Festiwal porażki

"Robert Robur" - reż. Krzysztof Garbaczewski - TR Warszawa

GAME OVER - tym napisem kończy się wystawiony w TR Warszawa "Robert Robur" Krzysztofa Garbaczewskiego. Oddech ulgi niektórych widzów miesza się z lekkim zawodem innych, dla których trzy i pół godziny to zdecydowanie za mało i którzy chcieliby jeszcze choć przez chwilę poprzebywać w wykreowanym przez reżysera świecie.

Garbaczewski stworzył chałupnicze science fiction - piwnice teatru udają tu ulice Świetlnego Miasta, megalopolis przyszłości. Obraz stamtąd jest nadawany na żywo i wyświetlany na ekranie wpisanym w kształt wielkiego oka wyciętego w patchworkowej kurtynie. Na scenie walają się jeszcze dwa odcięte palce, przed kurtyną kręci się na sznurku samotna dłoń. Pokawałkowane fragmenty ciała nie mają w sobie nic hiperrealistycznego, są plastikowe i raczej niegroźne (scenografia Aleksandry Wasilkowskiej). Odbywająca się płynnie interakcja między wideo a planem żywym jest podstawą inscenizacji Garbarczewskiego. Dzięki bardzo prostym zabiegom: efektowi "rybiego oka" (wideo Roberta Mleczki, także operatora kamery wraz z Jędrzejem Jęcikowskim), wyrazistym kolorom (reżyseria świateł Bartosza Nalazka), ambientowej audiosferze (muzyka Jana Duszyńskiego) udaje się wykreować cały teatralny świat. Kostiumy Sławomira Blaszewskiego są wykonane z przygodnych resztek: koronki, lycry, folii, toreb z Ikei, użytych jednak tak, jakby były pełnoprawnymi materiałami. Przedstawienie Garbaczewskiego jest jawnie teatralne, ale jednocześnie konsekwentne w obrębie użytej stylistyki - tylko w ten sposób scena może unieść konwencję fantastyki naukowej.

Książka Mirosława Nahacza "Niezwykłe przygody Roberta Robura" zyskała rozgłos ze względu na samobójczą śmierć autora, jednak krytyka obeszła się z nią - mówiąc delikatnie - niezbyt łaskawie. Powieść została odrzucona przez wydawcę pisarza, dopiero złożona w innym wydawnictwie ukazała się w 2009 roku, dwa lata po śmierci Nahacza. Pisano o niej, że jest niedopracowana, irytująca, ponad miarę mnożąca intrygi, postacie i wątki. Tę niezbyt dobrze skrojoną literaturę, świadomie eksperymentującą z narracją, z całym dobrodziejstwem inwentarza wziął na warsztat reżyser z Jakubem Żulczykiem. Książka opowiada o inwigilujących społeczeństwo siłach, którym do przejęcia władzy nad światem potrzeba jednego elementu - przekabacenia na swoją stronę tytułowego Robura, niewyróżniającego się niczym scenarzysty z problemami osobistymi. To on ma za zadanie napisać ostatni odcinek serialu "Wściekłość i wrzask", dzięki któremu kontrolowani są widzowie. Tak jak Robur jest obcym ciałem w systemie, podobnie licząca ponad pięćset stron książka zawirusowuje dobrze przyswojone narracje literackie. Powieść Nahacza jest złożona ze znanych elementów, historii gdzieś przeczytanych, obejrzanych lub zasłyszanych, ułożonych jednak w oryginalną, psychodeliczną całość. Stworzona przez pisarza antyutopia, po dziesięciu prawie latach, nabiera jednak innego wymiaru - wydaje się celnym komentarzem do współczesnej rzeczywistości sklejonej z medialno-internetowych przekazów.

Garbaczewski z Żulczykiem nie ułatwiają życia widzom. O ile w książce jest miejsce na wytłumaczenie wszystkich praw rządzących wykreowanym światem, o tyle w wersji teatralnej nie dowiemy się, w jaki sposób działa Centralna Elektrownia, jaką funkcję pełni komora naświetleń, co to jest kontur itd. Autorzy adaptacji podkręcają jeszcze uczucie wyobcowania, zdezorientowanym widzom rzucają jednak koła ratunkowe - zanim poznamy samego Robura, dowiemy się między innymi o podstawowej zasadzie wiary Świetlnego Miasta: "Pełnia obrazu w twoich oczach, siostro! Pełnia obrazu w twoich oczach bracie!". Nic nie może ukryć się przed kontrolującym wszystko Urzędem. Wraz z historią Robura zostają uruchomione znane motywy: Robur jest outsiderem, którego misją jest ocalenie świata i przeciwstawienie się czarnemu charakterowi (Matheo DeZi aka Klemens Arcyzły) dążącemu do przejęcia kontroli nad światem. Streszczenie całej historii mija się jednak z celem - to od kompetencji każdego z widzów zależy, ile nawiązań jest w stanie rozpoznać w konstelacji postaci, pomieszanych wątków i płaszczyzn czasowych. Ważna jest jednak główna oś konfliktu: walka jednostki przeciwko systemowi.

Trashowa estetyka dominująca w pierwszych dwóch częściach przedstawienia zmienia się diametralnie (nie obędzie się bez spoilerów). Trzeci akt wywraca całkowicie budowany do tej pory świat: znajdujemy się w zalanej zimnym niebieskim światłem krainie Łemków przechadzających się wśród wyciętych z dykty gór. Kolorystyka zostaje zredukowana do czerni i bieli ludowych kostiumów wyczyszczonych z ornamentów. Robur z dziewczyną uciekają do jego rodzinnej miejscowości, by skryć się przed Klemensem Arcyzłym. Zamknięta wspólnota Łemków egzorcyzmuje widzów: "Idźta stąd! Przynosita nam złe!". Dobrze przeczuwa, że także ich dosięgnie nieszczęście ("Wy-sie-dle-nie!"). Ucieczka z dystopii do rajskiej krainy okazuje się skazana na niepowodzenie.

Przedstawienie nie jest sprzeciwem wobec technologii, pokazuje jednak brak alternatywy dla narzucanego przez nią porządku. Współczesny świat okazuje się pułapką bez wyjścia - jesteśmy w nim zawieszeni między popkulturowymi kliszami a baśniami o mamunie, rzeczywistością wirtualną a poszukiwaniem "źródłowości". Czy istnieje obecnie jakikolwiek potencjał buntu? Czy Robur jest wybrańcem, czy on także został odgórnie zaprogramowany? Garbaczewski nie odpowiada jednoznacznie na to pytanie, proponuje nam coś innego: grę o mechanizmach zmediatyzowanej rzeczywistości.

Przedsięwzięcie to nie miałoby szans powodzenia bez aktorów TRu - zespołu złożonego z indywidualności, co okazuje się największą siłą przedstawienia. Każda z postaci wydaje się wzięta z innego świata: nadaktywny Robur, czyli nasz swojski Neo z kozacką kitką na łysej czaszce, schizofrenicznie rozbity między ciałem Pawła Smagały a głosem Justyny Wasilewskiej, demoniczna para złożona z Matheo DeZi i jego asystentki Małgorzaty von Ungier (Cezary Kosiński i Agnieszka Żulewska), pogrążeni w narkotykowym transie Mistrz i Niesamowity Prowadzący (Sebastian Pawlak i Tomasz Tyndyk). Trzeba by wymienić całą obsadę, dzięki której udała się ta psychodeliczna podróż.

O "Robercie Roburze" mówi się jako o spektaklu szalonym - to prawda, ale jest to szaleństwo kontrolowane, starannie zaplanowana podróż na krańce Internetu. Pojawiają się także głosy, że jest on odtrutką na współczesny polski teatr. I w tym także jest sporo racji - przedstawienie wyróżnia się wśród innych spektakli skupionych na Polsce i polskości (odmienianej w tym sezonie przez wszystkie przypadki). "Robur" nie szafuje politycznymi hasłami, lecz samą formą próbuje diagnozować frustracje późnego kapitalizmu. Wydaje się sceniczną odpowiedzią na wydane niedawno przez Ha!art tłumaczenie książki Jespera Juula "Sztuka przegrywania. Esej o bólu, jaki wywołują gry wideo". W świecie nastawionym na sukces, nawet gry nie są już wentylem bezpieczeństwa - mimo że gracz może ponieść w nich porażkę i towarzyszy mu przy tym uczucie frustracji, ważniejsza jest domieszka perwersyjnej przyjemności. Także przegrana musi zawierać w sobie element pozytywny - motywację do zmiany. Gra Garbaczewskiego jest inna, przeciwstawia się obsesji na punkcie postępu i samorozwoju. Próbuje on wpuścić wirusa do systemu, tworząc prawdziwy festiwal porażki. GAME OVER - misja Robura kończy się niepowodzeniem, a jego przygody okazują się niczym innym jak pokazem pięknej sztuki przegrywania.

Marcin Bogucki
e-teatr.pl
3 lutego 2017
Teatry
TR Warszawa

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia