Dzikie buhaje podbijają śląską publiczność

"Kogut w rosole" - reż. Marek Gierszał - Teatr Rozrywki w Chorzowie

Teatr Rozrywki w Chorzowie ostatnimi czasy nie miał szczęścia do premier — nie powstał żaden spektakl, który byłby w stanie powtórzyć sukces "West Side Story" czy "Jesus Christ Superstar", nie schodząc z afisza przez kilka następnych sezonów. Jednak w miniony weekend sytuacja się zmieniła. Teatr zyskał nową "lokomotywę", zdolną przyciągać tłumy widzów spragnionych lekkiej, przyjemnej rozrywki. Mowa o "Kogucie w rosole" w reżyserii Marka Gierszała

Strategia przyjęta przez Rozrywkę budzi co najmniej mieszane uczucia: sztukę Samuela Jokica prawie równo rok temu wystawił Teatr STU w Krakowie, a reżyserował ją… Marek Gierszał. Trudno oprzeć się wrażeniu, że chorzowski teatr poszedł na pewnego rodzaju łatwiznę, przenosząc na swoje deski spektakl, który ze względu na niekonwencjonalny pomysł, jakim bez wątpienia jest możliwość zobaczenia męskiego striptizu, cieszy się niezwykłą popularnością wśród publiczności. Z pragmatycznego i marketingowego punktu widzenia takie podejście wydaje się zupełnie zrozumiałe. Gorzej, gdy zmienimy optykę i spytamy, jak to się ma do postulatu artystycznych poszukiwań (nawet przy tworzeniu czysto komercyjnych sztuk).  

W ramach przyjętej strategii wzięto na warsztat sprawdzony tekst, zaangażowano sprawdzonego reżysera, który z powodzeniem ożywił go na krakowskiej scenie — zapewne z ogromną nadzieją, że identycznie zrealizowane przedstawienie osiągnie jeszcze większy sukces, czemu sprzyja mniej wyrobiona teatralnie widownia oraz niedostateczna, w porównaniu z Krakowem, oferta dramatyczna scen aglomeracji śląskiej. Spektakl Gierszała może się podobać, o ile wcześniej nie odwiedziło się Teatru STU, ponieważ reżyser zrealizował „Koguta w rosole” dokładnie według tego samego schematu, stąd nie ma mowy o jakimkolwiek większym zaskoczeniu (nawet kreacje aktorskie są wierną kopią, poczynając od charakterystycznych cech i słabości, a na ubiorze kończąc; niestety, Tomasz Schimscheiner jako Dave pozostaje absolutnie nie do podrobienia!). Szczęściem tekst Jokica obroni się zawsze, a jeśli dołoży się do niego w miarę przyzwoitych aktorów, którzy karnie zastosują się do reżyserskich wskazań, podłoży kilka znanych, dyskotekowych przebojów, to zwyczajnie musi się udać, mimo całej niechwalebnej wtórności.  

„Kogut w rosole” to komedia o facetach grana przez facetów ku uciesze kobiet, gdyż brzydsza część widowni przypatruje się z wyraźną podejrzliwością dekonstruowaniu na scenie mitu współczesnego mężczyzny. Fabuła od początku koncentruje się wokół trzech postaci, zgromadzonych w angielskim pubie, w trakcie rytualnego topienia smutków dnia codziennego w kuflu piwa. Larry (Dariusz Niebudek), osobnik porywczy oraz gadatliwy, z kompleksem małego członka, bezustannie szuka powodu do zwady albo do opowiedzenia żartu wprawiającego otoczenie w zażenowanie. Gordon (Adam Szymura) — mężczyzna, który mimo znacznej tuszy swobodnie mieści się pod pantoflem żony — z miną pokornego cielęcia liczy, że kumple rozwiążą wszystkiego jego problemy. Wreszcie Dave (Marek Gierszał) — zawadiaka żyjący na czeczeński kredyt, tonący po uszy w długach pełni funkcję sprężyny nakręcającej całe towarzystwo. Podstawowym problemem całej trójki pozostaje brak pracy, a może nawet nie tyle pracy, co środków płatniczych stosowanych w powszechnym obiegu. Sytuacja zmienia się w momencie, gdy Dave wpada na szatański pomysł założenia grupy męskich striptizerów, o wdzięcznej nazwie „Dzikie buhaje”…

Jak można się spodziewać, bohaterowie „Koguta w rosole” będą wcielać swój zabawny koncept w życie, napotykając na rozliczne przeszkody i trudności. Najwięcej problemów sprawi znalezienie pozostałych wykonawców; końcowy skład zespołu stanowi przekomiczną kombinację — poza wymienionymi uprzednio panami w szacownym gronie znalazł się także gej Collin (Andrzej Deskur), sztuk jeden, oraz świetnie zbudowany Czeczen Mustafa (Kamil Guzy), obiekt niespełnionej miłości Collina. Wśród złorzeczeń i przekleństw, żartów często nie najwyższego lotu, absurdalnych sytuacji skrywają się zupełnie poważne, męskie problemy związane z brakiem samoakceptacji oraz epikurejskim dążeniem do szczęścia, choć każdy wyobraża je sobie inaczej.

Oczywiście, najważniejszy jest finał, podczas którego panowie wykonują najzupełniej serio taniec–rozbieraniec. I trzeba odnotować, że reakcja publiczności przeszła chyba oczekiwania samych twórców — słowo „ekstatyczna” w niewielkim stopniu oddaje żywiołowość, z jaką widownia (zwłaszcza damska część) przyjęła wygibasy aktorów. Drobne wpadki: rękawy, które nie chciały się oderwać tak, jak powinny; spodnie, z których nie da się wyplątać; zamotanie się tancerza w złote nitki imitujące kurtynę — tylko zwiększyły sympatię publiczności. Niezależnie od tego, czy spektakl był odtwórczy czy nie, aktorom należą się słowa najwyższego uznania za wysiłek, jaki włożyli w przygotowanie erotycznego tańca, oraz za odwagę, by pokazać się zupełnie nago, bez nadziei na jakikolwiek Photoshop…

Monika Adamczyk
Dziennik Teatralny Katowice
18 października 2011

Książka tygodnia

Złoty garnek i inne opowiadania
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann

Trailer tygodnia