Dym bez ognia

"Bezimienne dzieło" - reż. Jan Englert - Teatr Narodowy

Spektakl Jana Englerta skrzy się od błyskotliwych pomysłów inscenizacyjnych i sytuacyjnych, ale w pamięci pozostaje głównie pierwszy akt, potem akcja traci tempo i rytm.

Granice przestrzeni sceny zaciera sztuczny dym. Wygląda jak mgła, wypełniająca nocą ciemne przedmieście. Z tej mgły powoli wyłania się czarny kontur postaci oświetlonej od tyłu i z góry, jakby bladym światłem latarni. Pierwsza scena przypomina kadr wyjęty z filmu noir. Typowo filmowym chwytem jest sugestywna muzyka (wyrazisty i niepokojący utwór The Garden grupy Einstürzende Neubauten), która buduje napięcie i atmosferę tajemnicy. Elektroniczne pikanie w rytmie bicia serca i zgrzytliwe dźwięki instrumentów strunowych sugerują zbliżające się niebezpieczeństwo.

Większość utworów składających się na ścieżkę dźwiękową spektaklu to kompozycje już wcześniej wykorzystywane w filmach (Kurayamino Variation Roba Dougana: Matrix, Blade: Mroczna trójca) lub przynajmniej napisane przez artystów tworzących muzykę filmową, a więc brzmiące „filmowo" dla osłuchanego widza (Philip Glass napisał muzykę do takich obrazów jak Godziny, Iluzjonista czy Sen Kasandry i współtworzył ścieżkę dźwiękową do filmu Truman Show, a muzykę grupy Coil można usłyszeć między innymi w horrorze Clive'a Barkera Hellraiser). Utwory należące do takich „mrocznych" gatunków jak dark ambient, noise czy industrial budują niepokojącą atmosferę – to ścieżka dźwiękowa w sam raz do thrillera.

Na stylistykę noir naprowadza kryminalna fabuła Bezimiennego dzieła i doskonale się w nią wpisują niektóre postaci, na przykład Plazmonik, wplątany zbiegiem okoliczności w przestępczą intrygę, albo pogardliwa femme fatale – Róża van der Blaast. W przedstawieniu Englerta, grana przez Patrycję Soliman, przyjmuje gości w skąpej koszulce nocnej, a odsiadując wyrok z Plazmonikiem (Marcin Hycnar), bawi się jego uczuciami, kusząc go i odpychając na przemian. Prawdziwym homme fatal jest tu jednak baron de Buffadero (Grzegorz Małecki), który bezwarunkową miłość Róży wykorzystuje do realizacji swoich celów, doprowadzając w końcu do jej śmierci. Wygląda jak bohater bogartowski, pali papierosy, chodzi w prochowcu z postawionym kołnierzem i w kapeluszu. Do filmów noir nawiązuje również surowa scenografia Andrzeja Witkowskiego, pełna ostrych kantów, w której dominują pionowe i skośne linie. Mocne, padające najczęściej z góry i z tyłu światło Jacqueline Sobiszewski podkreśla kontrasty i tworzy wyraziste cienie, które redukują postaci do czarnych sylwetek.

A więc czeka nas thriller szpiegowski? Skąd. Spektakl nie podporządkowuje się stylizacji noir w całości, zresztą w całości nie podporządkowuje się niczemu, zarówno w warstwie estetycznej, jak i w warstwie ideowej. Stanowi złożony z rozmaitych stylów, konwencji i wątków kolaż, do czego zresztą skłania natura tekstu dramatu. Oba przewroty – przejęcie władzy przez mieduwalszczyków, a potem przez „bezkształtną masę" – robią wrażenie rewolucji tyleż stylistycznej, co politycznej. Luksusowej elegancji, którą reprezentuje rodzina księcia Padovala (jasny wełniany płaszcz, futro i kapelusz księżnej, wysmakowany strój jeździecki Padovala, garnitur Giersa), zagraża niewątpliwy wdzięk niedbałej stylizacji gangsterskiej (potargana Róża w koszulce nocnej, prochowiec i kapelusz barona de Buffadero), ale oba te wzorce zostają w końcu zdetronizowane przez agresywny wizerunek „ludzi w czarnych spiczastych czapkach": czerń, kaptury, bojówki i skórzane kurtki. Klaudestyna de Montreuil (Dominika Kluźniak) i Plazmonik – indywidualności, które według Witkacego zostaną zmiażdżone przez rewolucję i które nigdzie nie mogą znaleźć dla siebie miejsca – to tutaj para hipsterów: rude dziwadło w sukience w kwiatki, pasiastych rękawiczkach, i z dużym plecakiem khaki, które wjeżdża na scenę na rowerze, oraz marudny nudziarz w krzywo zapiętym burym blezerku i szaliku. Przezabawne (ale chyba niezamierzenie) jest zakończenie, w przewrotny sposób zwycięskie dla Plazmonika i Klaudestyny: oboje cudem wywinęli się przed losem dla hipstera nieznośnym – popularnością.

Konwencję teatru politycznego przywodzą na myśl próby angażowania publiczności w akcję sceniczną. Okazuje się, że najprostsze chwyty, takie jak wkraczanie aktorów pomiędzy rzędy widowni albo rozrzucanie ulotek, nadal spełniają swoje zadanie, skutecznie wyrywając publiczność z marazmu. Motłoch, który w dramacie ujawnia się dopiero pod koniec, przejmując stery rewolucji, w przedstawieniu Englerta daje o sobie znać od samego początku. Pomiędzy rzędami widowni co jakiś czas przebiegają zakapturzeni ludzie, dochodzi do bójek i linczów, na które postaci na scenie nie zwracają większej uwagi. Podczas gdy elita intelektualna i finansowa zajmuje się domniemaną aferą szpiegowską, na ulicach miast toczą się brutalne zamieszki. Oczywiste jest, że ten, z początku niemy, bohater zbiorowy – musi w końcu dojść do głosu.

Pomiędzy scenami walk, rozwojem intrygi szpiegowsko-miłosnej oraz dyskusjami o polityce i sztuce kwitnie absurdalny humor. Różnice klasowe między siedzącymi razem na ziemi i pijącymi wódkę księciem Padovalem (Przemysław Stippa) i grabarzami (Tomasz Sapryk, Mateusz Rusin) ujawniają się, kiedy z podanego mu słoja z zagrychą Padoval wyciąga schludny okrągły sucharek z żółtym serem i wprawia w osłupienie grabarzy, przekonanych, że w słoju są tylko kiszone ogórki. Nie brak tu także wręcz slapstickowych gagów, groteski i parodii. Nawiązanie do Hamleta Englert pociągnął jeszcze dalej niż Witkacy: Giers (Jerzy Radziwiłowicz) podnosi czaszkę wyrzuconą z grobu i z namysłem się jej przygląda. Zirytowany nagłym wejściem Plazmonika, przerywającym jego rozmyślania, straszy oskarżonego czaszką.

Spektakl skrzy się od błyskotliwych pomysłów inscenizacyjnych i sytuacyjnych, ale w pamięci pozostaje głównie pierwszy akt, potem akcja traci tempo i rytm, a sekwencja więzienna jest wręcz nudna. Najbardziej jednak przeszkadza i drażni gra aktorska, a zwłaszcza kreacje młodych artystów (z chlubnym wyjątkiem intrygującego już po raz kolejny Mateusza Rusina), którzy ograniczają się do powtarzania środków wypracowanych już w innych produkcjach Teatru Narodowego. Jest to szczególnie niepokojące u Marcina Hycnara i Grzegorza Małeckiego, którzy w Bezimiennym dziele grają Tango. Plazmonik został podszyty Arturem, a Cynga – Edkiem. Hycnar na przemian skarży się płaczliwym tonem i ostro wrzeszczy, a Małecki to macho, któremu nie schodzi z twarzy pełen nonszalancji i pewności siebie uśmiech. Warto byłoby czasem przełamać emploi obu aktorów i po prostu zamienić ich miejscami. Może nabraliby świeżości i nowej energii. Tymczasem w Bezimiennym dziele sprawiają wrażenie, jakby nie do końca wiedzieli, o czym jest przedstawienie i co powinni grać.

Nic dziwnego zresztą, bo po obejrzeniu spektaklu nie potrafiłabym im odpowiedzieć na to pytanie. W rozmowie z Agatą Zbieg Jan Englert powiedział o dramacie Witkacego: „Teraz, kiedy przeczytałem ten tekst na świeżo, poczułem się, jakbym czytał »Gazetę Wyborczą« czy »Gazetę Polską«". Rzeczywiście, hasła mieduwalszczyków brzmią zaskakująco znajomo. Bezimienne dzieło to utwór bez wątpienia aktualny, brzmiący dziś tak, jakby został napisany pod wpływem najnowszych wydarzeń. Problem w tym, że nie trzeba iść do teatru, żeby zobaczyć tłum wykrzykujący radykalne hasła. W pewnym momencie przedstawienia de Buffadero rzuca na widownię ulotki propagandowe. Dobór tekstów, sam w sobie nie aż tak istotny, doskonale jednak odzwierciedla niepewność co do sensu spektaklu. Czytamy zarówno deklaracje mieduwalszczyków, jak i hasła motłochu. Z jednej strony: „Sztuka jest jedynie pałką między szprychami wozu, który wiezie ludzkość w kierunku zupełnej automatyzacji" (Oni) – przeciwko sztuce, za uniformizacją, a z drugiej: „Nie ma kultury bez dziczy jako kontrastu" (Janulka, córka Fizdejki) – jakby odwrotnie. Dla każdego coś miłego. W pierwszym akcie widzowie stają się tłumem mieduwalszczyków, przybyłych na tajne zgromadzenie – nie wiadomo, na jakiej podstawie, oraz, czy to obelga, czy raczej wyraz szacunku. Tak czy inaczej – wątek nie jest pociągnięty.

Przedstawienie jest wysmakowane estetycznie i reżysersko, jednak od spektaklu nawiązującego do aktualnych wydarzeń wymagam komentarza, którego nie zastąpią na scenie policyjne światła czy krótkofalówki. Englert ukrył się za tekstem Witkacego oraz sztuczną mgłą, i w rezultacie nie powiedział nic.

Joanna Tomaszewska
Teatr Pismo
21 września 2013

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...