Flaki w oleju

"Kogut w rosole" - reż. Marek Gierszał - Teatr Rozrywki w Chorzowie

Skromny zapewne budżet chorzowskiego teatru podreperować może "Kogut w rosole", nowa pozycja w repertuarze Teatru Rozrywki. Sprawdzona już wcześniej formuła - sztukę wystawił w ubiegłym roku krakowski teatr STU, jest gwarantem sceny wypełnionej po brzegi. Nie dziwi, że chorzowski spektakl jest niczym więcej jak wierną kopią swojego poprzednika, ani to, że wyreżyserowany został przez tego samego reżysera. Teatr Rozrywki czeka oblężenie, w końcu, kto by pomyślał, że w tak zacnym miejscu można zobaczyć męski striptiz.

W zapowiedziach teatru można dowiedzieć się, że rzecz jest o ludziach poszukujących swojego miejsca w życiu, którzy postanawiają zawalczyć o swoją godność. Tyle, jeśli chodzi o zapowiedzi. Nie sposób doszukać się tej walki o godność. Niemrawo wychodzą im próby znalezienia jakiejś pracy, w rzeczywistości chyba raczej się nie chce. Reagują żywiołowo tylko wtedy, gdy uda im się zapełnić kolejny kufel piwa. Zupełnie nie potrafię dopatrzyć się tego, że przedstawienie w żartobliwy sposób pokazuje troski i obawy dnia codziennego zwykłych ludzi.

Sztuka przypomina trochę kabaret klasy B, a panowie robią wszystko, by było śmiesznie. Są tandetne kawały, bywa, że jest wulgarnie - słynny „gest Skiby.” Może po to, by powiedzieć publiczności, że ma się ją tak na prawdę w głębokim poważaniu?

W tej dramatycznej walce o godność, która ma swoje miejsce w podrzędnym pubie, rodzi się pewnego dnia pomysł diametralnej odmiany swojego losu. Co oznacza, tylko tyle, że panowie będą się rozbierać za pieniądze, jak to określają, dla bab. Zakładają grupę o nazwie „Dzikie buhaje.” Dalej jest już tylko gorzej.

Dwugodzinny spektakl to dla mnie prawdziwa mordęga, pełna wulgaryzmów. Jeden z bohaterów, na początku być może nawet bezdomny, jak mantrę powtarza jedno i to samo przekleństwo; tak w ramach podsumowania, ważnych życiowych problemów poruszanych, co chwilę w pubie, przez kumpli z wielkiej trójki. Ten zacny pan, konwersujący w drugiej części po francusku z Czeczenem, okazuje się być emerytowanym striptizerem, którego wspaniała trójka angażuje do rangi, co najmniej menagera, a już na pewno jest ich mentorem.

Panowie postanawiają zorganizować casting na striptizera, i tak na dokładkę mamy do granic możliwości przerysowanego geja, oraz, co jest akurat najmocniejszą stroną przedstawienia, zawodowego tancerza Mustafę, który na całe szczęście porozumiewa się w sobie tylko znanym języku. Gdy już zawiązuje się grupa i zaczynają się mozolnie powtarzane próby, a więc deptanie kapusty, pozytywnym akcentem jest to, że trochę mniej mówią.

Jak można przypuszczać jest i deser, czyli finalny striptiz, rzeczywiście do rosołu. Zamierzona nieporadność w tańcu męczy, a wspomniany tancerz, jest kimś, kto ratuje trochę całą beznadzieję, przynajmniej estetycznie się porusza.

Przedstawienie przypomina stylistyką kasową telewizyjną produkcję, mówi wiele o kondycji teatru, a może przede wszystkim o kondycji publiczności.

Blanka Hasterok
Teatr dla Was
25 października 2011

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski