Dzieci niedostosowane

"Sieroty" - reż. Grażyna Kania - Teatr Powszechny w Warszawie

Spektakl "Sieroty" w reżyserii Grażyny Kani przeraża, zatrważa i sprawia, że niespokojnie siedzimy w wygodnym teatralnym fotelu. A początkowo nic nie zapowiada, że sztuka utkwi w pamięci. Początkowo wszystko wydaje się być ugładzone i przewidywalne

Gdy zapala się światło na scenie, okazuje się, że podglądamy dwoje ludzi z klasy średniej. Helen (Anna Moskal) i Danny (Grzegorz Falkowski) – młode małżeństwo i romantyczna kolacja. Piękna zastawa. Wymyślne dania kuchni fusion i wino. Wszystko to sprawia wrażenie jak z magazynu lifestyle’owego. Tak właśnie powinno wyglądać życie. Ale życie nie byłoby życiem, gdyby nagle nie okazało się, że coś jest nie tak. I jak w prawdziwym życiu i dramacie Denisa Kelly’ego nagle bańka mydlana pęka. Wszystko psuje młodszy brat Helen (Piotr Ligienza) – Danny, który wbiega do mieszkania siostry spanikowany. Jego koszula cała pokryta jest krwią. I w tym momencie, nawet ja, widz, który zawsze przewiduje i projektuje sobie zakończenia, nie bardzo wiem, co ze sobą zrobić. Spektakl zmierza w niepokojącym i nieznanym kierunku. Dryfuje szargany emocjami kłębiącymi się na scenie, skazując widza na prawie dwugodzinną mękę z własnymi uczuciami, emocjami.

W miarę trwania spektaklu odkrywamy kolejne niewygodne wątki, kolejne słowa padają, choć miały nie zostać wypowiedziane. Jak dużo można poświęcić dla „świętego spokoju” i jak bardzo znieczuliliśmy się na cierpienie drugiego człowieka? Na odpowiedź nie trzeba czekać długo, już po chwili Helen tłumaczy mężowi, że trzeba chronić rodzinę za wszelką cenę. Nawet w imię bezpieczeństwa drugiego człowieka. Odkrywamy, że liczy się tylko tu i teraz i tylko to, co jest nam na rękę. I choć mogłoby wydawać się, że to wszystko załatwi i pozwoli na wygodne życie w zaciszu własnych czterech ścian, to Kelly, a za nim Kania, udowodnią nam, że całkowicie się mylimy.

Oszczędność środków wyrazu zastosowanych na scenie pomaga budować napięcie. Scenografia to tylko 3 białe ściany, dwie pary drzwi i stół. Jak w sztuce, wszystko idealne. Tylko graffiti pojawiające się w przerwach napawa niepokojem. I przypomina o tym, że jesteśmy na przedmieściach europejskiej stolicy, gdzie kultury się mieszają, a frustracja sięga zenitu.

Niewiele. A wszystko okraszone bardzo mocnym, emocjonalnym aktorstwem.

Sieroty to nie tylko dosłowny opis rodzeństwa, ale także metafora kondycji dzisiejszego wyzutego z jakichkolwiek wartości społeczeństwa. Jeden z niewielu tak prawdziwych i bolesnych spektakli w dzisiejszym teatrze.

Aleksandra Reczuch
Teatrakcje
23 maja 2011

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia