiązania Witkacego z tradycją młodopolską, wypadałoby zacytować Tetmajerowe: "Eviva l'arte! Niechaj pasie brzuchy/nędzny filistrów naród! My, artyści,/ my, którym często na chleb braknie suchy,/my, do jesiennych tak podobni liści,/i tak wykrzykniem; gdy wszystko nic warte, evviva l'arte!". W przeciwnym razie, koniec może być upokarzający. Artysta, jeśli naprawdę chce nim pozostać, nie może ulegać niewybrednym gustom odbiorców, którzy najchętniej widzieliby go w kiepskich komercyjnych programach, najlepiej roznegliżowanego i tańczącego na czym bądź...Bo do jakich wniosków miała doprowadzić scena, w której Cichy prężył się na wybiegu dla modeli, przyodziany w pawie pióra? Bynajmniej nie chodziło tylko o problem dumy narodowej. Ciśnie się mocna pointa, którą widz z pewnością dostrzeże. Artysta powinien uwrażliwiać na Tajemnicę Istnienia. Wcześniej jednak musi uwolnić się od wszelkich ograniczeń. Czy to możliwe? Totalna wolność, odwrócenie się od potrzeb przepełnionego konsumpcjonizmem świata, może spowodować, że "na chleb braknie suchy". Czy publiczność wyzuta z wrażliwości ma ochotę na poszukiwanie Tajemnicy Istnienia, która jest przecież przejawem uczuć metafizycznych, dzięki którym można odróżnić człowieka od zwierzęcia, jednostkę wybitną od przeciętnego człowieka? Filozofia i religia się już przeżyły.

Co więc zostało? Sztuka! Ale jaka? To tylko niektóre pytania postawione przez Cichego. Nie dało się ich nie słyszeć. Były tak samo słyszalne, jak oskarżenia Polaków o pozerstwo, zawiść, zazdrość, pogardę wobec drugiego człowieka, brak szacunku do autorytetów (przy ciągłym rozpamiętywaniu przeszłości). Trudno oprzeć się wrażeniu, że Wiesław Cichy, podążając śladem Witkacego, stworzył na scenie "nad-kabaret" (tak kiedyś Boy określił teatr Witkiewicza). Zabawił się z publicznością w teatr. Naśladował Witkacego uchylającego się przed mówieniem serio, a za pomocą groteski, parodii, dowcipu. Potrafił tym załagodzić grozę, pewnego rodzaju brutalność czy okrucieństwo, wziąć je niejako w cudzysłów. W konsekwencji dowiódł, że koniec świata, o którym mówił, wart jest obrony. Magii spektaklowi dodała na pewno muzyka Rafała Karasiewicza. Gustownie zaaranżował tematy Andrzeja Zaryckiego (Z głębiny nocy niepojętej, Potworny, samotny, zbłąkany łeb) i Tomasza Krzemińskiego (Aa, a, kotki dwa, Ostatnie chwile wielkich osobników), które tylko pozornie mogą wydawać się śmieszne. Z Wiesławem Cichym walczył o wartości naprawdę dobrze dobrany zespół. 

Grzegorz Ćwiertniewicz
Dziennik Teatralny Wrocław
7 kwietnia 2014

Książka tygodnia

Czas zdrajców
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Marek Krajewski

Trailer tygodnia