Einstand

"Chłopcy z placu Broni" - reż. Marta Streker - Teatr Lalki i Aktora w Wałbrzychu

Ulica Pawła znajduje się nieopodal słynnego placu Broni i pierwsza polska tłumaczka powieści Janina Mortkowiczowa postanowiła zmienić tytuł z „Chłopców z ulicy Pawła" na właśnie „Chłopców z placu Broni.", nadając symboliczne znaczenie właśnie temu miejscu. Na placu Broni, którego pilnował stary Słowak, znajdował się swoisty chłopięcy interior, magiczna kraina, za której granicami nie dotykały ich problemy dnia codziennego, obowiązywał honorowy kodeks, a fantazja dawała nieograniczone pole do popisu.

W przedstawieniu większość akcji wydarza się poza placem, który jawi się w sztuce jako miejsce mityczne, podwórkowa Arkadia, o której chłopcy marzą i o którą, jak się okazuje, będą walczyć na poważnie, gdyż w tym wieku nie traci się jeszcze złudzeń w ideały.

Na deskach teatru występują prawie wszystkie postacie z książki Ferenca Molnara. Aktorzy grają w maskach, stylizowanych na ekspresjonizm. Twarze są duże, zdeformowane, namalowane grubą kreską, o dużych oczach i jaskrawych kolorach, kojarzących się z walką. Większość scen jest zbiorowa, tak jakby chciano podkreślić funkcjonowanie chłopców w grupie, nie pomijając jednak ich specyficznych cech. Aktorzy bardzo dobrze oddają charakter każdej z postaci, na scenie szumi jak w ulu. Grupa jest zlepkiem różnorodnych młodzieńczych emocji, tchórzostwa, gniewu, będących następstwem rywalizacji pomiędzy nimi, która jest motorem działania typowym dla tego wieku.

Na scenie jest więc gwarno, wesoło, ale i nerwowo. Najspokojniejsza postać subtelny Nemeczek ( zagrany subtelnie przez Filipa Niżyńskiego), najbardziej ugodowy i poddańczy, wydaje się być w tle, potępiany za tchórzostwo przez większość chłopców, na końcu jednak to on okazuje się największym bohaterem.

Wydarzenia dzieją się w różnych miejscach, np. w szkole, gdzie stają się uczniami i usypiają swoje wojownicze natury, poddani nauczycielowi. Stają się sobą dopiero na placu, który uruchamia w nich inne, bardziej kojarzące się z dorosłymi, role. Widać tu podobieństwo z Goldingowskim „Władcą much" w tej próbie konstrukcji świata, opartego na hierarchii władzy, choćby w stopniach nadawanych członkom grupy z placu Broni jak : szeregowy, porucznik.

Kostiumy i maski w przedstawieniu podbijają paraboliczną moc fabuły powieści jako genezy narodzin zła. Nawet w podwórkowej bandzie rodzą się mechanizmy oparte na przemocy i poddaństwie, co z pewnością jest analogią do rodzącego się w Europie na początku XX – wieku zła jakim był nazizm.

Słowem kluczowym jest tu właśnie tytułowy „einstand", hasło którym silniejsi ( w książce byli to bracia Pastorowie) wymuszali na słabszych, bardziej uległych chłopcach posłuszeństwo i zabierali im rzecz, którą się tamci akurat bawili. „Einstand" to symbol wygranej zła, siły górującej nad światem, braku empatii i współczucia. Matka i ojciec Nemeczka to para uczciwych ludzi, wydaje się, że razem ze swoim synem ostatni uczciwi i dobrzy na tym świecie. Ostatnie sceny sztuki rozdzierają serce, aż chce się zmienić bieg nieubłaganego losu, który uśmiercił niewinnego chłopca. Dramatyzm i rozpacz, ukrywany pod udawanym spokojem Matki ( Bożena Oleszkiewicz) jest wręcz mitologiczny, tak jakby nieuchronność fatum była osią sztuki. Iluzja rządząca światem chłopców z placu Broni pryska, zostaje prawdziwy świat, z zatroskaną matką, biednym ojcem, drogimi lekarstwami i kapryśnymi klientami, narzekającymi na zbyt niedopasowany płaszcz. To także sztuka o grzechu młodości, będącym pychą i zadufaniem we własną moc, nie zauważając przy tym osoby, którą można skrzywdzić.

Dlatego chwała Teatrowi Lalki i Aktora z Wałbrzycha za jej odświeżenie, ona jest uniwersalnym lekarstwem, szczególnie w czasach online, w których nietrudno o samotność, izolację i brak kontaktów międzyludzkich. Ona roztapia lód w sercu, podobny do tego z serca Kaja z „Królowej śniegu". Tylko błagam, niech to będzie ostatnia sztuka, której recenzje zdarzyło mi się pisać na podstawie streamingowego pokazu. To tak jakby opisywać smak potrawy na podstawie jej zdjęcia. Bez polisensoryzmu, którego w teatrze, jaką nielicznej ze sztuk, można w pełni poczuć jest to doświadczenie ubogie i niepełne. I na ile mogłam oddałam klimat tej sztuki, która jest według mnie połączeniem arkadyjskiej bajkowości świata utraconego dzieciństwa z nadchodzącym okrucieństwem dorosłości. Podkreśla to także oświetlenie, oscylujące z jasnego, łagodnego w czerwone, jaskrawe w scenach walki i przemocy.

Justyna Nawrocka
Dziennik Teatralny Wałbrzych
20 lutego 2021
Portrety
Marta Streker

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Gdziekolwiek - wibracj...
Mariusz Kiljan
Wszędzie na świecie rodzimy się i umi...