Dzieciństwo utracone

"Śniący chłopiec" - reż. Maciej Gorczyński - Teatr Miniatura w Gdańsku

Posępny "Śniący chłopiec" Hanocha Levina jest próbą sięgnięcia w mroczne zakamarki duszy, gdzie przestajemy chować się za maską i potrafimy przyznać się przed sobą do niewygodnej prawdy. Jednak skierowany do dorosłych spektakl Teatru Miniatura, pomimo bardzo efektownej warstwy wizualnej, jest wyraźnie przeestetyzowany, sprowadzony przez reżysera do afabularnych, zuniwersalizowanych, mrocznych wizji cierpienia, umierania i utraty.

Tekst Hanocha Levina odziera dzieciństwo z masek czy iluzji. Matka z synem próbują uciec z ogarniętego przemocą kraju na niedostępną wyspę, by być z dala od wszechobecnego zła. Ta desperacka próba ocalenia siebie i niewinności dziecka w oczywisty sposób nawiązuje do Holokaustu. Dzieciństwo w tamtych czasach to koszmar wypełniony brakiem, niedosytem, poczuciem utraty, z ciężkim oddechem śmierci na plecach. Jedną z nielicznych form ucieczki jest sen, w który zapada tytułowy bohater. U Levina lęk przed śmiercią prowokuje przeróżne postawy, a dziecko może okazać się kartą przetargową, alibi na nieco lepszy los, sposobem uniknięcia przemocy i nadzieją na łagodniejsze traktowanie. Dzieciństwo tytułowego Chłopca jest tak naprawdę jego zaprzeczeniem w naszym dzisiejszym rozumieniu.

W spektaklu Teatru Miniatura cały nazistowski kontekst sztuki Levina został zamazany. Reżyser Maciej Gorczyński tekst Levina potraktował jako punkt wyjścia do rozważań na temat natury człowieka i tego, jak funkcjonujemy bez towarzyszących nam na co dzień masek. By się ich pozbyć konieczna jest sytuacja graniczna, a taką jest wizyta oprawców w maskach upiornych klaunów, terroryzujących rodzinę Śniącego Chłopca. Ukazany na scenie Sali Prób Miniatury terror przybiera różne formy, momentami bywa groteskowy, momentami dramatyczny, z czasem jednak coraz bardziej nużący.

Znajdujemy się w uniwersalnej, symbolicznej przestrzeni ogrodzonej z dwóch stron kilkumetrowymi ścianami, które, umiejętnie podświetlone w półmroku, świetnie współgrają z mrocznym wydźwiękiem sztuki Levina. Scenografia Iwony Bandzarewicz oprócz wspomnianych ścian - ekranów projekcyjnych dla przygotowanych przez scenograf krótkich, ale treściwych wizualizacji (od nich rozpoczyna się spektakl), składa się też z pomostu, wychodzącego w stronę widzów. To nawiązanie do tekstu Levina oraz symbol pewnego, twardego gruntu wobec zalewającego ze wszystkich stron niczym morskie fale zła (nieprzypadkowo tylko Chłopiec właściwie przez cały czas znajduje się na pomoście).

Kolejne postaci pojawiają się na scenie jak kolejne wytwory sennej wizji. Nie ma tu fabularnego ciągu przyczynowo-skutkowego, a ciąg asocjacji, pełen chaotycznych zjawisk i zdarzeń, które przyrównać można do wyobraźni dziecka. Może to dziecięca interpretacja otaczającego go świata, może zwykły śniący mu się koszmar, w którym główne role rozdzielono "umarłym dzieciom", jak nazywają siebie groteskowe postaci w złowrogich maskach klaunów (również autorstwa Iwony Bandzarewicz). Wszyscy umrzemy, już umarliśmy, was również to czeka - przekonują nas "mroczne klauny".

To "memento mori" powtarzane jest wielokrotnie, niczym upiorny refren spektaklu, w którym oprócz echa źródłowych, niemal afrykańskich rytmów (owoc wieloletnich fascynacji reżysera, który kończył m.in. Ośrodek Praktyk Teatralnych Gardzienice) pojawia się dużo pełnych niepokoju, jednostajnych dźwięków i muzyki transowej (atrakcyjną warstwę muzyczną spektaklu przygotował Piotr Pawlak). Dwie kluczowe role powierzono występującym gościnnie tancerkom - Sabinie Romańczak (tytułowy Chłopiec) i Katarzyny Ustowskiej (Matka Chłopca).

Ciekawy w zamyśle zabieg wprowadzenia na scenę tańca, zupełnie się jednak nie sprawdza. Szczególnie podczas monologu Chłopca, w trakcie którego dziwaczne ruchy Sabiny Romańczak stanowią kuriozum i całkowicie odciągają uwagę od wypowiedzianych przez nią słów. Taniec Matki Chłopca w wykonaniu Katarzyny Ustowskiej, pomimo interesującej choreografii, długimi momentami również niewiele wnosi. Sama postać niejednoznacznej Matki - z jednej strony zdesperowanej, pragnącej jak najlepiej dla swojego dziecka, a z drugiej strony zmęczonej macierzyństwem, liczącej na to, że jej syn umrze, by ona znów miała czas dla siebie - intryguje najbardziej. Wewnętrzne rozdarcie tej bohaterki, dobrze współgra z mrocznym wydźwiękiem spektaklu.

Z chóru oprawców najlepiej wypada Krystian Wieczyński, który część kwestii wypowiada na wdechu. Na pozostałych zamaskowanych bohaterów reżyser nie miał równie interesujących pomysłów, za takie ewentualnie uznać można skrzypce w rękach Jadwigi Sankowskiej. Piotr Srebrowski i Jacek Majok nie dostali do rąk podobnych narzędzi, choć ten drugi tworzy udany epizod Mesjasza. Bez wyrazu Ojca Chłopca gra Jakub Ehrlich.

Wraz z czasem trwania spektaklu kurczą się pomysły reżyserskie, zazwyczaj powtarzane kilkukrotnie, co odbiera im siłę. Mroczne, minorowe, przeładowane symboliką, depresyjne wręcz przedstawienie Teatru Miniatura nie zostawia nas z żadną odkrywczą myślą czy przesłaniem. Aktorzy z uporem godnym lepszej sprawy powtórzą nam raz jeszcze, że wszyscy umrzemy. I choć jest coś intrygującego w ponurej wizji świata, zaproponowanej przez Macieja Gorczyńskiego, nie udało się tego w moim odczuciu przekuć na efekt sceniczny.

Łukasz Rudziński
www.trojmiasto.pl
30 kwietnia 2019

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski