Dwie Calineczki

"Calineczka" - reż. Konrad Dworakowski - Teatr Lalki i Aktora w Wałbrzychu

Obejrzałem w Wałbrzychu przedstawienie, które mimo że piąty już sezon obecne w repertuarze, to wciąż pełne jest energii i rytmu. Reżyser nie traktuje dzieci infantylnie, zaprasza je do podróży, wraz z mierząca ledwie cal bohaterką, na spotkanie żab, chrabąszczy, myszy i kreta. Lubię wyobraźnię Dworakowskiego, świat sceniczny, który prezentuje w swoich spektaklach.

Można w „Calineczce" dostrzec zalążki pomysłów i działań, które w pełni reżyser rozwinie w późniejszej o rok „Historii występnej wyobraźni", czy niedawnych „Balladynach i romansach". Ot, choćby wędrowanie maleńkiej Calineczki przez kolejne krainy. Projekcja przemieszczającej się dziewczynki rzucana jest na ruchome plansze, trzymane przez aktorów. Podobnie, jak w „Balladynach...", część akcji animowania maleńką lalką toczy się na stole, ustawionym pośrodku sceny. Spotkania z ropuchami czy chrabąszczami dzieją się bez dialogów, animowane jedynie do dwóch motywów muzycznych, celnych zresztą. Ropuchy i chrabąszcze nie odzywają się do Calineczki, bo jak zauważył Dworakowski – zwierzęta i owady przecież nie mówią. Wykluczył tym samym pytania dzieci: dlaczego żabka mówi po polsku. Pamiętam, że sam zadawałem podobne trzydzieści lat temu. Mówi tylko mysz, kret i jaskółka, bo właśnie jest Wigilia, a jak wiadomo w wtedy to zwierzęta porozumiewają się z ludźmi.

Ten toczący się w szybkim, wartkim tempie, trwający niespełna godzinę spektakl, pełen jest pięknych pomysłów reżysera. Takie dajmy na to narodziny, podgrzewanej lampami Calineczki: śliczny kwiat wolno wzrastający z donicy ustawionej na stole. Wszyscy zgromadzili się wokół, oczekując narodzin powstającej z ziarenka niewielkiej dziewczynki.

Przeszkadza jakość, styl i wygląd lalek. Paskudne, w estetyce firmy Mattel, lalki Calineczki i Króla Elfów są małe i niewidoczna dla dzieci, siedzących w ostatnich rzędach. Tandetne i zwyczajnie brzydko wykonane są też lalki chrząszczy, kreta czy ropuch. Są zwyczajnie... pocieszne, takie lalki-przytulanki, ciężko więc zrozumieć dzieciom, dlaczego Calineczka się ich boi lub czemu wydają się jej brzydkie. W baśni Andersena mała bohaterka lęka się podziemi i korytarzy kreta. Na wałbrzyskiej scenie jest z kolei kolorowo, zabawnie i pociesznie. Warto, myślę, zwrócić uwagę i zadbać, podczas następnych premier o jakość i wykonanie lalek i rekwizytów, elementów scenografii, wykonywanych przez miejscową pracownię. Bo nietrafionym pomysłom scenografa pomogło ich infantylne wykonanie.

W Lublinie baśń Andersena wyreżyserował młody absolwent wrocławskiej reżyserii – Przemek Jaszczak. Lubelska „Calineczka" dzieje się głównie w planie aktorskim (nie rozumiem sformułowania plan żywy. Czy istnieje plan martwy?). Adaptacji dokonała Magda Żarnecka. I o adaptację miałbym najwięcej pretensji oraz o kilka reżyserskich decyzji. Ale po kolei. W roli głównej wyróżnia się Gabriela Jaskuła. W zasadzie to dla niej warto wybrać się na to przedstawienie. Oraz, by podziwiać kostiumy zaprojektowane przez Adama Królikowskiego. Zachwyca ich kolorystyka: dopasowane tonacje, nietypowe, kontrastowe łączenia materiałów. To właśnie kostiumy, ich barwa i krój, skupiają uwagę dzieci i dorosłych, widzów przedstawienia. Suknia Calineczki, z naszytymi czerwonymi wzorami, czy imitujący czarną skórę kostium kreta, z długimi pazurami, doczepionymi do rąk, czy wreszcie absolutny hit: stroje żab, ze zszytych, łączonych ze sobą rombów, kwadratów, materiałów o różnej strukturze. Zaskakuje kapelusz ropuchy, z naklejonymi wyłupiastymi oczyma. Równie doskonały jest pomysł na sztywny pancerz kostiumu chrabąszcza.

Pośród artefaktów rozczarowuje liść na kółkach doczepiony do wózka, takiego, którym ciąga się w hurtowniach pomniejsze palety. Wyjątkowo niekorzystnie wygląda na tym poruszającym się niby liściu-wózku Calineczka. Kiczowata jest też lalka jaskółki, zaprojektowana, jak czytam w programie przez Magdę Bielecką. Niepasująca tu, rodem z objazdowych teatrzyków, występujących po szkolnych świetlicach, gabarytami przypomina pingwina.

Jak wspomniałem, w przedstawieniu prym wiedzie odtwarzająca tytułową rolę Gabriela Jaskuła. To ona kreuje całą akcję, posuwa ją do przodu, dynamizuje. To z nią każda niemal postać pragnie wziąć ślub.Jest jakieś dziwne, szaleńcze opętanie w tej baśni, zupełnie niewytłumaczone przez adaptatorkę i reżysera, by brać ślub, ubezwłasnowolnić bohaterkę, nie pytając jej o zdanie. Brakuje jasnego sygnału, że ślub już przestał być głównym marzeniem młodych dziewcząt. Inaczej, niż w wałbrzyskim spektaklu, tu ratują dziewczynkę elfy – dobra wróżka (Daniel Arbaczewski) pomaga jej wydostać się z kłopotów, w które popada. Przejmująca jest pieśń Calineczki, w której żegna się z przyrodą, by zejść do jamy kreta. Niezrozumiałe z kolei i chybione są decyzje reżysera, by na przykład rozmowę myszy z Calineczką prowadzić na podwyższeniu (a przecież wszystkie dzieci wiedzą, że mysz żyje w ziemi, nie na drzewach). Dziwi też szkolny błąd, by jednym spotem oświetlać w tańcu Calineczkę i mysz, oddalone od siebie o kilka kroków na proscenium. Światło pada to na jedną, to na drugą. Po co więc ten spot? Mógłbym jeszcze wymieniać inne niedbałości Jaszczaka. Sumując – to dobre przedstawienie, warte wybrania się do teatru, nie pozbawione jednak usterek.

Bartłomiej Miernik
miernik Teatru
25 lutego 2014

Książka tygodnia

Trening fizyczny aktora. Od działań indywidualnych do zespołu
Wydawnictwo Biblioteki PWSFTviT
Rodowicz Tomasz, Jabłońska Małgorzata, Toneva Elina

Trailer tygodnia