Feeria czy realizm?

"Nastia" - reż. Jury Dzivakowa - Teatr Powszechny w Warszawie

7 kwietnia w Teatrze Powszechnym obyła się premiera spektaklu ,,Nastia", w reż. Jury Dzivakowa. Kontrowersyjne dzieło ubrane w ruch i obraz jest przedstawiane w języku rosyjskim, z wtrąceniami i polskimi napisami.

Pokrętna fizjonomia twórczości
Spektakl w kolubryniastej, ciężkostrawnej, wyrywającej z rąk ciepłych zapewnień formie, został zrealizowany na podstawie wzburzającego opowiadania ,,Nastia", ze zbioru ,,Uczta", autorstwa Władimira Sorokina. Zagrano go na małej scenie w Teatrze Powszechnym im. Zygmunta Hübnera 7 kwietnia. Wyreżyserowania tego surrealnego, a jednocześnie graniczącego z prawdopodobieństwem utworu podjął się Jura Dzivakou. Jest to podtrzymywana w duchu tematyki autora sztuka o naturze na wpół moralitetu, epizodu katastroficznego, wywodu o zaślepieniu ideami, predykcją, przy użyciu spersonifikowanych wad ludzkich, o naturze groteskowej.

Sorokinowi nie obca jest wędrówka w odmęty historiozofii i tanatologii, w poszukiwaniu kolejnych napawających pesymizmem i łamiących karki odniesień do bestialstwa, jakie w sobie przez bierność i postój w nieświadomości człowiek pielęgnuje. Jego dzieła są mniej więcej przypomnieniem o marności bytu, utrzymanym w tonie apokaliptycznym. Nieważne jakie byt ma imię lub czy je w ogóle ze sobą w życiu nosi. Jest małym, skurczonym momentem, nie mającym prawa do rządzenia światem.

Rozkraja środek postaci, odsłaniając najgłębsze, jeszcze ciepłe organy, nie w celu propagowania przemocy, a jedynie odkurzenia bałaganu spod dywanu. Mówi do nas fabułą: Przyjrzyj się. Widzisz swoje odbicie? Gdzieniegdzie słychać rwetes, ludzie burzą się, zaciskając dłonie na skrzyżowanych ramionach. Najmocniej to się dziwią, że tacy jak Sorokin jeszcze są. Otwarci na bezkarność i absurd świata. Nieprzerażeni okrutnością, a przedstawiający ją w surowej, nieprzetworzonej formie dla mas. Precyzyjnie i z oddaniem zamykający czyjąś drastyczną historię w nowelce-dramacie, ku skrętom jelit elity, która wzruszona lub nie, ucina nić między dawcą a biorcą sztuki, puentując: taka prawda o nas samych.

Nakrycie do fety
Ezoteryczny klimat jest podtrzymywany przez leżące, wiszące i stojące nago rekwizyty. Brak kurtyny łamie bariery i etapy budzenia się historii do życia. Od kiedy zaczynamy? Ale przede wszystkim co oznacza to rozmieszczenie i jak je rozumieć?

Zaczynając od początku. Gromadzimy się w sali i czekamy na nadejście postaci, rozbudzenie widowiska, ukazanie subiektywnego obrazu lektury. Swobodne przesiadywanie wśród ostudzonych przedmiotów, w otoczeniu zapachów i dźwięków, jest wstępem do spektaklu, wystawą. Już tutaj dużo się dzieje.

Interaktywny dywan. Obraz Jezusa. Monitory. Gryząco żółte fotele. Szklana szkatułka rozmiaru człowieka, a w niej chyba srebrna poduszka. Elementy nowoczesne i tradycyjne.

Kobietę z głośnika przekrzykuje śmiech diabła. Dym wchodzi w gardło kłębiąc się jak wata. Możliwe, że nie ma smaku. Może to kwestia mirażowej scenografii, ale podniebienie wyczuwa obecność mięsa. Po co to wszystko? Tego możemy się mniej więcej domyślać. Prawdziwe oblicze rekwizytu widzimy zazwyczaj z bliska, a to nie jest nam teraz dane. Wypolerowana podłoga wygląda niewinnie jeszcze nie nasiąknięta krwią.

To co przymusowo trzeba podkreślić. Na scenie grają aktorzy, a z nimi w duecie czy septecie światło. Jego zamierzone manewry wyglądają niczym cichy taniec filigranowej nimfy. Czasem tracąc przyziemną przytomność nasze oczy pochłaniają widok wypluwanego makaronu, czarnej perły na tronie z jelit czy skowytu sztućców malujących rysy na pudełkowej trumnie, a my nie skupiamy się na tym, że ktoś nam te przedmioty i czynności odsłania. Smukłe łuny, odblaski, solidne promienie. Za sprawą jednego instrumentu, wszystkie są odpowiednio widzowi porcjowane, mimo że scena żyje w całości. Wymaga to dyscypliny i doświadczenia, zgrabnych ruchów i wymęczonej próbami pamięci, by budować naświetleniem relację ludzi i akcji.

Oczami świadków nieprzyjaciół
Opowieść dotyczy tytułowej Nastii żyjącej na przełomie XIX i XX wieku. Mieszka w dworze pełnym ułudy i hipokryzji. Pozornie rajski dom, w którym propaguje się otwartość i poszanowanie drugiego człowieka jest więzieniem czystych dusz, plamionych zezwierzęceniem. Duma oraz pojęcie moralności są mocno unerwione wśród męskiej części rodziny i znajomych. Kobiety rzadko przejawiają chęć do buntu, która zostaje szybko i drastycznie stłumiona w zarodku, a one ukarane za dystynktywną myśl.

Historia Nastii jest zobrazowaniem młodych ludzi, którzy mają klapki na oczach wchłaniając wiedzę od starszych pokoleń, bez ich przefiltrowania. Wciąż nieukształtowani próbują odnaleźć siebie korzystając z wybranych im, a nie przez nich narzędzi. Sorokin demonstruje obłudę starszych potomków, chcących by nieoszlifowane diamenty patrzyły na sytuacje przez pryzmat cudzych doświadczeń, odbierając im swoistość i indywidualność.

Cała gromada gości zjawiła się w celu celebrowania szesnastych urodzin Nastii. Jubilatka zdaje się być podekscytowana zbliżającym się zajściem, zapisując skrzętnie szczegóły dnia w notatniku. Biesiadnicy ubierają swoje egoistyczne cele w pragnienie pomocy dziecku w dążeniu do udoskonalania wewnętrznego ,,ja" i przeistoczenia go w lepszy kształt. Starają się wszelkimi sposobami ukazać jej zjawisko spalenia i pożarcia organizmu jako procesu dorastania do ideałów, formy nobilitacji, odrzucania zbędnej skorupy. Uśmiechem na twarzy tuszują wyalienowanie dziewczynki.

Jak się później okazuje głównym daniem uczty jest ona sama. Mając tą świadomość oczyszcza się i przygotowuje na zajęcie miejsca nie przy, a na stole. W chwili oficjalnego pieczenia jej umysł wyzwala się z okowów irracjonalności, chcąc obudzić się ze złego snu. Woła bezskutecznie matkę i pragnie, by jej cierpienie się skończyło. Morały rodziny były kłamstwem. Świat nie chce dla niej dobrze. Przekracza granicę nonsensu uciekając cielesności. Jej spalone powieki powoli niszczeją odsłaniając wypalone oczodoły. Powłoka została zdjęta. Nikt już nie zaciska dłoni na jej ramieniu. Jaźń czeka wolność lub piekło, ale żadne nie będzie gorsze od tego, które zgotowali jej bliscy. Jak opisuje Agnieszka Baczewka-Murdzek (z Uniwersytetu w Białymstoku) w pracy Między buntem a ucieczką. Źródła absurdu w opowiadaniu Władimira Sorokina Nastia. :
,,Niewinna, naiwna, nie ukształtowana jeszcze moralnie i intelektualnie Nastia (...), którą łatwo jest manipulować, skłonić, by działała przeciw dobrze pojętym interesom własnym, przystaje jednak na reguły tej gry. Dzieje się tak jednak tylko do czasu. Kiedy trafia wreszcie do pieca, tj. w chwili, gdy atakujący ją zewsząd absurd staje się dla niej fizycznie wręcz namacalny i kiedy zawiesza wiarę w to, że świat chciał dla niej dobrze, błyskawicznie dorasta i odrzuca kłamstwo społecznej egzystencji."

Zgromadzeni emanują sztuczną troską i współczuciem, w momencie, gdy ciało Nastii płonie w samotnej agonii. Ich twarze ociekają makijażem teatralnego zatroskania. Niektórym maski nie spadną do końca. Inni na chwilę wyrwą się z absurdu, by za ten wyskok przypłacić słoną karą.

Opowieść jest zdominowana przez brutalność mężczyzn wobec ich podwładnych kobiet-maskotek. Pobicia, publiczne gwałty są okrutną codziennością i zaliczają się do normy. Przekroczenie progu dojrzałości, zaręczyny i wiele innych zjawisk zostało na nowo przeinaczonych i uspołecznionych. Od małego dziewczynki w szlacheckim kręgu są dręczone i sprowadzone na margines, na co chcąc nie chcąc przyciśnięte do muru przystają.

Urojone dekalogi
Spektakl w swoim oschłym, zimnym wydaniu prezentuje od środka rozpad pozytywnych cech człowieka. Sorokin odsłania ludzkie sposoby na ucieczkę od wewnętrznego moralnego rozbicia i burzy porządek warstw iluzji jakimi bohaterowie opowiadania zakrywają swoją podłość. Do mózgu wkrada się myśl: może jesteśmy tylko zasobem mięsnym, trupem o zdolności decydowania. Może na co dzień nasze naturalne reakcje są stłamszone przez wysnutą etykę i powinności, na rzecz przynależenia do zaczarowanego kręgu absurdalności. W historii, w której Nastia gra pierwsze skrzypce ukazano bezwzględny, zamknięty ekosystem. W tym szalonym świecie nie ma miejsc na szacunek do ciała, pojęcia duchowego i świętości tkanek. Istnieje jedynie naczynie i jesteśmy nim my. O ile jesteśmy silni w swoich poglądach mamy możliwość wodzenia masy za nos ustalając taktykę i oryginalny dekalog. O ile przykazania są sformułowane błyskotliwie zagubione dusze będą szły za wodzem krok w krok. Obycie w manipulacji zawsze w jakimś stopniu wywodzi się ze świadomości swojej duchowości i cielesności, więc odrzucanie jednego składnika jako zbędnego jest uniemożliwieniem poznania innym.

W spektaklu poruszone są kwestie zepsutej religijności wtłaczanej w żyły przez ograniczone, ślepo podążające za urojonym dekalogiem sekty oraz odniesienie do tego, że oprawcą często bywa podmiot najbliższy. Przypadek Nastii jest polem do dyskusji na temat siły rażenia z jaką zbiorowość żeruje na jednostce, próbując sprowadzić ludzi do jednego kształtu. Jak grupy tłamszą pojedyncze istnienia, przez ciężar pogrubionego słowa wypowiedzianego w tłumie. To wystąpienie przeciw unicestwianiu odrębności. Próba ustawienia odstających podmiotów w szeregu jest motywowana obawą przed ich rozwinięciem i przesunięciem nonsensów w stronę niedowierzenia. Odsłania on też okrutną prawdę: społeczeństwo arystokracji nie zawsze jest inteligentne.

Inscenizacja ewidentnie wzburzała publicznością podczas prezentowania materiałowych flaków czy przemocy, jednak było miejsce na wdechy, a nawet śmiech. Idealne rozplanowanie wątków i tekstów nacechowanych konkretnymi emocjami tworzyło falę uderzeń podstawowych uczuć w odbiorcy. Prezentacja była nieoszczędna w środkach.

Zjedzą nas nasi bogowie
Naszymi kośćmi naostrzą zęby. A my będziemy stwarzać ich coraz więcej i więcej, by pasowali obliczem do epok. Raz będą słabi, raz bezwzględnie okrutni. Zawsze malowani grubą linią. Po zużytkowaniu zrobią miejsce w kolejce.
Jeśli to co jest, to co mamy i rozumiemy, etykietujemy i przekazujemy nie jest dobre, to po co to robić. Widowisko w reżyserii Jury Dzivakowa sprawia, że zaczynamy kwestionować nasze priorytety i poglądy, szukając haczyka. Jeśli sens ma być takim jakim ja go widzę, a więc marną próbą, czystym złudzeniem, zjedzcie mnie żywcem. Bogowie mieszkają w nas, choćby jedynie w marzeniach. Każdy kolejny krok jest stymulowany przez pracę mięśni, a nie fatum. Fatum to nasze obawy, które powtarzane milion razy otrzepują imaginację z ramion i stają przed nami większe niż jakimi je rysowaliśmy. Sztuka teatralna zapada w pamięć na długo po jej zakończeniu szargając nami od środka. Przemyślenia rodem z fenomenalizmu zostają w nas bezczelnie i na życzenie wrzucone.

Kurtyny brak.

Abigaila Kruszyk
Dziennik Teatralny Warszawa
12 kwietnia 2022
Portrety
Jura Dzivakou

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia

Napój miłosny
Jitka Stokalska
Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza ...