Fenomen Neinerta w śląskim grajdołku

w beczce kiszonej kapusty

Mamy dobrą chwilę do dyskusji o instytucjach artystycznych w śląskim grajdołku. Katowice aspirują do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury, zaś na wojewódzkim szczeblu czekamy na nowego herszta - po 17 latach rządów poprzedniej dyrektorki wydziału kultury.

Ostały się po niej imponujące statystyki i spleśniały świat koteryjnych powiązań, sieć towarzyskich usług, kultura, której mieszkaniec województwa nie był do niczego potrzebny. Setki milionów poszły na utrzymywanie archaicznego, socjalistycznego modelu rozdawnictwa, z którego dla przyszłych pokoleń nie zostanie nawet kapka pożytku.

W zaułku pomiędzy światem gminnym i powiatowo-wojewódzkim uwił sobie gniazdo Mirosław Neinert - założyciel, właściciel, dyrektor, aktor, konferansjer i dusza prywatnego teatru Korez. U schyłku poprzedniego wieku dostał do dyspozycji salkę w Dezember Palast (zwanym Górnośląskim Centrum Kultury) i tak powoli, bez fajerwerków wypracował sobie pozycję najbardziej ożywionej instytucji kultury na Śląsku. Można powiedzieć, że zadanie miał łatwe, bo w świecie, w którym króluje utrwalona sztampa, w którym wszystko kisi się w małym gronie ludzi, nietrudno jest wyskoczyć i zrobić coś oryginalnego.

Otóż nie, w takiej beczce kiszonej kapusty, jaką jest śląski światek artystyczny, wychylanie się jest bardzo źle widziane, utrudnione bywa podwójnie. A tu jakby na przekór - Złote Maski, świetne recenzje, a nade wszystko publika szczelnie zapełniająca sale, często na krzesełkowych dostawkach i schodowych dosiadkach. I artyści, którzy bardzo chcieliby w tym gronie występować - udział w "Korezowym" spektaklu przynosi frajdę, na swój sposób nawet nobilituje, nade wszystko zaś daje popularność.

Na czym polega fenomen tego teatru? Neinert jako artysta jest samorodkiem, nie odbył też wielkich studiów z zakresu zarządzania kulturą. Ma jednak bezbłędne wyczucie, intuicję rynkową dawnego właściciela teatru z epoki jarmarcznej i bulwarowej. Wie, co i gdzie zagrać, aby mieć pełną salę, a jednak nie idzie przy tym na łatwiznę. Nie gra tanich wodewilów, a mimo to ma komplety. Nie wystawia angielskich fars erotyczno-kryminalnych, a jednak można się w Korezie szczerze ubawić z dużą dozą refleksji. Bodaj najlepiej porównać go do Moliera, który wraz ze swoją trupą potrafił przyciągać gawiedź na targu oraz porywać króla z jego zblazowanym dworem.

Porównanie do Moliera (choć Neinert sam sztuk nie pisze) jest trafne i z innego powodu: wielkiej umiejętności sięgania do publicznej szkatuły. Korez formalnie jest teatrem prywatnym, ale nie utrzymuje się tylko z biletów - z dużą zgrabnością korzysta z różnych form wsparcia: sala za symboliczną odpłatnością, dotacja do premiery, stypendium dla aktora. Jednak zawsze jest to społeczny grosz dobrze zainwestowany. Jeśli Neinert dostaje 10 tys. zł na przygotowanie spektaklu, to potem przez kilka sezonów będzie go grał przy pełnej sali z pożytkiem dla tysięcy ludzi. W przeciwieństwie do tych klientów wydziału kultury, którzy bez skrępowania pobierają i 100 tys. na przedstawienie robione wyłącznie dla siebie i kolegów.

Temu teatrowi zawdzięczamy wreszcie rzecz bezcenną: wprowadzenie na zawodową scenę śląskości, przed którą dyrektorzy publicznych teatrów bronili się rękami i nogami. Wystarczył sukces "Cholonka" w Korezie, by ci sami dyrektorzy, dotąd z obrzydzeniem odsuwający od siebie wartości regionalne, nagle zaczęli poszukiwać literatury tego typu - z talentem epigonów i daleko gorszymi rezultatami. Skoro więc dyskutujemy nad optymalną formułą zarządzania twórczością, niech z neinertowskiego fenomenu przynajmniej jedna nauka płynie dla innych: kulturę trzeba robić dla ludzi, a nie dla przyjemności artystów i satysfakcji urzędników. Jakież to banalne, nieprawdaż?

Michał Smolorz
Gazeta Wyborcza Katowice
19 listopada 2009

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia

Faust
Tobias Kratzer
Nowy "Faust" z Opery Paryskiej 29 lis...