Fatum czai się wszędzie

"Grona gniewu" - reż. Paweł Wodziński - Teatr Polski w Bydgoszczy

Problematyka najnowszej premiery w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, "Grona Gniewu", zbliżona jest do prezentowanego w minionym sezonie spektaklu "Detroit" w reżyserii Wiktora Rubina. I w jednej, i w drugiej inscenizacji pokazane są prowadzące do wielkich kryzysów, nieprzewidywalne mechanizmy ekonomii. Tyle że w jednej bankrutuje miasto, w drugiej do ruiny doprowadzeni zostają farmerzy; a do katastrofy ich życia dodatkowo jeszcze przyczyniają się klęski żywiołowe. Tak czy owak, i tu i tam nad ludźmi zawisa fatum. Nie są w stanie się obronić. Tracą nie tylko cały dobytek, swoje miejsce na ziemi, ale i godność. Analogia do współczesności? Może.

Przenoszenie powieści na scenę bywa ryzykowne. Paweł Wodziński oparł się jednak na doskonałej adaptacji Franka Galati, amerykańskiego reżysera, scenarzysty i aktora. Jego inscenizacje na podstawie własnych adaptacji powstające, zdobywają wiele nagród. Ma na tym polu i nominację do Oskara.

Motywem spektaklu jest droga. I to także niełatwo atrakcyjnie przedstawić w teatrze. Tymczasem inscenizacja jest nie tylko bardzo spójna, czytelna, ale i niezwykle zrównoważona kompozycyjnie. Dzięki wyobraźni Pawła Wodzińskiego na scenie powstaje ciekawa jedność - złożona z elementów różnych form literackich i plastycznych. Usytuowano tu dwa ekrany. Na tylnej ścianie sceny i tuż nad nią. Wyznaczono im różne funkcje. Na pierwszym dokumentalnymi materiałami ilustrowane są narracje publicystyczne, na drugim prezentowane zbliżenia scen rozgrywanych między aktorami. Także wtedy, kiedy przebywają we wnętrzach obozowych namiotów. W pierwszym przypadku obraz wzmacnia słowo, w drugim pozwala bez ostrych teatralnych środków pokazywać emocje postaci.

Ponieważ atmosfera opowieści o losach rodziny Joadów jest bardzo przytłaczająca, reżyser stara się ją od czasu do czasu nieco rozładowywać właśnie formą. Odwołuje się przy tym często do technik teatralnych z lat trzydziestych, kiedy to rozgrywają się sceniczne zdarzenia - np. za pomocą ogromnego wentylatora i skrzynki z brązowym pyłem na oczach widzów wywołuje na scenie piaskową burzę, a rozchlapywaną z miski ręcznie wodą, rozpylaną potem przez podmuchy z tegoż wentylatora, zacinający deszcz.

Sporo w tym spektaklu dobrej gry aktorskiej. Interesująco prezentuje się np. Grzegorz Artman w roli Jima Casey'a, pastora, który utracił wiarę. Jakby na marginesie słów, mimiką, ruchami stara się przekazać widzom odczucia człowieka, którego życie stało się bezsensowne.

Ten spektakl zapamiętam jednak przede wszystkim jako wspaniałą kreację Beaty Bandurskiej. Najciekawszą od czasów jej Rimmy w "Martwej Królewnie", zrealizowanej w 2001 roku przez Pawła Szkotaka w Teatrze Polskim w Poznaniu, w Bydgoszczy prezentowanej na pierwszym Festiwalu Prapremier. Matka Joadów w naturalny sposób, stopniowo przejmuje władzę w rodzinie. Kiedy mężczyźni załamują się, albo odchodzą, ona ani na chwilę nie traci psychicznej siły. Nawet w najbardziej dramatycznych momentach stara się podejmować optymalne dla przetrwania - choćby cząstki rodziny - decyzje. Aktorka nie manifestuje siły swojej postaci jakimiś mocnymi środkami, ale jakby mimochodem uwalnia ją z wnętrza. Ani na chwilę nie tracąc przy tym spokoju i ciepła, którymi przez cały czas obdarza ludzi. Na emocjach widzów Bandurska gra najdelikatniej jak to tylko możliwe. A wrażenie jest piorunujące.

(Recenzja emitowana 17 stycznia 2016 na antenie Polskiego Radia PiK w Śniadaniu z Muzami)

Anita Nowak
www.teatrdlawas.pl
21 stycznia 2016

Książka tygodnia

Street Art. Wielcy artyści i ich wizje
Wydawnictwo ARKADY
Alessandra Mattanza

Trailer tygodnia