Elektryzacja Opery Narodowej

"Elektra" - reż: Willy Decker - Opera Narodowa w Warszawie

Sporą lukę w polskiej operze, jeśli chodzi o muzyczną spuściznę Richarda Straussa, wypełniła ostatnio Opera Narodowa w Warszawie. Po świetnych inscenizacjach "Kobiety bez cienia" we Wrocławiu i "Ariadny na Naxos" w Gdańsku, po prawie czterdziestu latach, na deski Teatru Wielkiego powróciła monumentalna "Elektra".

Wróciła z dużym impetem i doborowym wykonaniem. Willy Decker, którego pamiętna realizacja „Traviaty” z udziałem Netrebko i Villazona podbiła Salzburg, zrealizował w Amsterdamie te dwugodzinne i olśniewające dzieło ekspresjonizmu. Całość przeniesiono do Warszawy, zapraszając międzynarodową obsadę solistów doskonale współpracującą z naszymi rodzimymi artystami.

„Elektra” to stara historia opowiadająca o córce Agamemnona, czekającej na powrót brata Orestesa, aby wspólnie z nim pomścić bestialsko zamordowanego ojca przez matkę Klitemnestrę. Posłużyła ona Straussowi do muzycznego wybudowania przejmującej opery, gdzie tytułowa tragiczna bohaterka zmaga się nie tylko ze swoją powstałą sytuacją życiową, ale taż z samą sobą.

Reżyser skupia się głównie na dramaturgii i budowaniu charakterologii postaci, rozrysowując wśród potężnej scenografii Wolfganga Gussmanna obraz nieszczęścia Elektry i wydarzenia jej towarzyszące. Tytułowa bohaterka zamknięta jest w monumentalizmie bezmiaru i wewnętrznego chaosu. Całą scenę obejmują wielkie ściany zbroczone krwią i schody. Nie zobaczymy w tej realizacji zmian dekoracji, gry świateł, ani popisu wyobraźni kostiumologa. Wszystko jest ascetyczne, a jednocześnie przytłaczające tak, jak muzyka. Przez dwie godziny bez przerwy znajdujemy się w surowym świecie i oglądamy mistrzowsko zrealizowane dzieło. Pomimo oszczędnych środków, Decker wizjonersko porusza uczuciami i wydobywa z tego dramatu szereg emocji. 

Rolę bezwzględnej, szalonej Klitemnestry powierzono wielkiej diwie polskiej opery Ewie Podleś. Śpiewaczka dysponująca niezwykłym kontraltem, rewelacyjnie wykreowała rolę bezdusznej matki. I choć partytura Straussa nie daje wiele możliwości do popisu śpiewaczce, jej każdorazowe wejście cechowało się sugestywnością wyrazu i pięknie poprowadzoną frazą.

Niedysponowana na premierze Jeanne-Michele Charbonnet stworzyła wspaniałą kreację Elektry. Śmiało można rzec, że „zelektryzowała” warszawską publiczność swoją dojrzałością sceniczną, rozległym skalowo mezzosopranem, doskonałym śpiewem i rewelacyjną grą aktorską. Artystka dała popis swoich najlepszych umiejętności i nie dało się zauważyć, jakoby choroba przeszkadzała jej w występie. Uwagę słuchaczy koncentruje mistycznie prowadzony sopran dramatyczny, który góruje nad całą resztą.

Wyróżnia się ponadto Danielle Halbwachs, jako Chryzotemis (siostra Elektry), która bryluje na scenie miękkim i donośnym sopranem. Nie zawodzi Orestes, w którego wcielił się Mark Schnaible. Bardzo dobrze wypadają polskie śpiewaczki (Służebnice).

Pełną rozmachu i ogromną instrumentalnie partyturą Straussa rewelacyjnie zajął się Tadeusz Kozłowski. Doświadczony już operą wybitny dyrygent, nie prowadził wcześniej monumentów kompozytora, a mimo to pokonał wszelkie trudności muzyczne. Prowadzona przez niego rozbudowana do granic możliwości orkiestra bardzo dobrze współgrała i jeszcze lepiej korespondowała z solistami. Kozłowski kreował dramatyzm, wyważał ekspresję i tworzył rosnące napięcie w muzyce zarówno w zmianach dynamicznych, jak i rozbudowanej harmonice. Orkiestra pod jego batutą brzmiała czysto, przejmująco i wyraziście.

W spektaklu tym odnajdziemy wiele odwołań do filozofii, pojęcia bytu i eschatologii, co z niespotykaną intuicją i wyważeniem proporcji pokazał Willy Decker. 

„Elektra” powraca na polską scenę operową z impetem i nowym, świeżym spojrzeniem.

Maciej Michałkowski
Dziennik Teatralny Wrocław
3 kwietnia 2010

Książka tygodnia

Mewa. Egzemplarz reżyserski Krystiana Lupy
Akademia Sztuk Teatralnych
Krystian Lupa

Trailer tygodnia