Elektra w romantycznym anturażu

"Elektra" - reż: Willy Decker - Teatr Wielki w Warszawie

Ostatnie premiery w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej wywoływały spore zamieszanie. Odważne, oryginalne interpretacje sceniczne Mariusza Trelińskiego ("Borys Godunow" Musorgskiego jako współczesny thriller polityczny), Michała Zadary ("Oresteia" Xenakisa jako mit założycielski współczesnej Polski), Jona Tombrego ("Ofelie" Hellsteniusa jako postfeministyczna dekonstrukcja Szekspira) budziły na zmianę sprzeciw i konsternację. Choć nie wszystkie pomysły były trafione, trudno mieć reżyserom za złe, że próbowali poprzez operę powiedzieć coś aktualnego. Najważniejsze przecież to skłaniać do myślenia i wzniecać estetyczne dyskusje. Dobrze, że znów stały się one elementem uczestnictwa w życiu operowym

Pobudzona inscenizacjami oraz rozwijającą się wokół nich debatą na temat granic reżyserskiej interpretacji, nie sądziłam, że w operze wciąż jeszcze nie został zamknięty temat reliktów XIX-wiecznego aktorstwa. Gdyby dotyczyło to prowincjonalnego przedstawienia, pewnie bym się nie przejęła, ale tu chodzi o inscenizację jednego z najbardziej szanowanych niemieckich reżyserów operowych.

Pod koniec marca w TW - ON odbyła się premiera "Elektry" Richarda Straussa w inscenizacji Willyego Deckera. Przedstawienie powstało dla teatru operowego w Brukseli i w Warszawie oglądaliśmy jego przeniesienie. Orkiestrą Opery Narodowej zadyrygował Tadeusz Kozłowski, zaś jako soliści wystąpili m.in. Ewa Podleś (Klitajmestra), Jeanne-Michele Charbonnet (Elektra), Danielle Halbwachs (Chryzotemis), Mark Schnaible (Orestes) i Kurt Azesberger (Egist).

Wieczór był muzyczną ucztą i to nie ulega wątpliwości. Zarówno orkiestra, jak i śpiewacy dali z siebie wszystko. Przyjemność z obcowania z dziełem Straussa nieznośnie psuła jednak inscenizacja.

W przeciwieństwie do wspomnianych powyżej realizacji, "Elektra" Deckera to spektakl o niczym. W książce programowej zamieszczono wiele interesujących tekstów, m.in. psychoanalityczną interpretację kompleksu Elektry, jednak na scenie nie ma po nich ani śladu. Reżyser nie zaznaczył żadnych wektorów interpretacyjnych, wskutek czego bohaterowie antycznej tragedii i ich uczucia od pierwszej do ostatniej minuty pozostają obojętni. Na scenie działają obłąkane kobiety i niewyraźni mężczyźni. Rzekomo trudna relacja córki z matką z niczego nie wynika i rozmywa się w pretensjonalnym, a momentami po prostu złym aktorstwie.

Willy Decker uchodzi za sprawnego operowego konserwatystę; wierny dziełu kompozytora i librecisty, za wszelką cenę stara się zbliżyć do ich idei. Ale "Elektra" jest raczej próbą zbliżenia się do sztampowego teatru operowego sprzed wieku. Rzecz dzieje się w monumentalnej twierdzy ze schodami, po których błąkają się romantyczne heroiny w długich sukniach z perłami na szyi albo koroną na głowie. Uczucia wyrażają, wznosząc do góry ramiona albo gwałtownie ukrywając twarz w dłoniach. Co chwila przebiegają z jednego krańca sceny na drugi, rzucając się na ścianę z papier-mache. Albo też podnoszą na siebie siekierę i ceremonialnie przytrzymują ją w powietrzu. Największy niesmak i zarazem zdumienie wzbudziła jednak otyła Chryzotemis, do której Elektra śpiewa w pewnym momencie: Ścięgna masz jak źrebię. Smukłe są twoje stopy. Jak szupłe sq twoje biodra, jak łatwo je objąć mogę. Dodajmy, że biała toaleta Chryzotemis, zamiast ukrywać

niedostatki figury, uwypuklała krągłe kształty. Czy wypada, aby reżyser narażał znakomitą śpiewaczkę na śmieszność? Przecież - jak pisał Peter Brook - nie ma żadnego powodu, aby śpiewacy operowi byli groteskowo grubi. Mamy dziś mnóstwo bardzo urodziwych kobiet, o zgrabnych figurach i pięknych glosach; mamy szczupłych mężczyzn, którzy śpiewają równie dobrze, co otyli. A jeśli już naprawdę nie ma szczupłych śpiewaczek zdolnych wykonać mordercze partie w operach Straussa, nie ma powodu, by wciskać je w ciasne sukienki!

W ostatnim czasie w Polsce odbyło się kilka premier dzieł Richarda Straussa. Opera Wrocławska pokazała Kobietę bez cienia (w dość tendencyjnej jednak inscenizacji "prorodzinnej"), a Opera Bałtycka przygotowała "Ariadnę na Naxos" (w nieco kontrowersyjnej, ale dającej do myślenia interpretacji "szpitalnej"). W ich kontekście Elektra Willyego Deckera jest próbą zawrócenia opery z drogi, na którą wprowadzili ją najwybitniejsi twórcy teatralni XX wieku, jeszcze w czasach Wielkiej Reformy. Nadal jednak są ludzie, którzy twierdzą, że operze nie jest potrzebny teatr i przyjemniej jest jej posłuchać z płyty.

Monika Pasiecznik
Odra
1 lipca 2010

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...