Dyrygent nie może być metronomem

Rozmowa z Janem Stańczykiem

26-letni muzyk kończy obecnie studia w Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach, w klasie dyrygentury symfoniczno-operowej prof. Szymona Bywalca. Muzyka towarzyszy mu od najmłodszych lat, a talent zapisany w genach skrupulatnie rozwijał podczas licznych kursów mistrzowskich, kształcąc się pod okiem takich dyrygentów jak m.in. Marin Alsop, Colin Metters, Jorma Panula, Juozas Domarkas, Massimiliano Caldi czy Jerzy Maksymiuk.

Z Janem Stańczykiem - dyplomantem Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach - rozmawia Magdalena Mikrut-Majeranek z Dziennika Teatralnego.

Magdalena Mikrut-Majeranek: Na Śląsku szczególnie ważna jest pamięć o korzeniach. Każdy jest skądś. Bez korzeni, domu rodzinnego nie bylibyśmy tacy, jacy jesteśmy. Pan chyba nie bardzo miał wyjście jeśli chodzi o ścieżkę rozwoju kariery zawodowej?

Jan Stańczyk: Zgadza się. Faktycznie, w domu zawsze dużo było muzyki, poza domem również. Miałem kontakt z muzyką od najmłodszych lat.

M.M-M.: Cała Pana rodzina to muzycy.

J.S.: Tak. Dziadek był kompozytorem, babcia – pianistką, a dzieci dziadków, czyli moja mama i wujek, też poszli w ślady rodziców. Mama została pianistką, a wujek kompozytorem. Z kolei tata jest gitarzystą. Rodzice poznali się podczas studiów na Akademii Muzycznej w Katowicach. Zdecydowana większość znajomych moich rodziców z czasów mojego dzieciństwa to także byli muzycy, dlatego przez pewien czas myślałem, że wszyscy ludzie są muzykami. Statystyki mówiły same za siebie. Bardzo się zdziwiłem, kiedy okazało się, że tak nie jest. Jednak niespecjalnie trzeba było mnie zachęcać do zajmowania się muzyką, zawsze budziła moje naturalne zainteresowanie. Gorzej było z gorliwością w ćwiczeniu gry na skrzypcach, od których zacząłem.

M.M-M.: A kiedy Pan zaczął?

J.S.: Standardowo, czyli w podstawówce, w szkole muzycznej w Katowicach.

M.M-M.: Skrzypce to jeden z trudniejszych instrumentów.

J.S.: Tak, ale ja bardzo chciałem na nich grać. Sam sobie wybrałem ten instrument, ale kilka lat później odkryłem fortepian. Przez całe gimnazjum i liceum byłem rozdarty i nie mogłem się zdecydować, czy chcę grać na skrzypcach, czy na fortepianie. Wiedziałem, że znajomość tych instrumentów przyda mi się w przyszłości. Już w szkole średniej zacząłem dyrygować, a wiedza o instrumentach smyczkowych jest dla dyrygenta bardzo ważna. Bardzo się cieszę, że mogłem poznawać ten instrument pod okiem takich pedagogów jak m.in. Arkadiusz Kubica, w którego klasie uczyłem się podczas roku maturalnego, a także w ramach różnych kursów u takich nauczycieli jak m.in. Krzysztof Śmietana, Piotr Tarcholik czy Roland Baldini. Wiedza, którą wtedy zdobyłem, bardzo przydaje mi się w pracy z orkiestrą. Z drugiej strony fascynowała mnie literatura fortepianowa. Kiedy rozpocząłem naukę w Akademii Muzycznej, byłem już bliski spełnienia marzenia o studiowaniu tego instrumentu – na dyrygenturze miałem dwa lata zajęć z fortepianu. Trafiłem do klasy profesora Zbigniewa Raubo, świetnego pianisty o wielkim talencie pedagogicznym. Bardzo przykładałem się do ćwiczenia, zbudowaliśmy spory repertuar (m.in. I Sonatę Prokofiewa i I Sonatę Brahmsa). Profesor zaproponował mi, żebym zdawał do jego klasy na główny fortepian, ale niestety... Zapał do ćwiczeń okazał się zgubny, ponieważ przed egzaminami wstępnymi przećwiczyłem sobie rękę.

M.M-M.: Okazuje się, że nie tylko sport to kontuzjogenna dziedzina.

J.S.: Istotnie. W pracy muzyka i instrumentalisty bardzo ważne jest zaplecze fizjoterapeutyczne. Po kontuzji plany o studiowaniu fortepianu trzeba było przełożyć, a później nie było już na to czasu. Fortepian nadal jest mi bardzo bliski i w czasie wolnym chętnie na nim grywam.

M.M-M.: A jaki jest Pana ulubiony utwór na fortepian?

J.S.: Szczególnie interesuje mnie twórczość Brahmsa. Bardzo lubię jego intermezza, ballady, capriccia – miniatury pisane w ostatnich latach życia. Kiedy tylko mam czas przegrywam też fragmenty partytur orkiestrowych i utworów kameralnych. Lubię tak poznawać muzykę.

M.M-M.: Pewnie święta i różne rodzinne uroczystości upływają Państwu na wspólnym muzykowaniu?

J.S.: Zaskoczę Panią, ale nie. U nas nie ma takiej tradycji wspólnego muzykowania. Myślę, że to z tego względu, że cała rodzina gra. Wszyscy ciągle ćwiczyli. W domu słychać było zarówno fortepian, jak i skrzypce, na których gra także moja siostra. Muzyki jest na tyle dużo, że w wolnych chwilach upragnionym dobrem jest cisza.

M.M-M.: A kiedy pojawiły się pierwsze propozycje pracy jako dyrygent?

J.S.: Dość wcześnie. Dyrygowaniem zająłem się jeszcze przed studiami. Z zawodem zacząłem się bliżej zapoznawać będąc uczniem katowickiego liceum muzycznego. Mieliśmy fakultet z dyrygentury i prowadziliśmy próby orkiestry kameralnej, w której grali uczniowie pierwszej i drugiej klasy gimnazjum. Tam stawiałem swoje pierwsze kroki jako dyrygent. Idąc na studia miałem już doświadczenie w pracy z orkiestrą i kilka koncertów na swoim koncie. Zostaliśmy nawet zaproszeni przez NOSPR na koncert z okazji Dnia Dziecka. Pamiętam, że zagraliśmy wtedy symfonię Haydna. Prowadziłem też kilka koncertów edukacyjnych w Filharmonii Śląskiej.
Kiedy byłem na trzecim roku studiów zostałem zaproszony do Bielska-Białej na Festiwal Kompozytorów Polskich. Zainaugurowałem wówczas to wydarzenie III Symfonią Góreckiego. W solowej partii wystąpiła znakomita Iwona Hossa. To było jedno z pierwszych dużych wydarzeń w moim życiu.
Później, w 2020 roku, w ramach międzynarodowego festiwalu Opera Rara pracowałem w charakterze drugiego dyrygenta. Przygotowywałem i dyrygowałem jako drugi dyrygent polską premierą opery Vanda Antonína Dvořáka pod kierownictwem muzycznym Jurka Dybała, w reżyserii Karoliny Sofulak.

M.M-M.: Jednym słowem kolejne propozycje przychodziły bardzo szybko. Później współpracował Pan z takimi zespołami jak Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Śląskiej, Śląska Orkiestra Kameralna, Orkiestra Muzyki Nowej, Bielska Orkiestra Festiwalowa, Bielska Orkiestra Kameralna, Baltische JuniorPhonie czy Chór Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach.

J.S.: Tak, poprowadziłem też prawykonanie kolegi kompozytora, dokonane przez Orkiestrę Muzyki Nowej, która angażuje się podczas koncertów prawykonań studenckich na dniach Wydziału Kompozycji i Dyrygentury w katowickiej Akademii Muzycznej. To było ciekawe doświadczenie. Raz, że prawykonanie, a dwa, że muzyka współczesna, czyli wymagająca troszeczkę innego podejścia, innej techniki. To bardzo rozwijające doświadczenie.

M.M.-M.: A czy muzyka współczesna jest bliska Pana sercu? Pana Dziadek był kompozytorem współczesnej muzyki poważnej i religijnej.

J.S.: Tych nurtów jest bardzo wiele i sam dziadek przeszedł ewolucję od awangardowych utworów utrzymanych w estetyce sonorystycznej i serialnej na przełomie lat 50. i 60., do utworów bardziej kontemplacyjnych – minimalistycznych – choć sam unikał tego określenia. Jednak faktycznie redukcja środków i skupienie to wyróżniki muzyki, którą pisał od lat 70.

M.M.-M.: Swoją zawodową przyszłość planuje Pan związać z dyrygowaniem, a co z komponowaniem?

J.S.: Zdarza mi się pisać różne opracowania, na przykład dla Sinfonietty Cracovii. Przyznam, że od czasu do czasu komponuję, ale na razie wyłącznie na własny użytek.

M.M.-M.: Zdarzają się jakieś porównania do słynnego dziadka?

J.S.: Raczej nie, ponieważ idziemy trochę innymi ścieżkami. Ja wybrałem działalność dyrygencką – jeśli czas pozwoli, może kiedyś rozwinę działalność kompozytorską.

M.M.-M.: A dlaczego zdecydował się Pan na współpracę w Operą Śląską?

J.S.: Z dyrektorem Łukaszem Goikiem poznaliśmy się podczas festiwalu Opera Rara w Krakowie gdzie uczestniczyłem w premierze Vandy Dvořáka, o której już wspominałem. Podczas jednej z późniejszych rozmów zaproponował mi udział w programie Narodowego Instytutu Muzyki i Tańca „Dyrygent-rezydent". Napisaliśmy wniosek, złożyliśmy go – i okazało się, że został pozytywnie rozpatrzony.

M.M.-M.: Przyszedł Pan do bytomskiej Opery w najtrudniejszym okresie, kiedy pandemia pokrzyżowała artystyczne plany i w zasadzie zamroziła kulturalne życie...

J.S.: Faktycznie, nasza współpraca rozpoczęła się we wrześniu 2020 roku. Miesiąc później rozpoczęliśmy próby do Requiem Mozarta, a dosłownie trzy dni przed premierą opera została zamknięta.

M.M.-M.: Pamiętam konferencję prasową, która została zorganizowana bodajże we wtorek przed premierą, a już w piątek było jasne, że spektakl nie odbędzie się z uwagi na koronawirusa.

J.S.: Ja również zachorowałem. Dosyć ciężko przeszedłem chorobę i na dwa tygodnie trafiłem do szpitala. To był trudny czas. Musiałem odwołać wiele koncertów. Kiedy opuściłem szpital, kończyły się już przygotowania do Łucji z Lammermoor, przy której miałem asystować. Zdążyłem na próby generalne. Finalnie, z uwagi na lockdown, wznowienie Łucji zaprezentowano w formie internetowego streamingu, a orkiestrę poprowadził maestro Franck Chastrusse Colombier. Udało mi się zadyrygować dopiero koncertem kolęd, który wyemitowano w okresie świątecznym w telewizji. To też było spore przedsięwzięcie, mieliśmy niewiele czasu na przygotowanie.

M.M.-M.: Po sukcesie „Łucji" Opera Śląska zdecydowała się na kolejne streamingi i transmisje w telewizji. To był strzał w dziesiątkę.

J.S.: Zgadza się, zainteresowanie widzów było ogromne. Idąc za ciosem, Opera przygotowała koncert kolęd. To był interesujący, złożony projekt. Z uwagi na obowiązujące obostrzenia sanitarne, musieliśmy rozmontować całą widownię i wypełnić ją muzykami.

M.M-M.: Jak dyrygowało się w takich warunkach?

J.S.: To było ciekawe doświadczenie. Mieliśmy szczęście, że była to transmisja telewizyjna i nad dźwiękiem mogliśmy popracować podczas postprodukcji. A było to spore wyzwanie. Pewnie gdyby nie pandemia, nie miałbym okazji zadyrygować orkiestrą i chórem w takim ustawieniu. Potem była Rzekoma ogrodniczka Mozarta i kolejne streamingi. Bez wątpienia był to dobry czas dla Opery jeśli chodzi o rozwój medialny.

M.M-M.: Po „odmrożeniu" instytucji kultury, spektakle te weszły do codziennego repertuaru.

J.S.: Tak, miałem przyjemność dyrygować jednym z pierwszych koncertów zorganizowanych po zniesieniu restrykcji dotyczących organizowania wydarzeń kulturalnych.

M.M-M.: Jak Pan ocenia różnicę między dyrygowaniem na żywo, kiedy na sali znajduje się publiczność, a streamingiem online? Czy ma to znaczenie dla dyrygenta?

J.S.: Oczywiście! Obecność na sali słuchaczy zmienia cały proces tworzenia muzyki. Czuje się skupienie ludzi, ich uwagę, emocje.

M.M.-M.: To pomaga czy stresuje?

J.S.: Raczej pomaga. Świadomość, że gramy dla innego człowieka zawsze pomaga się skoncentrować. Oczywiście do tego dochodzi również poczucie odpowiedzialności za to, co pokaże się na scenie, które zawsze działa bardzo mobilizująco. Na pewno jednym z powodów, dla których muzycy wykonują swój zawód, jest bezpośredni kontakt ze słuchaczem. Myślę, że podczas lockdownu wszystkim tego brakowało.

M.M.-M.: Później był spektakl „Requiem d-moll" W.A. Mozarta

J.S.: Tak, premiera odbyła się w końcu na wiosnę 2021 roku. Pierwszymi spektaklami zadyrygował Franck Colombier, a ja poprowadziłem dwa kolejne w październiku. To był dla mnie ważny moment, m.in. z tego względu na to, że Requiem Mozarta było pierwszą partyturą, którą – ogromnie zaintrygowany – przeglądałem sobie jako dziecko. Bardzo się cieszę, że mogłem poprowadzić spektakle – i to w dość nietypowej odsłonie, bo z udziałem baletu.

M.M.-M.: Choreograf Jacek Tyski już wcześniej przygotował podobną wersję..

J.S.: Dokładnie dwa lata wcześniej miała miejsce premiera Requiem we Wrocławiu. Choreografia jest imponująca. Oczywiście, pewne komplikacje pojawiają się w interpretacji, ponieważ w spektaklach baletowych trzeba się dostosować do konkretnych rozwiązań, które dzieją się na scenie – i to nie zawsze idzie w parze z wizją dyrygenta. To pole dyskusji i pertraktacji.

M.M.-M.: To wyjątkowe widowisko zarówno wizualnie, jak i muzycznie.

J.S.: I dość trudne do wykonania: chór stoi nie tylko po dwóch stronach orkiestronu, ale – ze względu na obostrzenia covidowe – również na balkonach. Do tego kostiumy mają kaptury. Ciężko było nam się komunikować, ale wszyscy świetnie sobie poradzili.

M.M.-M.: Czy to już koniec Pana przygody z Operą Śląską? Program „Dyrygent – rezydent" dobiegł końca.

J.S.: Program jest już zakończony, ale będę dyrygował jeszcze koncertami kolęd z Big Bandem Szymona Klekowickiego, które pokażemy publiczności na żywo. Później w Operze Śląskiej zaczyna się remont. Nie wiem, co przyniesie przyszłość, ale bardzo się cieszę, że miałem możliwość współpracy z tą instytucją.

M.M.-M.: A jakie ma Pan plany i marzenia artystyczne?

J.S.: Planów jest wiele.

M.M.-M.: Już wiemy, że jednym z nich jest komponowanie, ale zajęcie to musi poczekać obok innych pomysłów na właściwy moment i czas wolny.

J.S.: Tak, myślę, że przyjdzie kiedyś czas na prezentację moich kompozycji publiczności. Jeśli chodzi o dyrygenturę – właśnie kończę studia. Kontynuuję współpracę z Operą Śląską, pojawiają się również inne interesujące propozycje. Ale nie chcę zapeszać, bo obecny czas nie sprzyja artystom. Wiele wydarzeń zostało odwołanych, inne są przesuwane. Żyjemy w bardzo specyficznym okresie, ale mam nadzieję, że niebawem wszystko wróci do normy.

M.M.-M.: Ma Pan swój wymarzony teatr operowy, z którym chciałby Pan współpracować?

J.S.: Każdy teatr jest na swój sposób wyjątkowy: to nie tylko osobna historia i tradycja, ale również masa często bardzo zniuansowanych i niekoniecznie związanych bezpośrednio z muzyką uwarunkowań, rzutujących na codzienną pracę. Myślę, że jest zasadnicza różnica pomiędzy pracą dyrygenta występującego w danej instytucji gościnnie, projektowo, a stałą rezydencją, w ramach której doświadcza się funkcjonowania instytucji jako organizmu, w całej jej wielowymiarowości. To wyzwanie nie tylko artystyczne, ale również organizacyjne, wymagające określonych kompetencji interpersonalnych. Stała współpraca z zespołem i obserwowanie jego rozwoju daje jednak mnóstwo satysfakcji. Wiedza, którą zdobywa się w ten sposób, jest dla młodego dyrygenta nie do przecenienia. Trzeba pokonać długą drogę, żeby dostać szansę i móc dyrygować w operze. To nie tylko kwestia talentu i samozaparcia, ale również, bardzo często, szczęścia. Dlatego jestem bardzo wdzięczny losowi, że taką szansę otrzymałem.

M.M.-M.: A jakie wyzwania stoją przed młodym dyrygentem? I przede wszystkim – jakie są cienie tego zawodu?

J.S.: Największym wyzwaniem jest ogrom pracy, jaki trzeba włożyć w rozwój ogólnomuzyczny. Trzeba wiele samozaparcia i dyscypliny, żeby konsekwentnie, krok po kroku, rozwijać wiedzę w tak wielu obszarach. Praca dyrygenta wymaga z jednej strony umiejętności analitycznych, z drugiej zaś – cech, które można określić jako konstruktywną kreatywności. Musimy przeanalizować wszystkie parametry utworu, a następnie przepuścić te dane przez filtr własnej wrażliwości muzycznej. Dopiero na tej podstawie możemy przedstawić interpretację, która będzie miała indywidualny charakter. Stanie się tak tylko, jeśli będzie interpretacją szczerą.

M.M.-M.: Jednym z wyzwań jest z pewnością umiejętność zapanowania nad tak olbrzymim zespołem.

J.S.: Pracując z orkiestrą kameralną można sobie pozwolić na większą swobodę. Jest czas na to, aby niektóre rzeczy dogłębniej wyćwiczyć, ponieważ to mniejszy organizm i mniejsze formy, a czas sprzyja detalom. Natomiast w pracy nad operą zawsze trzeba mieć bardzo dokładnie zaplanowany przebieg próby. Dlatego opera to znakomite miejsce, w którym tak wiele można się nauczyć. Tutaj liczy się czas i konkret. Informacje przekazywane muzykom muszą być ścisłe. Chodzi o to, żeby w jak najkrótszym czasie rozwiązać jak najwięcej problemów, aby w ramach ograniczonych ram czasowych osiągnąć możliwie najlepszy efekt.
Dyrygent musi kontrolować pracę orkiestry, chóru, solistów, czasami również baletu. Zdarza się, że reżyser ma propozycje, które niekoniecznie sprzyjają muzyce – i tu zaczynają się pertraktacje dotyczące efektu końcowego. Tych elementów jest sporo, często zachodzą konflikty interesów. Każdy wymaga indywidualnego podejścia, szybkiego rozpoznania problemów i opracowania satysfakcjonujących strony rozwiązań. To nie tylko wielka szkoła dyscypliny, organizacji i komunikacji, ale i asertywności.

M.M.-M.: Czyli dyrygent wciela się niejako w rolę mediatora.

J.S.: Tak. Nie można jednak zapominać o tym, że jeżeli staje się na podium, trzeba mieć coś swojego do przekazania, trzeba mieć swój pomysł na dany utwór. Nie można być metronomem – to nie o to chodzi. Trzeba mieć swoje spojrzenie. Nie zawsze wszystkie pomysły da się zrealizować, ale trzeba wiedzieć, czego się chce.

M.M-M.: Ważna jest tu jeszcze kwestia autorytetu. Ma Pan zaledwie 26 lat i większość muzyków przykładowo – w Operze Śląskiej to osoby o wiele starsze...

J.S.: Tak, wielokrotnie przewyższają mnie swoim doświadczeniem, dlatego dla mnie praca z nimi to podwójna odpowiedzialność. Każda decyzja musi być dogłębnie przemyślana. Muzycy muszą uwierzyć w koncepcję, którą im przedstawiam. Czuć, że jest dobra.

M.M-M.: To też świetna szkoła życia.

J.S.: Tak, to znakomita okazja do tego, żeby dogłębnie przyjrzeć się procesom, które muszą zajść, żeby powstał finalny projekt, czyli spektakl.

M.M-M.: Życzę wielu sukcesów i wspaniałych koncertów. Dziękuję serdecznie za rozmowę!

__

Jan Stańczyk - wnuk profesora Henryka Mikołaja Góreckiego, słynnego śląskiego kompozytora, to tegoroczny dyplomant Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach. W trudnym, bo pandemicznym sezonie artystycznym, zadebiutował jako dyrygent na deskach Opery Śląskiej.

 

Magdalena Mikrut-Majeranek
Dziennik Teatralny Katowice
30 listopada 2021
Portrety
Jan Stańczyk

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia