Dziwne zakręcenie

rozmowa z Henrykiem Adamkiem

W tym tekście najładniejsze jest, że choć może nie jest to czysto poetycki dramat, to obecna w nim poezja tak miesza się z realizmem, że pewne sceny w czasie tego karnawału są mocno symboliczne. Można to odbierać bardzo indywidualnie. To jest zresztą charakterystyczne dla twórczości Turriniego, który z jednej strony jest realistą, a z drugiej zahacza o rejony nienazywalne

Z reżyserem Henrykiem Adamkiem o przygotowanym przez niego dla jeleniogórskiego Teatru C.K. Norwida spektaklu „Sługa dwóch panów” na podstawie sztuki Petera Turriniego oraz o krytycznym potencjale commedia dell’arte rozmawia Urszula Lisowska.

Urszula Lisowska: Przygotowywany przez pana spektakl to druga w ciągu roku inscenizacja sztuki Turriniego w Polsce. Z czego może wynikać takie zainteresowanie tym tekstem?

Henryk Adamek:
Może trochę z problematyki, może trochę stąd, że szuka się takich tekstów i do myślenia, i do zabawy, a ta sztuka łączy te dwa elementy. Ma atrakcyjność myślową i atrakcyjność teatralną. To jest jej walorem; jest rozrywką, ale nie pustą.

Czyli zachował pan w swoim spektaklu element commedia dell’arte?

Tak, to właśnie jest najbardziej fascynujące. To jest zresztą jakieś tam moje marzenie: zrealizować „Sługę dwóch panów” Goldoniego. Ale spektakl Giorgio Strehlera w Piccolo Teatro di Milano poprzez swoją genialną doskonałość jakby zamyka spojrzenie na to dzieło, przynajmniej na jakiś czas. Można ewentualnie to powielać. Człowiek jest skazany, na to, żeby, nawet jeżeli nie w całości powtarzać, to przynajmniej brać pod uwagę inscenizację Strehlera. A Turrini otwiera osobną furtkę. Oczywiście, każe nam brać pod uwagę te elementy commedia dell’arte ujęte w ramach karnawału weneckiego, ale całą resztę traktuje swobodnie. I powiedzmy sobie tak można by samemu wpaść na pomysł, żeby tak właśnie potraktować Goldoniego. No, ale zrobił to już Turrini, więc nie ma o co kopii kruszyć.

Jak można by więc określić wzajemną relację tekstów Goldoniego i Turriniego?

Pisze Turrini: „swobodnie za Goldonim”. Oczywiście ta swoboda jest pozorna, ponieważ generalnie wymowa sztuki w jednym i drugim przypadku, to znaczy to, że autorzy stają po stronie tego biednego, uciskanego, jest wspólna. To właśnie łączy te dwa teksty. Łączy je też poczucie humoru, co prawda odrobinę inne u Goldoniego, a odrobinę inne u Turriniego. Ale u jednego i drugiego jest to komedia, i to mniej lub bardziej gorzka. Bo Goldoniego też można przedstawić jako komedię bardziej gorzką aniżeli beztroską. To jest wspólne dla tych tekstów. Różnią się one natomiast tym, że sztuka Turriniego dotyka takiej mocno współczesnej problematyki, to znaczy władzy kapitału nad naszymi poczynaniami. Kapitału, który dzisiaj jest nawet nienazwany, ale przecież nad nami ciąży bardziej aniżeli wszelkie rządy. Ta napisana w latach 70-tych rzecz staje się dzisiaj aktualna i namacalna. Praktycznie nie ma ucieczki spod władzy kapitału. Oczywiście, można uciec gdzieś w Himalaje, ale trzeba mieć za co.

Czyli, pracując nad spektaklem, miał pan na uwadze światowy kryzys?

Może nawet nie kryzys, ale to, że coraz bardziej sobie uświadamiamy, że nie mamy absolutnie żadnego wpływu na to, co nami rządzi.

Jakie znaczenie może mieć dla oddania takiego przekazu konwencja commedia dell’arte?

No właśnie takie, że w pewnym momencie commedia dell’arte się kończy. Kończy się karnawał, kończy się czas beztroski i coraz bardziej zaczynają dominować nad nami te inne strony rzeczywistości. To właśnie jest wspaniale potraktowane u Turriniego, który symbolicznie umieszcza akcję 20 lutego 1920 roku, kiedy to stary świat odchodzi trochę w zapomnienie i rodzi się nowy. Oczywiście, to jest data symboliczna i nie trzeba się jej trzymać, dlatego my rozgrywamy to w konwencji absolutnie współczesnej. Nie mniej cała zabawa karnawałem to jest zabawa commedia dell’arte, to jest ucieczka w tamte czasy. Ale w pewnym momencie karnawał się kończy i zostajemy sami z sobą i z naszymi problemami. W świecie wszelkich koncernów, trustów, monopoli itd., gdzie liczą się tylko kasa, kasa i jeszcze raz kasa, i interesy.

Czy myśli pan, że teraz też znajdujemy się w takim przełomowym momencie?


Wydaje mi się, że tak, choć spektakl nie mówi o tym wprost. W tym tekście najładniejsze jest to że, choć może nie jest to czysto poetycki dramat, to obecna w nim poezja tak miesza się z realizmem, że pewne sceny w czasie tego karnawału są mocno symboliczne. Można to odbierać bardzo indywidualnie. To jest zresztą charakterystyczne dla twórczości Turriniego, który z jednej strony jest realistą, a z drugiej zahacza o rejony nienazywalne.

Jak ma się karnawałowość do zabawy konwencjami? Czy można w ogóle mówić w tym wypadku o zabawie konwencją?

Można mówić, oczywiście, bo bohaterowie ciągle uciekają w tamten świat. Oni mają świadomość tego, że się bawią tamtym światem, tamtymi czasami. W takim sensie można mówić o zabawie konwencjami.

Jakie znaczenie ma dla pana fakt, że Goldoni przywołał utrwaloną już w jego czasach konwencję, do której Turrini nawiązał z perspektywy dwustu lat potem? Można chyba powiedzieć, że ta konwencjonalność jest „piętrowa”?

Tak, piętrowa. To nie jest czysty realizm tylko pewnego rodzaju deformacja, próba stworzenia w naszej rzeczywistości kolejnego dell’arte. To stare dell’arte współistnieje z tym nowym. Oczywiście „nowym” w ujęciu Turriniego, bo każdy może mieć własny patent na widzenie świata w tych kategoriach. To takie dziwne zakręcenie – takiego bym użył określenia.

Czy można ten rodzaj gorzkiej komediowości zestawić z dokonaniami Becketta i Brechta?

Można, nawet bardziej z dokonaniami Brechta. W tekście są nawet pewne partie napisane tak, że czuje się, iż Turrini bawi się, tradycyjnie ujętymi, konwencjami brechtowskimi. Można to tak potraktować. Brechta się rozpoznaje, i Turrini się tym bawi. Bawi się też włoskimi motywami. To są takie – nie chciałbym użyć słowa postmodernistyczne – ale jakieś takie zabawy literacko-teatralne. I z tego, w moim odczytaniu, jest w dużej mierze utkany ten dramat.

Nawiążę jeszcze do tytułu dramatu. Czy jego tytuł sugeruje tragiczność sytuacji bohatera, który jest rozdwojony między dwoma panami?

Tak. U Goldoniego wynika to z charakteru bohatera, z tego, że cwany Arlekin stara się łapać różne okazje. Natomiast tekst Turriniego różni się tym, że Arlekin jest zmuszony łapać drugą okazję, zmuszony jest stać się sługą drugiego pana, ponieważ pierwszy nie daje mu nic. I gdyby nawet była szansa, jak sugeruje Turrini, że stanie się jeszcze sługą trzeciego pana, to nie zrobi tak z cwaniactwa czy z przebiegłości, ale po prostu z musu.

To jest refleksja nad kondycją współczesnego człowieka?

Tak mi się wydaje. Niejednokrotnie ze szkodą dla siebie musimy służyć kilku panom, a przecież stare porzekadło mówi, że powinno się służyć jednemu, i to dobrze. Jeżeli płaci uczciwie.

Czy w takim razie konwencja karnawału odpowiada poczuciu zagubienia bohatera, który nie ma jednego celu, ale wszystko w jego życiu zostaje zawieszone albo raczej rozproszone?

Dla głównego bohatera karnawał jest pewną okazją, w którą ma szansę się wpisać. Ona umożliwia mu zaistnienie, jest po prostu okrutną szansą. To jest kpina, bo wiadomo, że w pewnym momencie karnawał się skończy i zostanie się na lodzie. Ja tak odczytuję rozumienie karnawału u Turriniego. To jest nasza ułuda, która nam towarzyszy. Myślimy, że to będzie jakieś rozwiązanie. Ale tak nie jest.

Czyli formuła karnawału nawiązuje do konwencji króla złodziei?

Tak, to właśnie coś w tym stylu. Tym bardziej, że bohater zmuszony jest, inaczej niż u Goldoniego, szukać tej szansy ze względów czysto biologicznych.

A w jaki sposób rozwijają się same relacje bohatera z jego panami? Jakie znaczenie ma wymiar relacji międzyludzkich, napięć międzyludzkich?

U Goldoniego te relacje mają bardziej wyrozumiały charakter, jeśli chodzi o stosunek pana do sługi. Natomiast u Turriniego przybiera to charakter pewnego okrucieństwa, graniczącego niemal z sadyzmem. Sługa staje się bezwzględną własnością pana.

Pytam, dlatego, że wyreżyserował pan także „Boga mordu” Yasminy Rezy, a tę sztukę przypomniał teraz Polański. Jego film koncentruje się na napiętych relacjach między ludźmi zamkniętymi w małej przestrzeni. Czy takie wątki szczególnie pana interesują jako tematy spektakli?

Mnie przede wszystkim interesuje coś innego. Przed paru laty robiłem pod tym kątem „Mirandolinę” [Carlo Goldoni "Mirandolina" Teatr im. Adama Mickiewicza w Częstochowie (1988) – UL]. O dziwo, dopiero teraz przeczytałem, bo już jest polski przekład, „Mirandolinę” Turriniego; wcześniej nie miałem dostępu do tego tekstu. Uśmiałem się, bo zrobiłem swój spektakl w bardzo podobny sposób. Tylko, oczywiście, Turrini dokonuje znacznie większej przeróbki. To są wszystko sztuki o uwikłaniu człowieka w świat pieniędzy, własności itd. To właśnie mnie rajcuje. To, jakie są konsekwencje tego uwikłania i czy w ogóle jest wyjście z takich uwarunkowań.

Czyli człowiek w pana spektaklach jest raczej wrzucony w coś większego i ponadludzkiego?

Wydaje mi się, że to jest interesujące. Tak to odbieram nawet, kiedy patrzę na naszą sytuację. My też jesteśmy bezradni wobec pewnych rzeczy, które się dzieją wokół i z których się nie można wypisać.

Pana spektakl można więc potraktować jako komentarz do rzeczywistości?

Bardzo bym chciał, żeby tak było, oczywiście bez zatracenia całej jego atrakcyjności teatralnej, a nawet rozrywkowej. Bo, jak mówiliśmy na początku, to jest tekst, który fascynuje tym, że łączy oba te elementy. Trudno powiedzieć, co przeważy. Jestem ciekaw reakcji publiczności, tego, na ile zechce się bawić, a na ile zechce posłuchać.

A jak odniósłby się Pan do tendencji do upolitycznienia teatru, które występują teraz w Polsce i są często doceniane?

Ja je również doceniam, o ile coś mądrego chcą mi powiedzieć. Bo sam wymiar kabaretowy nie zawsze jest interesujący, bo jest przewidywalny. Ale lubię polityczny teatr. Natomiast to, że Turrini ucieka w stronę dramatu poetyckiego jest tym bardziej frapujące, że dzięki temu każdy może rozwijać własną teorię na temat rozumienia świata. Nie jest mu ona narzucona z góry.

Włączenie wątków politycznych może chyba nieść ze sobą ryzyko dla wymiaru estetycznego?

Wątki polityczne w sensie dosłownym tak. Natomiast, jeśli przedstawimy je jako przeczucia, nie chcę powiedzieć spekulacje, na pewne tematy, to wtedy nabiera to innego wymiaru i nie narzuca się, aczkolwiek może dać do myślenia.

Mam nadzieję, że uda się to osiągnąć w pana spektaklu.

Ja też mam taką nadzieję. Zobaczymy, co przeważy. Nie chciałbym, żeby warstwa komiczna nabrała głównego znaczenia, aczkolwiek wiem, że ludzie dzisiaj naprawdę potrzebują, nie powiem, że czystej rozrywki, ale uśmiechu. Sam zresztą to lubię.

Dziękuję za rozmowę.

Urszula Lisowska
Dziennik Teatralny
4 lutego 2012
Portrety
Eugen Ruge

Książka tygodnia

Kantor Nie/Obecność
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Katarzyna Fazan

Trailer tygodnia

Nastazja wychodzi za mąż
Krzysztof Babicki
Kameralny spektakl o namiętnościach n...