Extra "Extravaganza"

"Extravaganza o miłości" - reż. Joanna Drozda - Teatr Polski w Poznaniu

Wyrwały się wreszcie poznańskie mieszczuchy w piątkowy wieczór z chat swoich wysprzątanych i postanowiły zaszaleć. Porozpinały ciasne gorsety, podkasały grzeczne spódnice i poszły w tango. Nareszcie!

"Extravaganza" w warunkach poznańskich mogła być tylko projektem "wysokiego ryzyka". Bo jak tu zrobić bezpruderyjny spektakl-kabaret o miłości, o najgłębiej skrywanych (także erotycznych) fantazjach, w mieście najbardziej z wszystkich mieszczańskim? Jak wstawić do programu striptiz i wyśpiewany monolog waginy w mieście, gdzie na sam dźwięk słowa "seks", rzuconego niechcący przy niedzielnym obiedzie, ojciec nerwowo podkręca wąsa, a matka zrywa się od stołu, zbierając brudne talerze? Jak wreszcie zrobić spektakl bez kompleksów i żadnych zahamowań, w mieście poważnym, statecznym, które od lat nie może złapać do siebie dystansu? No jak?

Twórcy "Extravaganzy" w Teatrze Polskim zaryzykowali. I się udało! Po raz pierwszy od dawna poznaniacy sami z sobą robią porządek. Domestosem, Ludwikiem i Vanishem. Wymiatają kąty, zaglądają pod dywany. Radośnie i z pieśnią na ustach. W peniuarze i koronkowej bieliźnie. W tangu i kankanie. Przy szampanie i śledziu. Otwierają szeroko okna, wietrzą wieloletni zaduch, biorą głęboki oddech, by pośmiać się z samych siebie. Z penerów i bohaterów słynnej poznańskiej sagi (ze względu na proces, który jej autorka wytoczyła poprzednim reinterpretatorom, nazwanej tutaj "Łazariadą"). Z kiboli - patriotów. Z biegających między King Crossem a Plazą klientów galerii handlowych. Z zakupowej mekki i jej twórczyni Grażyny K. Z seksafery wokół Napoleona i Antoniny - dwóch osłów z poznańskiego zoo...

Trupa pod wodzą Joanna Drozdy wychodzi jednak i poza poznańskie podwórka, schematy, afery, symbole i stereotypy. Dostaje się Beacie Szydło i Angeli Merkel, rozprawiają się z programem "500 plus" i "prawdziwymi Polakami". "My się nie chcemy bić, my się chcemy całować" - śpiewają w finale poznańscy penerzy. I wszystko staje się jasne, i wszyscy ściskają się, całują. Między sobą i z widzami. W usta też.

Pamiętam pierwszy występ w Poznaniu (dziś już prawie) legendarnej warszawskiej trupy - kabaretu "Pożar w burdelu". Poznańska widownia w lekkim osłupieniu słuchała siarczystych przekleństw, które płynęły ze sceny i bezpośrednich aluzji do konkretnych osób: od polityków i biskupów po hipsterów i celebrytów, i trafiających w punkt komentarzy dotyczących wydarzeń z pierwszych stron gazet. Członkowie warszawskiej trupy nie szanowali żadnych świętości, nie oszczędzali nikogo. A zszokowanej poznańskiej publiczności zafundowali polityczno-obyczajową jazdę po bandzie. Ale i "oczyszczenie" - przez śmiech.

Teraz, by wziąć łyk świeżego powietrza, nie musimy już wołać warszawiaków z Pożaru. Mamy swoje powietrze (odświeżone Brisem - jak dodałby pewnie Jakub Papuga, największy amator wszelkich środków czystości w "Extravaganzie"). Jest szansa, że odetchniemy wreszcie pełną piersią.

Znakomite teksty, muzyka na żywo, dynamiczne "numery" i świetni aktorzy (wśród nich ci, których kabaretowe talenty dotąd pozostawały raczej głęboko ukryte) - to wszystko decyduje o tym, że poznańska "Extravaganza" jest po prostu skazana na sukces.

***

Ciekawe, czy po nocnym tangu z "Extravaganzą" poznaniacy wstaną skoro świt w sobotę, by dywany trzepać, podłogi myć, firany prać i obiady niedzielne gotować? Jak zwykli to robić? Chyba zaryzykuję zakład o setkę wódki ze śledziem, że nie tym razem.

Sylwia Klimek
kultura.poznan.pl
17 lutego 2016

Książka tygodnia

Wybór poezji
Wydawnictwo Ossolineum
Zbigniew Herbert

Trailer tygodnia

5. Międzynarodowy Fest...
Adolf Weltschek
W tegorocznym programie znalazło się ...