Dziś Chochoł nie tańczy

"Wesele" - aut. Stanisław Wyspiański - reż. Krzysztof Jasiński - Krakowski Teatr Scena STU

"A, jak myślę, ze panowie duza by juz mogli mieć, ino oni nie chcom chcieć!" - oto kwintesencja "Wesela" Wyspiańskiego, która nigdy nie straciła na aktualności. Dlatego Krzysztof Jasiński w Teatrze Scena STU wrócił do tego dramatu - taka była potrzeba.

"Cała publiczność, oszołomiona napięciem teatralnego wrażenia, siedziała z tchem zapartym, jakby do miejsc przykuta... Pomimo oklasków Wyspiański nie ukazał się na proscenium. Zniknął nagle z teatru niepostrzeżony... Powoli opróżniała się sala. Jeden z ostatnich wyszedł malarz Stanisławski, gdy już światła gaszono, i szeptał przyciszonym głosem: «To nadzwyczajne, szalone ale genialne!»" - Józef Kotarbiński, Ze świata ułudy, Warszawa 1926.

Nadzwyczajne, szalone, ale genialne "Wesele" jest do dzisiaj. Po tylu obejrzanych "Weselach", po różnorodnych pomysłach na inscenizację, dramat nadal wydaje się nadzwyczajny, szalony i genialny. Po ponad 120. latach od premiery. Bo dramat Wyspiańskiego to obraz „choroby polskiej duszy", społecznego marazmu, duchowego paraliżu, niemocy, zamkniętych w metaforze chocholego tańca. To dramat rozgrywający się nieustannie bez względu na czasy, w jakich żyjemy. Polska dusza jest niezmienna. Wchwiliach krytycznych gotowa do zrywu, nie umiejąca tego zrywu przełożyć na zwycięstwo. Rozmieniająca się na drobne, na osobiste waśnie, żale i złośliwości. Zatracająca pierwotny sens działań. Stawiająca na pierwszym miejscu prywatę i dla tej prywaty często sprzedajna. Polska dusza. Złożona z kontrastów, zakompleksiona, uciskana przez prawdziwych lub wyimaginowanych wrogów. Dlatego taka nieudolna. Tracąca cały impet zanim doprowadzi rzecz do końca.

Może dlatego jesteśmy mistrzami w świętowaniu własnej nieudolności. Bo głównie to nam zostaje do świętowania.

Wyspiański to wszystko zobaczył w pigułce. Wesele poety Lucjana Rydla i chłopki Jagusi Mikołajczykówny połączyło w bronowickiej chacie dwa światy: mieszkańców miasta i mieszkańców wsi, inteligentów i gospodarzy. I to wesele posłużyło Wyspiańskiemu jako "bryk" z historii Polski. On na tym weselu zobaczył rzeczy, o których głośno do dzisiaj boimy się mówić. Rozwinął to w dramat narodowy, który chyba najlepiej opisuje Polskę, zawsze podzieloną, zawsze o coś walczącą, rzadko wygrywającą.

Dlatego reżyserzy tak często powracają do "Wesela". Żaden dramat współczesny nie pokazałby lepiej tego, co napisał Wyspiański. Nie sztuka jednak wziąć na warsztat "Wesele". Sztuką jest pokazać je mądrze, ciekawie, oryginalnie, nawiązując do współczesności. "Wesel" było wiele. Nie wszystkie udane. Były tradycyjne, w strojach z epoki z muzyką ludową, ale też takie bez muzyki, scenografii i kostiumów (fenomen Anny Augustynowicz w Teatrze Współczesnym w Szczecinie).

Krzysztof Jasiński, przykładając dramat Wyspiańskiego do naszej współczesności, pokazuje, że choć podziały obecnie przebiegają inaczej, są równie bolesne i trudne do przezwyciężenia. Reżyser musiał inaczej postawić akcenty, bo dzisiaj świat wsi i miasta aż tak się nie różni. Na wielu wsiach człowiek nie uświadczy gospodarstwa rolnego z prawdziwego zdarzenia. Inteligencja i wszelkiej maści elity budują się pod miastem, czyli na dawnych terenach rolniczych wykupionych od mieszkańców wsi. Wszyscy są zadowoleni - jedni dostali pieniądze za grunty, drudzy modnie się wybudowali i zachwalają śpiew ptaków o poranku, którego nie mają czasu słuchać , bo pokonują mnóstwo kilometrów w drodze do pracy, z której wracają późnym wieczorem. Jak dobrze pójdzie, jedni i drudzy spotkają się w weekend po sąsiedzku na grilla. Ale niekoniecznie.

Tak więc linia podziału przebiega gdzie indziej. Dziś przede wszystkim dzieli polityka. Zaczęła dzielić tuż po odzyskaniu niepodległości, kiedy już nie było wspólnego wroga. A polska dusza nie może żyć bez wroga, więc musiała sobie go znaleźć. Najlepiej między sobą. I tak od 100 lat ścierają się ze sobą racje polityczne. Polacy przeciwko Polakom po dwóch stronach barykady albo Polacy obojętni wobec nieszczęścia innych Polaków. A wszystkiemu patronuje niezrozumienie. Dlaczego tak trudno nam się porozumieć?

Odpowiedzi na to pytanie szukał zarówno Wyspiański, jak i każdy reżyser podejmujący się realizacji tego dramatu.

Krzysztof Jasiński stanął inscenizacyjnie między tradycją a współczesnością. Nie zapominajmy, że "Wesele" nie toczy się w głównej izbie, ale w sąsiedniej. Tańcujący weselnicy wpadają na chwilę do izby, w której przebiega akcja, aby przysiąść, odetchnąć, pogawędzić lub się podroczyć. Toczą się tutaj niezobowiązujące rozmowy, flirty i swary. To pozwala wykorzystać niewielką przestrzeń sceniczną, której głównym elementem jest stół. Tu się polewa gorzałkę, bez której nie może się obejść polskie wesele. Ktoś wchodzi, ktoś wychodzi, z sąsiedniej sali wybiegają tańczący i znikają, chwilami dobiega głośna muzyka, ale zaraz wygasa, jakby ktoś zamknął drzwi. Do muzyki jedna uwaga - jest to głównie disco polo mocno już wyeksploatowane w różnych inscenizacjach "Wesela" lub w utworach "weselopodobnych". Na szczęście nie tylko, bo autorzy wykorzystanych utworów w większości godni.

Aktorzy za to noszą tradycyjne stroje sprzed 100 lat. Maryna i goście z miasta - stroje miejskie, goście ze wsi - Kraków Wschodni na bogato. Pan Młody również, w końcu dołącza do tej społeczności. Nie unikamy więc tradycyjnego obrazka. To jednak także żywiołowy obrazek upojnej nocy, pełnej muzyki i tańca, weselnych przyśpiewek.

Zabawa weselna miała miejsce w domu Gospodarza (Włodzimierz Tetmajer), inteligenta chłopomana, malarza, który przed 10 laty również ożenił się z chłopką i osiadł na roli. Na ścianach weselnej izby pozawieszane były m.in. symbole narodowych pamiątek: litografie "Wernyhory" i "Kościuszki pod Racławicami" pędzla Jana Matejki, skrzyżowane szable oraz fuzje. Te same obrazy pojawiają wię w formie projekcji na ścianach wokół sceny niejako uzupełniając dosyć minimalistyczną scenografię. To przypomina nam o tym, skąd jesteśmy, co nas tu doprowadziło.

Aktorsko jest to spektakl zagrany na wysokim poziomie. Andrzej Deskur jako Pan Młody ma w sobie radość i naiwność zakochanego mężczyzny, ale też skrywany podskórnie strach przed tym, co go czeka, bo przecież wchodzi w nowe środowisko, a z żoną też nie do końca całkiem się rozumie.

Beata Rybotycka gra Gospodynię "na wesoło". Wnosi do spektaklu element humoru, co jest całkiem zgrabnym zagraniem. Jednak w innych realizacjach "Wesela" Gospodyni jest zazwyczaj przedstawiana jako kobieta poważna. Sam Gospodarz mówi o żonie jako o swoim głosie rozsądku. Gospodyni to najstarsza z sióstr, kilkuletnia mężatka, matka, niejedno w życiu widziała, potrafi pijanego męża postawić do pionu. Jest rozsądna i nie daje się zwieść różnym bajaniom. Tak poprowadzona reżysersko Gospodyni bardziej mi odpowiada.

Kamila Bestry jako Rachela jest poprawna, natomiast rozkwita w scenach z widmami, kiedy odpowiada postaciom dramatu. Tutaj widać cały jej kunszt aktorski.
Jednak na mnie największe wrażenie zrobił Grzegorz Mielczarek jako Dziennikarz. To wielka sztuka zagrać minimalistycznymi środkami, bez wykrzykiwania, bez szaleństwa tak charakterystycznego dla "Wesela". Aktor pokazuje pewne znudzenie, dzisiaj powiedzielibyśmy wypalenie zawodowe, Dziennikarza. W końcu "– Pańska praca: rzecz serio, a pan takim przekreśla ją gestem, tak ją wspomina niemile (...) – Rzeczy serio nie ma; wszystko jest prowizoryczne: przekonania, opinie, twierdzenia. – Jednak Prawda – ? – Nawet Prawdy cienia!" - mówi Radczyni. Nie wdaje się w wielkie kłótnie, zachowuje spokój. Nawet kiedy się upija, to na spokojnie, bez awantur. Ajednak bije z niego energia, która skupia uwagę widza właśnie na nim.

Z kolei Czepiec Marcina Zacharzewskiego jest typowym rozkrzyczanym chłopem, który ma dużo do powiedzenia, dużo do wykrzyczenia, który jest cholerykiem, a wszystkie te cechy potęguje upojenie alkoholowe.

Robert Koszucki jako Gospodarz jest na początku tym głosem rozsądku, którym zazwyczaj bywa jego żona. Bardziej z panów niż z chłopów. Traci głowę po spotkaniu z Wernyhorą, gubi się, nie do końca pojmuje swoją rolę. Rano niewiele pamięta i znowu chce być tym rozsądnym, więc odpędza wszelkie myśli niepojęte kładąc je na karb weselnego pijaństwa. Aktor najlepiej wypada w scenie rozmowy z widmem, a potem w kontraście - w scenie chocholego tańca, w której nie tańczy. Siedzi niczym sparaliżowany niemocą, kiedy za jego plecami tańczy Jasiek.

Chocholi taniec to scena, na którą zawsze się czeka. Jak tym razem zostanie pokazany? Co wymysli reżyser? W tym spektaklu chocholego tańca prawie nie ma. Bohaterowie uciekają na dwór i nie widać ich tańca. Na scenie pozostaje wijący się w jakichś tanecznych konwulsjach Jasiek. Solo. Czyżbyśmy byli dzisiaj aż tak podzieleni, że nawet do wspólnego tańca nie chcemy się ustawić?

Dzisiaj nie jesteśmy zniewoleni niemocą, dzisiaj jesteśmy zniewoleni niechęcią. Kiepskie to rokowania na porozumienie. Chociaż ten Wernyhora... A może nie...

Małgorzata Klimczak
Dziennik Teatralny Szczecin
7 listopada 2022

Książka tygodnia

Utalentowani jak Nardelli
Sekcja Krytyków Teatralnych ZASP
red.: Anita Nowak, Krystyna Piaseczna, Piotr Rudzki

Trailer tygodnia