Europa bez granic

"Czekając na Turka" - reż: Mikołaj Grabowski - Stary Teatr w Krakowie

Stasiuk w "Czekając na Turka" dokonał syntezy dwóch płaszczyzn tematycznych dotychczasowej swojej twórczości - życia prowincji i prowokującej analizy problemów współczesnych. Ani jedno, ani drugie nie zostało jednak poprowadzone bezbłędnie na scenie. Czy to wina tekstu, czy reżyserii - trudno rozstrzygnąć. Przedstawienie jednak nie porywa i nie przekonuje.

Ciekawy był pomysł Stasiuka, który swą sztukę napisał w ramach projektu „After the fall” organizowanego przez Goethe Institute, w ramach którego 17 autorów z 15 krajów miało przedstawić sztukę o Europie po 1989 roku. Polak sportretował skutki zniesienia granicy, które stają się traumą „sierot po Schengen”. Nakreślił to jednak w sposób szczególny. Na (dosłownie) bezgraniczną wolność spogląda z perspektywy mieszkańców „Polski C”, tych dobrze pamiętających czasy komunizmu i żyjących ich resentymentem, jak Pan Edek - celnik z ponad trzydziestoletnim doświadczeniem, bądź marzących o pracy na Zachodzie, jak Marika - sprzedawczyni w słowackiej budzie z wódką. To im niwelacja granic nie przyniosła niczego dobrego, zabrała nie tylko gratyfikacje finansowe, ale i poczucie przynależności. Skonfrontowanie ich z młodym Patrykiem, który dla Edka będzie przedstawicielem nienawistnej doczesności, a dla Mariki namacalnym dowodem sukcesu Zachodu, odsłania polskie przywary, lęki i fobie, a także ukazuje współczesną Europę jako nieznającą granic- jednak rozumianych nie dosłownie, a jako brak hamulców do wykorzystania jakichkolwiek środków w celu zdobycia pieniądza. 

Tekst Stasiuka jest nieco kpiący czy może bardziej - prowokacyjny, czego jednak nie sposób odczuć ze sceny. Spektakl staje się po prostu nieautentyczny. Chór, złożony z byłych przemytników, częściej w sposób komiczny paraduje po scenie czy wykonuje dziwaczne figury niż rzeczywiście wypełnia rolę sensownego komentatora. Młoda celniczka podporządkowująca się wschodnim inwestorom, to polskie wydanie Lary Croft, co jednak nijak pasuje do odgrywanej konwencji. Żywotności i autentyzmu na scenie dodaje tylko świetna Iwona Bielska (Marika). Jest tu nieco zgrabnego humoru, zabawnych sytuacji, niebanalnych spostrzeżeń. Wszystko jednak ledwie wtrącone pomiędzy sceny na siłę i próbujące być atrakcyjnymi. Trochę pioseneczek, trochę ruchu, nieco przerysowanych gestów, efektowne wykorzystanie teatralnej aparatury, a pomiędzy tym przemycany poważny wydźwięk - każdy znajdzie coś dla siebie. Niestety, w tym wypadku, to się nie sprawdza - spektakl, zamiast zadowolić wszystkich, nie nasyca nikogo. 

A jest tu sporo ciekawych tropów. Trafna analiza polskich paranoidalnych lęków, resentymentów, charakterów. Polski strach przed zatraceniem polskości - tego, co dobre, a więc nasze. Jednocześnie, wprowadzenie motywu emigracji, pozwala odczytać tę sytuację szerzej - jako odbicie zachodniego strachu przed „zalewem Wschodu”. Ostatnie zaś sceny, mówiące o ambitnym planie zrealizowania na granicy polskiego muzeum komunizmu i odtworzeniu przekłamanego obrazu ówczesnej sytuacji politycznej są obrazem traktowania historii jako towaru na sprzedaż, braku hamulców w dążeniu do zysku. A jednak pomimo niewątpliwej trafności tych problemów i prowokacji względem aktualnych zagadnień tkwi w tym wszystkim pewna „papierowość”. Nie wiem dlaczego, ale po prostu nie wyszło.

Magdalena Urbańska
Dziennik Teatralny Kraków
30 czerwca 2009

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia