Dyrektor Teatru Śląskiego znów gra u Zanussiego

rozmowa z Tadeuszem Bradeckim

Tadeusz Bradecki ponownie wcielił się w Witolda z "Constansu" Krzysztofa Zanussiego. W filmie "Rewizyta" Zanussi wrócił do dawnych bohaterów

Rozmowa z Tadeuszem Bradeckim

Marcin Mońka: Choć jest Pan przede wszystkim reżyserem teatralnym, często pojawia się Pan na dużym ekranie w filmach Krzysztofa Zanussiego.

Tadeusz Bradecki: reżyser teatralny, aktor: Jestem wykształconym aktorem, jednak przez całe życie zajmowałem się reżyserią. Przez lata bardzo zaprzyjaźniłem się z Krzysztofem Zanussim, który podtrzymuje kontakty z aktorami i bardzo lubi ich obsadzać w coraz to nowych rolach. Jest mi niezwykle miło, że przez te ponad 30 lat może raz w roku dzwoni do mnie telefon i pada propozycja kilku dni zdjęciowych. Wtedy bez wahania mówię „tak”. Po pierwsze, z szacunku do Krzysztofa, po drugie, ze względu na piękne wspomnienia z filmowych planów. I wreszcie po trzecie, to dla mnie znakomita zabawa - wyskoczyć z teatru na dwa dni na tzw. bok. A jak wiadomo, w filmie płacą lepiej niż w teatrze (śmiech).

Propozycja zagrania w "Rewizycie" nie była więc pewnie niespodzianką?

- Wiadomość dostałem wiosną zeszłego roku. Byłem wówczas w Kanadzie, gdzie przygotowywałem przedstawienie. Wylądowałem w kraju 1 lipca, a następnego dnia kręciliśmy już zdjęcia w Warszawie.

Była tu resztą pewna zabawna okoliczność . Do "Rewizyty" weszła scena nie z "Constansu", ale z "Serca na dłoni", która nie pojawiła się w oryginalnej wersji tego filmu [o filmie czytaj w ramce poniżej]. To miała być finałowa scena, gdzie pojawiam się jako psycholog. Chłopak na wysokościowcu chce się rzucić w dół, a ja go muszę uratować. Przy kręceniu "Serca " scenariusz przewidywał słoneczny świt nad Warszawą, a tu zerwała się wichura, lał deszcz, wszyscy dygotaliśmy z zimna. Ostatecznie ta scena do filmu nie weszła. Krzysztof wykorzystał ją dopiero teraz. I okazało się, że ten Witek, niedoszły matematyk, został psychologiem. Wydaje się, że dalej pełni coś w rodzaju służby społecznej.

Grając 30 lat temu w "Constansie", miał Pan wrażenie, że uczestniczy w pokoleniowym manifeście "kina moralnego niepokoju"?

- Gdy kręciłem "Constans", miałem 25 lat. Byłem zaledwie trzy lata po szkole teatralnej. O haśle "kino moralnego niepokoju" nikt wówczas nie myślał. Gdy wtedy zadzwonił do mnie Krzysztof i powiedział, że gram główną rolę, to prawie dostałem zawału serca.

A niewiele później, w maju 1980 roku, Krzysztof dostał nagrodę reżyserską w Cannes. Przez jedną noc ważyły się losy mojej roli i była szansa, że dostanę nagrodę aktorską. Schodząc wówczas w tym starym pałacu festiwalowym po czerwonych dywanach, gdzie dziesiątki ludzi robi zdjęcia, w pożyczonym smokingu i w pożyczonych butach, zdałem sobie sprawę, że chcę zająć się teatrem. Bo jeśli tego typu schodzenie jest tzw. ukoronowaniem, to ja naprawdę wolę do teatru.

Dość wcześnie dokonał więc Pan wyboru

- Bo aktor żyje tak naprawdę w teatrze. Uznałem, że w filmie zawsze jestem tylko narzędziem w gromadzie innych ludzi - scenarzysty, reżysera, operatora czy montażysty. Aktor filmowy efekt swojej pracy widzi dopiero na ekranie, podczas gdy w teatrze jest zupełnie inaczej - spektakl się nie zacznie, gdy aktora nie ma na scenie. Parę razy odmówiłem zresztą głównych ról w filmie. Czasami żałowałem. Pamiętam, gdy Krzysztof Kieślowski zadzwonił do mnie do Włoch, proponując rolę w "Dekalogu I". Odpowiedziałem mu wówczas, że nie mogę. Oczywiście Kieślowski wciąż do mnie powraca we wspomnieniach - zagrałem w kilku jego filmach, spotkaliśmy się w Starym Teatrze w latach 70., gdy Kieślowski debiutował w teatrze.

Rozmawiał Marcin Mońka
Gazeta Wyborcza Katowice
1 kwietnia 2010
Portrety
Tadeusz Bradecki

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia